niedziela, 30 października 2011

Z życia z Kotem.

 Tylko dla ludzi o mocnych nerwach.

Jem chipsy. Kot nie. Nagle patrzy na paczkę spoczywającą na moich kolanach i wyciąga łapkę. Zmyślnie odsuwam paczkę
J. Nieee. Dbam o Twoją słabą silną wolę. 
K. Yyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy.  
J. Jest to dźwięk, który odlegle kojarzy mi się z rojem pszczół. 
K. Yyyyyyyyyyyyyyz...mfpldf... rurami. 
J. ???? Co? 
K. Chciałam powiedzieć ze skrzypiącym kranem, ale zdecydowałam się na "z rurami". 
J: ... Aha. 
K: YyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy....
J. Ale nie. Nadal nie kojarzy mi się z rurami. 
K. YYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyYYYYYYYY...Y. 
J. ... No prawie dobrze, tylko tak bardziej jęcząco. 
K. YYYYYYYYYYYYYYYYyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyYYYYYYYYYYyyyyyyy. 
J. Nie no. Teraz za bardzo nosowy. 
K. YYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYY. 
J. Nie, to nadal nie do końca to.
K. ALE JA JUŻ NIE MIERZYŁAM W RURY!!! 
Kurtyna opada. Po chwili słychać śmiech. Z pięcioma wykrzyknikami.

P.S. - Odkryłam, że edytor z maniakalną uprzejmością odbiera mi możliwość pisania w nawiasach trójkątnych XD

piątek, 28 października 2011

W mgnieniu oka

Dokąd ujdę przed duchem Twoim? a dokąd przed obliczem Twojem uciekę? Jeźlibym wstąpił do nieba, jesteś tam; i jeźlibym sobie posłał w grobie, i tameś przytomny. Wziąłlibym skrzydła rannej zorzy, abym mieszkał na końcu morza,  I tamby mię ręka Twoja prowadziła, a dosięgłaby mię prawica twoja. Albo rzekłlibym: Wżdyć ciemności zakryją mię; aleć i noc jest światłem około mnie, Gdyż i ciemności nic nie zakryją przed Tobą; owszem Tobie noc jako dzień świeci; ciemnościć są jako światłość. 
Ps. 139, 7-13.


piątek, 14 października 2011

W natłoku

Staram się brać oddech i po prostu iść dalej. Bez zbędnego żalu (bo mogę go mieć wyłącznie do siebie), bez oglądania się wstecz. Po prostu zamykam drzwi. Po prostu kończę.

Z drugiej strony - to trzy lata.

Choć z drugiej strony - mogło być lepiej.

Choć z drugiej strony - mogło być też gorzej.

... to może wrócę do pakowania.

piątek, 7 października 2011

Dosiebnie

Podziało się trochę.

Po pierwsze - zbliżam się do jakiejś krawędzi, rozumianej w sposób jak najbardziej pozytywny. Jestem naprawdę ciekawa, co czeka na mnie po drugiej stronie. 

Po drugie (co ja ostatnio mam z tym wyliczaniem??? xD) - zdecydowałam się na coś, co dla wielu osób, które znają mnie chociaż trochę, może wydać się dziwne. Postanowiłam pomóc znajomej w prowadzeniu świetlicy dla dzieciaków z jej miejscowości. Nie wiem, czemu strzelił mi do głowy ten pomysł, ale strzelił skutecznie. Jestem po pierwszych zajęciach. Jedno mogę powiedzieć: rozumiem osoby, dla których praca wśród dzieci staje się sensem życia. To niesamowite, jak wiele satysfakcji może przynieść uśmiech rozjaśniający twarz, kiedy wspólnymi siłami dochodzicie do momentu Objawienia wiedzy do tej pory zakrytej. Czy też uśmiech wywołany prostym faktem, że ktoś jest zainteresowany, chwali i okazuje aprobatę. Potwierdza to tylko teorię, która przez lata całe wisiała nade mną, jak kat nad dobrą duszą. Teorię o tym, że dzieci potrzebują poczucia akceptacji, bezpieczeństwa i... miłości. Tej okazywanej.
Mam problem z dziećmi. Nie potrafię z nimi rozmawiać, nie rozumiem ich, przebywanie w ich towarzystwie zawsze mnie trochę krępuje. Ale chyba potrafię nad tym przejść. Choćby w mojej ukochanej roli Pani Nauczycielki. 
O nie, nie łudzę się, że moja obecność na świetlicy zrewolucjonizuje świat. Wiem jednak, że ludzie wpływają na siebie nawzajem. Może kiedyś ktoś przypomni sobie, że taka jedna pani pomagała z angielskiego. Może to pomoże tej osobie dokonać jakiegoś ważnego wyboru. Albo jakiegoś mało ważnego, ale pomoże.

Po trzecie - ostatnie dni w starej pracy. Ale jeszcze dwa dni urlopu przed końcem. Na na naaa :) Trochę cieplej w myślach od takiego planowania nicnierobienia. 

Dobra, skończyła mi się wena. Chyba onieśmieliła się całym "po drugie". Dodam tylko, że obejrzałam z Kotem całość "X-menów", "Daredevila" i "R.E.D" (and a dentist... hermetyczny żart, kto widział, zrozumie. Albo nie xD) ... i chyba coś jeszcze po drodze, ale nie pamiętam już co to było. Ach, byłam też w kinie na "Porwanym", co było wysoce nieinteresującym przeżyciem. Nie polecam ;)

piątek, 30 września 2011

W pokoju

Jeśli za długo drzwi i okna są zamknięte, to powietrze zaczyna śmierdzieć. Nie ma świeżego powiewu, to w środku sprawia wrażenie zepsutego.

