Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 lutego 2013

Die hard... or let live

Tak, znów czeka praca i tak, znów jestem na tym magicznym etapie, kiedy muszę zrobić wszystko inne: zmyć paznokcie, ogarnąć pokój, może poćwiczyć, napisać recenzję... Wezmę się w końcu za siebie, naprawdę. Od jutra. 

Dosłownie chwilę temu wróciłam z seansu "Szklanej pułapki 5" czy też, jak kto woli "A Good Day to Die Hard". Na wstępie przyznaję się, że poprzednie części tej kultowej produkcji oglądałam wieki temu, a ostatniej chyba wcale. W zasadzie nie robi mi to różnicy, albowiem zwyczajnie nie pamiętam, co się działo. Jedynie wrażenie ogólnego chaosu zostało gdzieś w moich synapsach, odbijając się odległym echem na hasło "Szklana pułapka". Jak widać można żyć bez tej wiedzy i iść na film.

Pokrótce, bez spoilerów, przegalopuję przez plot. Mamy znów McClane'a, a nawet dwóch, co niektórych zapewne ucieszy. Ten starszy wyrusza na poszukiwania swego - od jakiegoś czasu - zaginionego syna, który uwikłał się w pewną szpiegowską grę, o czym jego Senior jeszcze nie wie, ale dowie się w zasadzie od razu po przyjeździe do Moskwy, w której to rozgrywa się lwia część akcji. Potem - w wyniku wydarzeń - przenosimy się wprost do Czarnobyla i tam właśnie mają miejsce ostatnie sceny dramatu, ostatecznie okazuje się, że jednak "jaki ojciec, taki syn", wszyscy padają sobie w ramiona, trup ściele się gęsto, etc. etc. Znamy. Lubimy.

Nie tutaj. (Staram się unikać standardowych zapytań retorycznych używanych w internetowych recenzjach, ale tutaj aż samo pcha się: "czemu?") Niestety, film jest miałki jak dobrze roztarty pigment matowy. Naprawdę. Piszę to ja, osoba, która od kina wymaga jedynie dobrej zabawy zdefiniowanej w stosunkowo szeroki sposób. 
Nie wiem w dalszym ciągu, czy niski lot tego filmu to wina Willisa, który z nieustającym lekkim uśmiechem przyklejonym do nieodmiennie przystojnego pyszczydła powtarza ad nauseam i w naprawdę dziwnych okolicznościach kwestię "Ja tu jestem na wakacjach", czy przynudnawej sceny pościgu, tendencyjnych "złych", braku okładania się po mordach w męskim, boksersko-karate stylu... czy reżysera. I stawiam na to ostatnie.

Film wypada bardzo blado, szczególnie w zestawieniu z zeszłorocznymi pozycjami kinowymi w stylu "Niezniszczalnych 2" czy - nawet - "Dziedzictwa Bourne'a". Naprawdę tak jest. "Niezniszczalni..." aż skrzyli się humorem. Nie był to może jakiś wysublimowany humor, ale wystarczył w zupełności do dobrej zabawy. W Bournie aż roiło się od pełnych napięcia scen akcji, pośród których flagowy produkt twórców - pościg, był wisienką na torcie. Jednakże nawet nie brak powyższych sprawia, że "Szklana pułapka 5" jest mdła jak kasza manna z budyniem śmietankowym. To, co pogrąża ten film, to totalny brak napięcia między głównymi bohaterami. I tym razem mam więcej do zarzucenia Willisowi (Bruce! WHY U?!) niż Courtneyowi (Ktoś, kto ma na imię Jai może pochodzić tylko z Australii notabene ;). Ten drugi choć trochę starał się wykrzesać z siebie zbuntowanego syna, który nie może znieść obecności ojca. Bruce... Pojechałeś po bandzie. Serio. Gdyby to moje dziecko szlajało się gdzieś po Rosji, z jakimiś podejrzanymi typami u boku... gdyby nawet było dorosłe... To chyba najpierw spuściłabym mu ostry łomot, a dopiero potem pytała, komu spuścić kolejny. I to wpisałoby się świetnie w klimat produkcji. Zabrakło mu wiarygodności jako ojcu. 
W związku z tym to wina reżysera. Gdyby bowiem skrócił straszliwy, idiotyczny pościg, w którym w zasadzie mają miejsce dwie kluczowe sceny, a zamiast tego zainwestował w trochę soli między ojcem i synem, to film byłby o klasę lepszy.
Rozrywka? Tak. Na piątkowy, nudny wieczór (z cyklu tych, w których jednak nie ma się ochoty oglądać Resident Evil :P) ze znajomymi. Pod komentarze.