Podobnie w życiu. Jeśli pozostawić coś w izolacji przez dłuższy czas - głowę, serce, grupę ludzi - to w końcu dojdzie do zepsucia, zakażenia, zaawansowanej choroby i w końcu śmierci. Nic fajnego, choć zaczyna się niewinnie. Zamknąć się na krytykę, na uwagi. Na ból słuchania o tym, że coś jest niefajnie. Na słowa. Na innych.
To nie niesie ratunku. To prowadzi do choroby.

Dlatego - z bólem - otwieram drzwi i okna.

czwartek, 22 września 2011

Odcinając sznurki

Wszystko dzieje się tak cudownie powoli... albo tak strasznie szybko. Jeszcze nie tak dawno temu, bo na początku września, rozmyślałyśmy z Kotem, w które miejsce nad Bałtykiem się wybrać... a tu już po.

Weekend minął jak z bicza strzelił. Było aż nazbyt fajnie. Fakt, że bardzo odpoczęłam, w dużej mierze zawdzięczam obecności moich rodziców. Ot, wyszło ze mnie wieczne małe dziecko Niemniej... pozostał niedosyt. Szczególnie, że bezbłędnie udało mi się rozpoznać złoża bursztynonośne, a na koniec spaceru na Mierzei nazbierałam przygarść bursztynowej drobnicy .

Przeziębienie zaatakowało mnie podstępnie, w poniedziałek wieczorem, jakby jakiś mroczny, złośliwy bożek losu postanowił odebrać daninę w zamian za wspaniałe zaprzeszłe dwa dni. "Podłość" - rzekę

Życie zalicza właśnie dyskretny spadek, przy okazji ciągnąc w dół mój nastrój. Bycie mną jest czasem ekstremalnie trudne. Bo - na przykład - z jednej strony mam ochotę poodcinać sznureczki i zanurzyć się w ciepełku samotności, z drugiej natomiast mam ochotę przytulić się mentalnie do Kuny i Brunatnego, pomilczeć sobie z Kotem i w ogóle pouczłowieczać się. Nawet jeśli nie rozwiąże to żadnego problemu. A co...?!

W niedzielę zaplanowane łapanie światła w towarzystwie M. A może spróbuję wkrótce łapać światło w samotności? Wszak ostatnio występuje ono w wielkiej obfitości .

Do obejrzanych filmów zaliczam niniejszym "Czerwonego Kapturka" w nowej, fabularnej wersji. Od razu zaznaczam, że pisać tu o nim nie będę, bo raz: nie mam siły, dwa: nie znajduję w nim nic wartego opisania. Film na 3, szału bez, choć nie pałam obrzydzeniem. Ot, kino wieczorne.

Czekam, paskudnie bardzo czekam na "Niebo ze stali" i zastanawiam się, kiedy rzucą jakieś terminy, ponieważ ogólny pt. "październik" zaczyna się zbliżać wielkimi krokami. Można prosić o konkrety? Można?  
No, mam nadzieję.

piątek, 16 września 2011

Z głowy, czyli z niczego

Wbrew pozorom - trudno pisać o niczym. A do tego sprowadzałaby się notka z moich poczynań kilku ostatnich dni. Nic ciekawego nie oglądałam (nieciekawego zresztą też), nadal czytam Klaksona, byłam w domu, wyprałam psa. No zwyczajne życie.

Jednak... w tę zwyczajność nie wpisuje się wydarzenie, które wreszcie udało się zorganizować. Sesja w starym, ukochanym zespole, który powołałyśmy do życia z Czarną i Kotem wieki temu. Deam Team (tak przez nas nazwany), ma długą i skomplikowaną historię, która korzeniami sięga pewnego październikowego wieczoru (który niepostrzeżenie zamienił się w szary, październikowy poranek), kiedy to dostałyśmy hasło: "dziewczyny! Jest pomysł na caern! Wymyślajcie postacie!". Wymyśliłyśmy... I to jak.
Był to pierwszy przypadek, kiedy historia mojej postaci zaczęła liczyć się tak naprawdę od momentu, kiedy pojawili się w jej życiu przyjaciele - postacie Czarnej i Kota. Ile zabawy było przy okazji stawiania naszych bohaterów w różnych sytuacjach życiowych, ciężko opisać słowami. Dawało nam to radość, wolność i nieokiełznany rozpęd. Łyżkę dziegdziu też oczywiście dostałyśmy, za słodko być nie mogło. Co śmieszniejsze, bardzo nas zjednoczyło stawianie czoła przeciwnościom.
Tak więc po latach rozłąki Dream Team znów się spotkał. I było... inaczej. Co nie znaczy "mniej fajnie". Jedyne, czego żałuję, to to, że nie możemy znów grać twarzą w twarz. Dobrze, że w ogóle.

Zawiązałyśmy z Kotem spisek - chcemy zakupić Friendowi podręcznik jakowyś, ażeby przekup... ekhem... przekonać go do poprowadzenia nam jakiegoś RPGa. Jakiego? - to zależy ponoć od podręcznika, na jaki się zdecydujemy. Niemniej - plan jest. Mroczny.

Dzisiaj, mocno zainspirowana, postanowiłam, że w ramach codziennego zabijania listopada w listopadzie, każdego dnia tego obleśnego miesiąca zrobię coś fajnego dla kogoś z mojego otoczenia. Wsłucham się w tych ludzi, którzy są dookoła mnie i przynajmniej spróbuję sprawić im przyjemność. Nie wiem, na ile plan mi się uda, ale jeśli wszystko wyjdzie, to może to być bardzo interesujący miesiąc.

poniedziałek, 12 września 2011

Najpiękniejszy prezent

Dowiedziałam się w sobotę przez przypadek, że jednak ni-e, nie mogę pisać na swoim blogu z mojego malutkiego, głupiutkiego telefonu. Trudno.

Historia weekendowa rozpoczęła się totalną niespodzianką. No dobrze, może nie tak totalną pod kątem swej niespodziankowatości, ale bez wątpienia totalną pod względem rozmachu. Piątek nie miał być w jakikolwiek sposób wyjątkowy, prócz tego, że E. miała wpaść do mnie i Kot wieczorem na babskie pogaduchy, a na koniec miał dołączyć wracający po nocy z pracy M. Skończyło się na tym, że większą część popołudnia spędziłam sam na sam z Clarksonem, które to popołudnie niepostrzeżenie stało się wczesnym wieczorem. Kot w międzyczasie zadzwoniła, że ona będzie... po osiemnastej. To samo uczyniła E. (rzekomo) niezależnie.
No to czekałam.
I się doczekałam.
Od progu zostałam zakrzyczana i przetransportowana do kuchni, z której - chwilę później - zostałam wyekspediowana do pokoju, podczas gdy Kot i E. w sposób oczywisty uprawiały kombinacje w salonie. Z kuchni brzmiało to tak, jakby zmagały się z jakimś problemem natury technicznej. Mogłam tylko tonąć w domysłach w obliczu kategorycznego zakazu zbliżania się choćby do drzwi. Zdążyłam przeczytać dwa felietony, zrobić herbatę i posprzątać część burdelu panującego w moim pokoju, kiedy dostałam zezwolenie na wyjście. Przywitało mnie "Everything" Michaela Buble oraz gromkie "Sto lat" odśpiewane na dwa głosy. Dwa do momentu, w którym nagle zagięła mi się rzeczywistość, bo usłyszałam głos M., który po chwili wyszedł z szerokim uśmiechem zza drzwi. Niespodzianka przybrała na mocy. Były uściski, życzenia i ogólna radość oraz moje niegasnące oszołomienie.
Prezenty czekały na mnie w gigantycznym pudle, które dziewczęta składały pieczołowicie po wygonieniu mnie z salonu. M. natomiast teleportował się z pracy prosto do nas. Tak brzmi oficjalna wersja, mam przyjemność ją powtórzyć :D
Nie będę się chwalić, jak ogromną wrażliwością wykazali się moi przyjaciele, jak wielką niespodzianką był otrzymany prezent made by M.&R., ani tym, że włożyli w to wszystko ogromną porcję wysiłku. Zdradzę tylko, że wszystko odbyło się w klimatach lawendowych.

Konkluzja jest następująca: najpiękniejszym prezentem, jaki mogłam otrzymać, są moi Przyjaciele.
Oficjalnie możecie mi zazdrościć.

piątek, 9 września 2011

Z lekką nutką... romantyzmu

Wczorajszy dzień odbył się pod znakiem spotkania przyjacielskiego oraz kolejnego wieczoru filmowego z Kotem. Kiedy w ciągu dnia konsultowałyśmy się, co mamy ochotę obejrzeć, okazało się, że obie mamy chrapkę na akcję z elementami komedii romantycznej.

Zdecydowałyśmy się na "Dorwać byłą" ("The Bounty Hunter" - kto tłumaczy te tytuły, i co takiego złego widzi w tych angielskich, że całkowicie zmienia ich znaczenie?) i był to... strzał w dziesiątkę. Film dał nam całą masę przyjemności. Może jednak zacznę od początku.

Dwie główne role obsadzone są przed Jennifer Aniston i Gerarda Butlera, co było - w moim odczuciu - doskonałym wyborem. Butlera kojarzyłam głównie z roli Leonidasa, a Aniston to dla mnie wciąż Rachel z "Przyjaciół" (i nie mam jej tego za złe).
Film składa się z fabuły, na którą składają się perypetie (że użyję tego archaicznego już nieco zwrotu) Milo i Nicky, na które z kolei składa się skomplikowana sytuacja emocjonalno-życiowa, w której znajdują się bohaterowie. Są oni mianowicie po rozwodzie i szczerze się nie znoszą. On - były policjant, aktualnie łowca nagród, który próbuje wiązać koniec z końcem, żyjący w cieniu związku z nią. Ona, kobieta sukcesu, dziennikarka, trochę bezwzględna w dążeniu na "szczyt", której "towarzyszy" kolega (z rodzaju tych, których odstrzeliłabym po pierwszym zdaniu). Pewnego dnia Nicky wpada na trop pewnej sprawy...
Jak już wspomniałam, Nicky i Milo bardzo się nie lubią. Jednak nie aż tak, żeby nie stanąć razem przeciw złym ludziom. Co z tego wyniknie, trzeba zobaczyć na własne gałki oczne.
Zachwycił mnie Butler, który potrafi śmiać się tak, że ten śmiech nie obejmuje oczu, które pałają żądzą zemsty i satysfakcji. Poczucie humoru utrzymuje się na poziomie dobrej komedii, zwroty akcji sprawiają, że film ani na chwilę nie staje się nudny. 
Ogólna ocena: do obejrzenia na poprawę humoru, dla czystej rozrywki. 4/5