Nie żałuję oczywiście: byłam, zobaczyłam, a teraz wybieram się na "Poradnik pozytywnego myślenia". Trailer zapowiadał coś sympatycznego.

Poza tym pada śnieg i po raz pierwszy od bardzo długiego czasu nie jest to przyczynek do mojej radości. Wytłumaczenie jest proste: śnieg nie mieści się w moich planach, których jest sporo, i które potrzebują czasu do realizacji, a tę blokuje mi wspomniany śnieg, taka jego mać.

Fajne są weekendy u Friendsów, szczególnie te wyjazdowe. Problem jednak polega na tym, że po takim wyjeździe dostaję z kopa od rzeczywistości i wtedy przestaje być fajnie. Dochodzenie do siebie boooliii... Czasem dłużej, niż by się chciało.

Nic więcej (nie)mądrego nie przychodzi mi do głowy, więc idę do pracy i żegnam. Gorąco, dla odmiany.

piątek, 1 czerwca 2012

Co mnie nie zabije

Z pewnym zaskoczeniem skonstatowałam dzisiaj, że grono moich fanów z poprzedniego tygodnia obejmuje głównie Irlandię. Moje zdumienie nie ma granic (tu następuje chwila ciszy na wybrzmienie ironii).

Wiosna w pełni, "The Avengers" za mną, ku mojemu nieutulonemu żalowi (choć wciąż poważnie rozważam, czy nie pójść raz jeszcze), przede mną "Dark Shadows", "MiB", "Snow White and Huntsman" czyli czerwiec na wypasie filmowym. Zaraz potem na równym wypasie "Prometheus", Merida, ostatni Batman, i "Bourne Legacy" (to ostatnie kręci mnie wyjątkowo, bo jestem naprawdę ciekawa, czy utrzymają poziom poprzednich części). Czyli do sierpnia będzie co robić w kinie. Tylko skąd wziąć czas?

Bo to, co powyżej, to tylko wierzchołek góry lodowej. Oprócz tego ludzie, Projekt, wakacje, spacery, ME2, KOTOR2, BSG, książki... I niestety, nie da się zrobić tego wszystkiego naraz.

Nie, nie zabija mnie to... ale też nie wzmacnia.

Nie wiem, kto ukuł to tytułowe stwierdzenie, ale rzadko ma ono zastosowanie w rzeczywistości, szczególnie w niektórych przypadkach.
Zazwyczaj co cię nie zabije, to zostawi w stanie sponiewierania. Niewiele lepsza ta perspektywa.

Ale, żeby nie kończyć tak mało optymistycznie, to niech zostanie stwierdzone, że dziś piątek wieczór, jutro sobota, czyli weekend w pełni. Oby wzmocnił.

piątek, 7 października 2011

Dosiebnie

Podziało się trochę.

Po pierwsze - zbliżam się do jakiejś krawędzi, rozumianej w sposób jak najbardziej pozytywny. Jestem naprawdę ciekawa, co czeka na mnie po drugiej stronie. 

Po drugie (co ja ostatnio mam z tym wyliczaniem??? xD) - zdecydowałam się na coś, co dla wielu osób, które znają mnie chociaż trochę, może wydać się dziwne. Postanowiłam pomóc znajomej w prowadzeniu świetlicy dla dzieciaków z jej miejscowości. Nie wiem, czemu strzelił mi do głowy ten pomysł, ale strzelił skutecznie. Jestem po pierwszych zajęciach. Jedno mogę powiedzieć: rozumiem osoby, dla których praca wśród dzieci staje się sensem życia. To niesamowite, jak wiele satysfakcji może przynieść uśmiech rozjaśniający twarz, kiedy wspólnymi siłami dochodzicie do momentu Objawienia wiedzy do tej pory zakrytej. Czy też uśmiech wywołany prostym faktem, że ktoś jest zainteresowany, chwali i okazuje aprobatę. Potwierdza to tylko teorię, która przez lata całe wisiała nade mną, jak kat nad dobrą duszą. Teorię o tym, że dzieci potrzebują poczucia akceptacji, bezpieczeństwa i... miłości. Tej okazywanej.
Mam problem z dziećmi. Nie potrafię z nimi rozmawiać, nie rozumiem ich, przebywanie w ich towarzystwie zawsze mnie trochę krępuje. Ale chyba potrafię nad tym przejść. Choćby w mojej ukochanej roli Pani Nauczycielki. 
O nie, nie łudzę się, że moja obecność na świetlicy zrewolucjonizuje świat. Wiem jednak, że ludzie wpływają na siebie nawzajem. Może kiedyś ktoś przypomni sobie, że taka jedna pani pomagała z angielskiego. Może to pomoże tej osobie dokonać jakiegoś ważnego wyboru. Albo jakiegoś mało ważnego, ale pomoże.

Po trzecie - ostatnie dni w starej pracy. Ale jeszcze dwa dni urlopu przed końcem. Na na naaa :) Trochę cieplej w myślach od takiego planowania nicnierobienia. 

Dobra, skończyła mi się wena. Chyba onieśmieliła się całym "po drugie". Dodam tylko, że obejrzałam z Kotem całość "X-menów", "Daredevila" i "R.E.D" (and a dentist... hermetyczny żart, kto widział, zrozumie. Albo nie xD) ... i chyba coś jeszcze po drodze, ale nie pamiętam już co to było. Ach, byłam też w kinie na "Porwanym", co było wysoce nieinteresującym przeżyciem. Nie polecam ;)

piątek, 9 września 2011

Z lekką nutką... romantyzmu

Wczorajszy dzień odbył się pod znakiem spotkania przyjacielskiego oraz kolejnego wieczoru filmowego z Kotem. Kiedy w ciągu dnia konsultowałyśmy się, co mamy ochotę obejrzeć, okazało się, że obie mamy chrapkę na akcję z elementami komedii romantycznej.

Zdecydowałyśmy się na "Dorwać byłą" ("The Bounty Hunter" - kto tłumaczy te tytuły, i co takiego złego widzi w tych angielskich, że całkowicie zmienia ich znaczenie?) i był to... strzał w dziesiątkę. Film dał nam całą masę przyjemności. Może jednak zacznę od początku.

Dwie główne role obsadzone są przed Jennifer Aniston i Gerarda Butlera, co było - w moim odczuciu - doskonałym wyborem. Butlera kojarzyłam głównie z roli Leonidasa, a Aniston to dla mnie wciąż Rachel z "Przyjaciół" (i nie mam jej tego za złe).
Film składa się z fabuły, na którą składają się perypetie (że użyję tego archaicznego już nieco zwrotu) Milo i Nicky, na które z kolei składa się skomplikowana sytuacja emocjonalno-życiowa, w której znajdują się bohaterowie. Są oni mianowicie po rozwodzie i szczerze się nie znoszą. On - były policjant, aktualnie łowca nagród, który próbuje wiązać koniec z końcem, żyjący w cieniu związku z nią. Ona, kobieta sukcesu, dziennikarka, trochę bezwzględna w dążeniu na "szczyt", której "towarzyszy" kolega (z rodzaju tych, których odstrzeliłabym po pierwszym zdaniu). Pewnego dnia Nicky wpada na trop pewnej sprawy...
Jak już wspomniałam, Nicky i Milo bardzo się nie lubią. Jednak nie aż tak, żeby nie stanąć razem przeciw złym ludziom. Co z tego wyniknie, trzeba zobaczyć na własne gałki oczne.
Zachwycił mnie Butler, który potrafi śmiać się tak, że ten śmiech nie obejmuje oczu, które pałają żądzą zemsty i satysfakcji. Poczucie humoru utrzymuje się na poziomie dobrej komedii, zwroty akcji sprawiają, że film ani na chwilę nie staje się nudny. 
Ogólna ocena: do obejrzenia na poprawę humoru, dla czystej rozrywki. 4/5