"Centurion" to kolejna propozycja. Tym razem dla tych, którzy są fanami kina historycznego z akcją. Albo na odwrót. Szczerze mówiąc czekałam na obejrzenie go bardzo, chociaż Kot lekko kręciła nosem, kiedy zaproponowałam ten tytuł. Mimo tego, że zastrzegła sobie prawo do wyłączenia, jeśli film okaże się nudny, to udało się nam szczęśliwie dotrzeć do końca.
Nie jest to obraz hollywoodzki, szczególnie skomplikowany, ani też rzucający na kolana grą aktorską. Pokrótce: głównym bohaterem jest Quintus Dias i jego drużyna złożona z kilku ocalałych po rzezi, jaką zgotowali armii rzymskiej Piktowie, legionistów. Warto wspomnieć, że oddział wprowadziła w zasadzkę Etain - Piktyjka, niemowa, służąca dotychczas u Rzymian, niezrównana tropicielka. 
Quintus zatem wyrusza ze swoją niezbyt liczną drużyną do obozu wroga, aby odbić generała Tytusa Flawiusza Virilusa. Odbicie się nie udaje i drużyna musi uciekać, stawiając czoła siłom wrogiej natury, Piktów i własnych słabości.

To, co podobało mi się w tym filmie, to odejście od patosu, którym tego typu produkcje aż ociekają. Ciężko jest utożsamić się z którąkolwiek stroną - obie są bowiem tak samo zajadłe w walce, pamiętliwe i bez miłosierdzia obchodzące się z wrogami - co z kolei pozwala oddzielić się od emocji i oglądać spokojnie, ciesząc się, że czas wojenny mamy już za sobą.
Przeszkadzała mi natomiast Olga Kurylenko, która była koszmarnie nijaka. Ratowała ją tylko postać Etain - bezwzględnej, krwiożerczej tropicielki. Niestety, w scenach walk przez cały czas odnosiłam wrażenie, że Kurylenko za moment przewróci się pod ciężarem włóczni po kolejnym, średnio mocnym, zamachu. I jeśli ktoś powie mi, że to nadawało scenom walk pozorów realizmu, to odpowiem "jak, do jasnej anielki, kobieta, szkolona do walki od dziecka, mogłaby pozwalać sobie na taką niezgrabność?". Nie. Kurylenko dobrze wygląda. To wszystko,

Ocena ogólna; 3,5/5. Za momenty nudy. I Olgę Kurylenko.

Z książkowej beczki: czytam kolejnego Clarksona i przymierzam się do "Władcy Pierścieni". Recenzja tego pierwszego być może nastąpi, a być może nie. Ale lektura dostarcza rozrywki, to na pewno :)

Ostatni dzisiejszy akapit to moja wielka radość z piątku i tego, że dziś kolejne spotkanie z przyjaciółmi. Sprawia mi to ogromną frajdę i ogólnie daje pozytywnego kopa. Jak również fakt, że ktoś mnie czyta i chce wiedzieć, co dalej. Niniejszym oddelegowuję się i życzę miłego weekendu.

czwartek, 8 września 2011

Fail tygodnia

... liczonego od poprzedniego czwartku.
Trochę filmów obejrzałyśmy sobie (ja i Kot) w tym czasie. Kilka z nich było przyjemniejszych, kilka innych mniej. Do tej drugiej kategorii zaliczam zdecydowanie Resident Evil: Extinction, część trzecią filmowej adapta... nie, nie posunę się do tego stwierdzenia. Niech stanie na tym, że powstała seria filmów o tym samym tytule, co seria gier wyprodukowanych przez Capcom. Żaden z obrazów kinowych nie zyskał mojej szczególnej sympatii, może za wyjątkiem drugiej części o wiele mówiącym podtytule "Apocalypse", w którym pojawił się Oded Fehr, który to z kolei wywołuje u mnie coś na kształt ślinotoku. Niestety, "Extinctionowi" nawet on nie pomógł (pewnie dlatego, że było go w moim odczuciu zbyt mało).

Pozwolę sobie od razu zaznaczyć, że moja memoria jest wyjątkowo fragilis ostatnimi czasy, ale lata temu widziałam proces przechodzenia trzech gier z serii, i śmiało mogę wymienić elementy, które zostały z nich zaczerpnięte: zombie, Umbrella Corp. STARS i spółka, postaci (główne, które stały się pobocznymi), zombie, Raccoon City, zombie, głównych złych (Nemesis, Tyrant)... i więcej zombie. Cała reszta jest wynikiem kombinacji wszystkich tych elementów oraz - niezbyt rozbudowanej - wyobraźni reżysera i scenarzystów.

Fabuła... to chyba był zbyt duży szok po, ukończonym chwilę wcześniej, Bournie. Fabuły w zasadzie brak. Nastąpiła apokalipsa. Świat zmienił swoje oblicze - i to dosłownie - zamieniając się w pustynię pod wpływem działania mutagennego wirusa, który odbył marsz przez Ziemię (po wydarzeniach RE: Apocalypse), zamieniając wszystko, co żywe w... no... nieżywe. Świat nie stał się przez to zachęcającym miejscem... No dobrze, stał się jeszcze mniej zachęcający niż to, co znamy teraz. Tak więc mamy światową pustynię, a do tego stada (dosłownie) zombiaków. Ale ale! Żeby było jeszcze mniej interesująco, spotykamy członków elyty polityki światowej (tylko kim oni rządzą? Sobą nawzajem? xD), którzy z pewną dozą zainteresowania obserwują poczynania doktora Isaacsa (którego na pewno spotykamy w drugiej części serii, nie pamiętam - i nie chce mi się sprawdzać - czy pojawia się w pierwszej) prowadzącego "Program Alice", mający na celu a) stworzenie superbroni, b) uratowanie ludzkości poprzez "udomowienie", przy pomocy antywirusa, wszystkich zombiaków pełzających po świecie, c) przyniesienie chwały, pieniędzy i nieśmiertelności twórcy. 
Z drugiej strony mamy konwój jeżdżący sobie po zachodniej pustyni/części USA, zbierający niedobitki zarazy (po 5 latach?? Oh, c'mon...) i ogólnie usiłujący przeżyć. Czyli survival horror. Wśród nich znajduje się kilka osobowości (drewnianych, ale lepsze takie, niż żadne - tak zapewne myśleli scenarzyści), reszta to tło składające się głównie z dzieci i kobiet. Mamy zatem znanego z Apokalipsy Carlosa Oliverę (Fehr), Murzyna o wdzięcznym imieniu L.J. (też starego znajomego), i... Clarie Redfield (która tylko nazywa się jak bohaterka 2. części gry, niestety, nie ma się czym jarać). Jest też kowboj i pielęgniarka. Brakuje kilku cyklistów. I masonów.
Z trzeciej strony jest sama Alice, która również wędruje przez pustynię usiłując przeżyć i uciec przed swoją przeszłością, co jej nie wychodzi, ale przy okazji rozwija swoje superhipernadmoce.
Oczywiście wszystkie strony spotykają się w którymś momencie, by narobić jeszcze większego zamieszania, zabić więcej zombie (które - uwaga - będą nowe, lepsze, szybsze), spróbować przejąć władzę nad światem, itd.
W dużym skrócie: z głównych bohaterów przeżywa tylko dwójka i nie będę oryginalna, jeśli powiem, że jedną z tych osób jest Alice (nie będę chamsko spoilerować. może jakiś desperat uciekający przed nudą przeczyta moje dzieło i później będzie miał do mnie pretensje, że zepsułam mu frajdę) - w końcu powstała część czwarta o wdzięcznym podtytule "Afterlife".

Niestety, filmowi nie pomogły ani efekty specjalne (przesadzone), ani muzyka (koszmarnie monotonna). Aktorzy grają postacie z drewna. Paradoksalnie - chyba najbardziej podobała mi się gra Iaina Glena w roli dr. Isaacsa. Był taki, jaki powinien być. Alice... jest wciąż albo zbyt przerażona albo zbyt zdeterminowana. Carlos walił jakieś teksty, które aż bolały mnie w zęby. Redfield była herod-babą, o tajemniczej przeszłości, która trzymała wszystkich żelazną ręką. I naprawdę żadna z postaci nie chwyciła mnie za serce.
Twórcom udało się osiągnąć jedno - skłonić mnie do częstego patrzenia na zegarek w celu ustalenia, kiedy nastąpi koniec. Nastąpił, niestety, zbyt późno.

Opinia ostateczna: film do obejrzenia. Najlepiej w gronie znajomych. Służy świetnie do głośnego komentowania i wykazywania błędów rozmaitej maści oraz do głośnych wybuchów śmiechu.



Ależ tu się filmowo zrobiło... No nic, lepsze to niż blablanie o niczym. Aha - trzeci Bourne chwycił mnie za trzewia, rzucił o ścianę, a potem rozkochał w sobie do reszty. Nie wiem, czyja to wina. Matta Damona, Ludluma czy Greengrassa, ale jak się dowiem, to pięknie podziękuję, bo dzięki tym panom spędziłam trzy bardzo przyjemne wieczory z wypiekami na twarzy śledząc losy Jasona Bourne'a.

Ciekawe, co wymyślimy z Kotem na dzisiaj.

środa, 7 września 2011

Wniosek

Obejrzałam ostatniego (jak dotychczas) Bourne'a i doznałam olśnienia w kwestii mojego przyszłego.

Powinien być superszpiegiem.

Amen.

W krzywym zwierciadle

Wrzesień podjął próbę udowodnienia, że wciąż jeszcze panuje astronomiczne lato. Wprawdzie pomykam w półbutach, a nie w sandałkach, ale ale - dzisiaj rano słoneczko grzało wcale niezgorzej. Rzekłabym, że lepiej nawet, niż w sierpniu (o paradoksie). Żeby jednak nie było za wesoło, na horyzoncie wykwitają gigantyczne chmury koloru granatowego. A tak liczyłam na to cudowne światło... No nic. Fotki i tak wyjdą.

Wczoraj czekała mnie przemiła niespodzianka, w postaci Friend, która - w pogardzie mając tnące szpony mrozu i słoń... eee... to chyba nie ta bajka... więc w pogardzie mając obowiązek, postanowiła nas nawiedzić, ku mej wielkiej radości. Pośmiałyśmy się, pogadałyśmy o tym i owym (lakiery do paznokci, Justin Timbarlake, Watchmeni, David Bowie, Lady Gaga, etc.) i - co najważniejsze - pobyłyśmy ze sobą. Było cool. Jak zawsze zresztą w tym gronie.

Potem obejrzałam kolejną część Bourne'a (brzmi to kretyńsko, wiem) "Bourne Supremacy", która jest naprawdę niezłym kawałkiem kina szpiegowskiego. Może mniej było świeżości, bo jednak bohaterów już znamy, ogólną koncepcję również, nie zmienia to jednak faktu, że kilka razy poczułam coś na kształt zaskoczenia. A kawałek pod end credits zaczyna chodzić za mną. Bardzo namiętnie.

I jeszcze z muzycznej czapki. Wciąż trzymając się klimatów bourne'owskich coś, co udowadnia, że w mam silne ciągoty w stronę filmowych kawałków elektro.

Over and out.

wtorek, 6 września 2011

Lenistwo

Może i nie popłaca, ale uwielbiam to uczucie, kiedy nic nie muszę. W tym robić czegokolwiek.

poniedziałek, 5 września 2011

Quis custodiet ipsos custodes?

Popełniłam duży błąd. Obejrzałam (a w zasadzie zmęczyłam - przez 4 godziny) "Watchmen". Obejrzałam w mało sprzyjającym momencie zarówno życiowym, jak i nastrojowym. Co gorsza, w żadnym razie nie mogę powiedzieć, że film był zły. Bo nie był. Efekty specjalne były spoko, nieprzesadzone. Wątek główny został podany bardzo interesująco. Galeria bohaterów była wysoce zróżnicowana. ... A - mimo tych wszystkich niewątpliwych zalet - film nie przypadł mi do gustu i z pewnością nie będę do niego wracać. Nastrój, w którym mnie pozostawił określiłabym mianem "wewnętrznego BLEH". Ogólnie jestem bardzo na nie. Ale - jeśli lubicie relatywizm, dekadencję, marazm i niepokój - polecam.

Kaidankai wyszło zaskakująco dobrze. Zdumiewające, jak wiele taka mała rzecz wymagała pracy i energii, ale - zdecydowanie - warto było.

Patrzę na ten wrzesień, patrzę... i robi mi się smutno, że nie mam własnego aparatu. Przecież to światło, które teraz rozlewa się między budynkami, drzewami, po całym kraju, jest jedyne i niepowtarzalne. To trochę tak, jakby mieć złotą godzinę przez pół dnia. W mojej głowie powstają kadry, oczy łapią światło, ale to wciąż za mało. (Chyba też - śladem moich przyjaciół - powinnam stworzyć sobie chciwą listę życzeń... A potem zostać multimilionerką.)

Dojrzałam do pewnej decyzji, od której - do tej pory - skutecznie uciekałam. Dalej się nie da. Tylko... quis qustodiet ipsos custodes? Skoro ja pilnuję swojego serca... to kto pilnuje mnie?

piątek, 2 września 2011

Źli chłopcy

Wczoraj obejrzałam pierwszą część Bourne'a (w zasadzie to on miał sporo... ciekawych... części), to znaczy tę o jego tożsamości. Nie ukrywam, że popadłam w zachwyt. Zdecydowanie mniej w kierunku aktorstwa, a zdecydowanie mocno w kierunku scenariusza i jego wykonania. Tożsamość Bourne'a jest albowiem sztandarowym przykładem, że można stworzyć film oparty na dobrej fabule, a nie na efektach specjalnych. Byłam zdumiona ciężkawą atmosferą filmu oraz przepychem muzyki, która totalnie mnie oczarowała. Brawo, panie Powell. 

Oczywiście w ramach sprzężenia zwrotnego miałam dzisiaj sny o męskich mężczyznach w klimatach przygodowych. Nie ukrywam, że podobało mi się ;)

Dzisiaj mam w planach całkowity reset w postaci koncertu muzyki bretońskiej oraz niewielkie zakupy. Muzykę bretońską będą prezentować dwaj panowie, z zespołu, który oczarował mnie od pierwszego usłyszenia. Nazywa się zespół Ampouailh, co podobno przekłada się jako "źli chłopcy". Ich muzyka posiada lekkość i płynność, które niosą nogi do tańca, serce do radości, a duszę ponad obłoki.

A w sobotę przedstawienie i niech już mam to za sobą.

czwartek, 1 września 2011

W północ się odzieję

Tak, skończyłam wczoraj czytać. Nie mogłam przestać, najzwyczajniej w świecie książka wciągnęła mnie z butami. To już nie ten Pratchett od "Koloru magii". To Pratchett dojrzały, który dostrzega i przelewa na papier wiele spraw. Niektórych bardzo mi bliskich.

No i potem zdarzają się takie dni jak dzisiaj, kiedy cieszy mnie wszystko - nawet szukanie motywu na personas czy obserwowanie szarego nieba.

To chyba zasługa września. Bo we wrześniu mi dobrze. I będę się nim cieszyć w tym roku świadomie, nie wiadomo bowiem, co będzie w przyszłym. Chcę zaprzyjaźnić się z tegorocznym wrześniem i przejść z nim ramię w ramię do października, zostawiając za sobą jak najlepsze wspomnienia.

Chcę. A - jak mawiają niektórzy - chcieć to móc.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Szukam sponsora

Zaczęłam ten upiorny urlop... I już dobiega końca pierwszy tydzień. "Co do jasnej...?" - zapytuję siebie i patrzę na datę, przecierając oczy ze zdumienia. Jedynymi elementami "urlopowymi" były trzy koncerty DVD Gackta, z czego dwa obejrzane w niedzielę na jednym tchu, bo tuż po powrocie z Warszawy.

Koncert, ach, koncert. 
Nie jestem "koncertową istotą", nie kręci mnie szaleństwo w spoconym, rozentuzjazmowanym tłumie, słuchanie wpółpijanych, fałszujących artystów, pseudo-elokwentnego bredzenia o niczym. Nie, zdecydowanie.
Tu natomiast czekała na nas rozrywka pierwszej klasy, bo czego by o Gackcie nie mówić, to jest świetnym showmanem. Wprawdzie nie zabrakło, rzecz jasna, rozentuzjazmowanych fanek (średnia wieku 18, mocno zawyżona przez kilka osób w naszym wieku oraz kilka w wieku moich rodziców), które gotowe były zadeptać człowieka w celu dorwania się do butelki z wodą/krawata/koszuli (przyjaciółka widziała później jej strzępy) latających z rąk Gackta, i nie tylko, obficie.
(Choć trzeba przyznać, że byłabym wcale kontenta, gdyby udało mi się zdobyć krawat, bądź koszulę, Chachamaru względnie You. Tak, wiem, fangerlizm mode on, ale nie narzekam. Odbijam sobie młodzieńcze lata, podczas których byłam grzeczną, nudną dziewczynką.)
W każdym razie bardzo się cieszę, że zrezygnowałam z sieciówki na rzecz koncertu. Jak do tej pory - zaraz obok Zlotu - wydarzenie roku.

Przyzwyczajam się do myśli o wyjeździe w Bieszczady. Zanosi się na fajną rzecz, choć zupełnie nie wiem, czego się spodziewać. Może tak jest lepiej, może nie będzie rozczarowania. I mam nadzieję, że uda mi się zobaczyć... wilki.

Dwa wielkie życzenia z mojej listy marzeń odfajkowane. Gackt, RPG... A jedno wciąż nie daje spokoju, wciąż wierci gdzieś od środka. Irlandia.
Szukam sponsora, płeć nieważna, który zakupi mi bilet tam i z powrotem i wciśnie 100 oiro w garść, ze stwierdzeniem "na drobne wydatki". 
Względnie szukam pracy, która pozwoli zarobić na tyle, żeby samej sobie stać się sponsorką.
... Czy to wiele?

czwartek, 28 lipca 2011

Między ciszą a ciszą

trawy się kołyszą.
Koncert świerszczy, żurawie przemykające po szarym niebie, ich śpiew opada w miękkiej kadencji. W oddali słychać szczekanie psa. To trochę oszukana cisza, ale zdecydowanie najlepsza na letnie wieczory.

Jutro w dzicz, urodzinniać się. Więc tymczasem.

Over and out.

środa, 27 lipca 2011

Salut

Przypomniały mi się wakacje, podczas których pogoda była równie kiepska. Ale wtedy alternatyw było mnóstwo. Bo były wakacje. Siedzieliśmy we czwórkę - moja siostra, mój kuzyn, moja przyjaciółka i ja - i robiliśmy bransoletki węzełkowe. Za oknem, tak jak dzisiaj, szaro, buro i nijako, a my pochyleni od rana aż do obiadu nad dzierganymi rzeczami. Potem były rozmowy, snucie planów, przelewanie serca w serce. Było błogo.

Chłodny, wakacyjny wieczór. Siedzimy "na szkole" większą grupą. Małe nieporozumienia, intrygi, burze emocjonalne. I małe szczęścia.

Jezioro, zapach lasu, woda oddycha po całym dniu, słońce powoli chowa się za horyzontem, upał trochę mniejszy. W tle ktoś krzyczy, ktoś się śmieje. 

"Wakacje, znów będą wakacje"...?

Wznoszę kubek z herbatą, salutując chwilom beztroski, które minęły.

wtorek, 26 lipca 2011

Kwestia gustu

Wracam dzisiaj z pracy, przed sobą widzę dwóch dżentelmenów, w wieku lat około 8, zmierzających w kierunku przeciwnym. Nastąpiła wypowiedź. Jeden dżentelmen zwraca się do drugiego, popierając zdanie gestem wskazywania na coś w bloku:
- Ej, ale firanki mam ładne, nie?

:)

Anty-fanka

Wegner robi mi dobrze na sny. To fakt niezaprzeczalny.
Skończyłam "Opowieści", po raz drugi zresztą. Takie tempo powrotów miałam chyba tylko z "Władcą Pierścieni". "Zachód" wegnerowski po raz kolejny zrobił na mnie mieszane wrażenie, ale chłonęłam go, jakbym czytała po raz pierwszy. Tempo tych opowiadań jest zatrważające, a świat przedstawiony bardzo do mnie przemawia. Tak bardzo, że z niecierpliwością oczekuję "Nieba ze stali".

Dzisiaj bach! - sen. Las, zima, domy, poszukiwanie w galopie jakiejś kobiety, która miała w czymś pomóc i jedna taka była na całą wioskę. Zapamiętałam jej piękne włosy farbowane na wspaniały odcień rudego. Kobieta zapytała mnie, czy nie chciałabym zająć jej miejsca. Zrobiłabym to bardzo chętnie, ale coś mi stało na przeszkodzie. Zapewne realizowana misja i drużyna, której nie mogłam zostawić.

Potem miałam przeskok i tym razem było lato, również las, ale tym razem bez pośpiechu. Za to z moim byłym niedoszłym u boku. Uprawialiśmy spacery, podczas których czas upływał nam szybko na konwersacjach. Oczywiście nagle skonstatowałam, że on mnie już nawet nie podrywa. Zwyczajnie - jak to się mówi - jesteśmy ze sobą. Towarzyszyła temu ta miękka emocja, zapadanie się w tego drugiego człowieka, oczekiwanie na każde słowo, każdy uśmiech...

Na szczęście się obudziłam.
Od jakiegoś czasu nie jestem fanką emocji. Tak, wiem, poddaję się im na co dzień, ale to nie zmienia faktu, że jeśli pozwolić im kierować życiem, zrobi się z niego totalna chryja. Znam takie przypadki, wyglądają niewesoło. I dlatego mówię nie.
Poza tym, to osławione zakochanie zawiera tyle odpychających czynników, że zdumiewa mnie ilość jego fanów. Przecież to lepka emocja, płytka i taka... nijaka. Oślepia, ogłusza, nie pozwala myśleć. Za to efekty może przynieść obezwładniające. Dosłownie.

Tak, jestem anty-fanką emocji. Proponowałabym zredukowanie ich do minimum.
To może jakiś marsz w tej sprawie...?
;)

P.S. - Notka pół-żartem. Bo wiem, przy Kim moje serce jest bezpieczne.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Lipcopad

(Kopyrajty nie należą do mnie. Tytuł by ktoś na Kwejku)
Pada. Wiadomość ostatnich dni. Pada nieustannie od piątku, z przerwą na niedzielę, kiedy to padało, ale od wieczora.

W takie dni jak dzisiaj przełącznik przeskakuje z pozycji "Aktywność letnia" na pozycję "Aktywność jesienna". Dlatego Trójka grająca nastrojowo sprawia, że chce mi się czytać przy herbacie, świeczce zapachowej, w tym specyficznym półmroku zapalonej lampki.

Opadła mnie wewnętrzna cisza. To normalne. Skorupki, w które zamieniło się życie, milczą. Zero walki. Strach zagląda w oczy i wyziera z oczu. To nic. To tylko takie podrygi.

Jutro Harry Potter. Istnieje tylko jedna obawa: że znów czegoś mi zabraknie. Że będzie kwadratowo, plastikowo i nienaturalnie. Pomyśleć, że książka spędzała mi sen z powiek.

Niech już będzie ten październik.

sobota, 23 lipca 2011

Ciało obce

Oj, minęło trochę czasu. Naprawdę chciałabym prowadzić blog z jakąś ludzką częstotliwością, ale chyba nie jest mi pisane.

Pogoda za oknem przyprawia o gęsią skórkę. Dosłownie. Na szczęście jest też kilka rzeczy, które potrafią wyprzeć niepogodę z serca i z ducha, ocieplając atmosferę, nadając jej błyski słońca na falach oceanu na przykład.

Moja faza dramowa ma się dobrze. To znaczy... nie mogę jej nazwać dosłownie "fazą" - to coś przelotnego, ale kiedy już się pojawia, trwa zazwyczaj do ostatniego odcinka. Skończyłyśmy z Friend wczoraj dosłownie starą, japońską dramę "Beach Boys". Było to przemiłe doświadczenie - trochę do śmiechu, trochę do płaczu, na szczęście jednak pozostawiające bez wątpienia tą swoistą pogodę ducha, która utrzymuje się, nie znika.

Podczytuję sobie, do pełni szczęścia, Wegnera "Opowieści z meekhańskiego pogranicza". Jest to bez dwóch zdań lektura dobra, zachęcająca do sięgnięcia po kolejny tom. Przy okazji czytania zresztą, zrodziła mi się refleksja. Otóż czytanie dobrych książek jest trochę jak bycie zakochanym: w pierwszym kontakcie (mam tak ja i kilka znajomych mi osób, ale zdaję sobie sprawę, że to jeszcze nie ogół) zachłyśnięcie się, lekki niepokój 'co będzie dalej?', fascynacja i dziki pęd. Potem zwolnienie, chwila przerwy, powrót i większy spokój, głębsza refleksja, rozkoszowanie się każdym zdaniem, każdą chwilą spędzoną razem.


To w prostej linii prowadzi mnie do kolejnego wniosku, który zrodził się na przestrzeni tygodnia. W moim życiu, w relacjach, dostrzegłam pewną prawidłowość. Kiedy pojawia się jakiś ktoś, od początku wiadomo, czy będzie to coś fajnego, czy wręcz przeciwnie. Albo jest 'swój', albo jest ciałem obcym i tak traktują go moja psychika na spółkę z emocjami. Dyskomfort, niepokój, niechęć - tak się kończy przebywanie z ciałem obcym na jakiejkolwiek płaszczyźnie. Nie lubię tego i unikam jak mogę.
Niestety, nie zawsze się da.