"Centurion" to kolejna propozycja. Tym razem dla tych, którzy są fanami kina historycznego z akcją. Albo na odwrót. Szczerze mówiąc czekałam na obejrzenie go bardzo, chociaż Kot lekko kręciła nosem, kiedy zaproponowałam ten tytuł. Mimo tego, że zastrzegła sobie prawo do wyłączenia, jeśli film okaże się nudny, to udało się nam szczęśliwie dotrzeć do końca.
Nie jest to obraz hollywoodzki, szczególnie skomplikowany, ani też rzucający na kolana grą aktorską. Pokrótce: głównym bohaterem jest Quintus Dias i jego drużyna złożona z kilku ocalałych po rzezi, jaką zgotowali armii rzymskiej Piktowie, legionistów. Warto wspomnieć, że oddział wprowadziła w zasadzkę Etain - Piktyjka, niemowa, służąca dotychczas u Rzymian, niezrównana tropicielka. 
Quintus zatem wyrusza ze swoją niezbyt liczną drużyną do obozu wroga, aby odbić generała Tytusa Flawiusza Virilusa. Odbicie się nie udaje i drużyna musi uciekać, stawiając czoła siłom wrogiej natury, Piktów i własnych słabości.

To, co podobało mi się w tym filmie, to odejście od patosu, którym tego typu produkcje aż ociekają. Ciężko jest utożsamić się z którąkolwiek stroną - obie są bowiem tak samo zajadłe w walce, pamiętliwe i bez miłosierdzia obchodzące się z wrogami - co z kolei pozwala oddzielić się od emocji i oglądać spokojnie, ciesząc się, że czas wojenny mamy już za sobą.
Przeszkadzała mi natomiast Olga Kurylenko, która była koszmarnie nijaka. Ratowała ją tylko postać Etain - bezwzględnej, krwiożerczej tropicielki. Niestety, w scenach walk przez cały czas odnosiłam wrażenie, że Kurylenko za moment przewróci się pod ciężarem włóczni po kolejnym, średnio mocnym, zamachu. I jeśli ktoś powie mi, że to nadawało scenom walk pozorów realizmu, to odpowiem "jak, do jasnej anielki, kobieta, szkolona do walki od dziecka, mogłaby pozwalać sobie na taką niezgrabność?". Nie. Kurylenko dobrze wygląda. To wszystko,

Ocena ogólna; 3,5/5. Za momenty nudy. I Olgę Kurylenko.

Z książkowej beczki: czytam kolejnego Clarksona i przymierzam się do "Władcy Pierścieni". Recenzja tego pierwszego być może nastąpi, a być może nie. Ale lektura dostarcza rozrywki, to na pewno :)

Ostatni dzisiejszy akapit to moja wielka radość z piątku i tego, że dziś kolejne spotkanie z przyjaciółmi. Sprawia mi to ogromną frajdę i ogólnie daje pozytywnego kopa. Jak również fakt, że ktoś mnie czyta i chce wiedzieć, co dalej. Niniejszym oddelegowuję się i życzę miłego weekendu.

czwartek, 8 września 2011

Fail tygodnia

... liczonego od poprzedniego czwartku.
Trochę filmów obejrzałyśmy sobie (ja i Kot) w tym czasie. Kilka z nich było przyjemniejszych, kilka innych mniej. Do tej drugiej kategorii zaliczam zdecydowanie Resident Evil: Extinction, część trzecią filmowej adapta... nie, nie posunę się do tego stwierdzenia. Niech stanie na tym, że powstała seria filmów o tym samym tytule, co seria gier wyprodukowanych przez Capcom. Żaden z obrazów kinowych nie zyskał mojej szczególnej sympatii, może za wyjątkiem drugiej części o wiele mówiącym podtytule "Apocalypse", w którym pojawił się Oded Fehr, który to z kolei wywołuje u mnie coś na kształt ślinotoku. Niestety, "Extinctionowi" nawet on nie pomógł (pewnie dlatego, że było go w moim odczuciu zbyt mało).

Pozwolę sobie od razu zaznaczyć, że moja memoria jest wyjątkowo fragilis ostatnimi czasy, ale lata temu widziałam proces przechodzenia trzech gier z serii, i śmiało mogę wymienić elementy, które zostały z nich zaczerpnięte: zombie, Umbrella Corp. STARS i spółka, postaci (główne, które stały się pobocznymi), zombie, Raccoon City, zombie, głównych złych (Nemesis, Tyrant)... i więcej zombie. Cała reszta jest wynikiem kombinacji wszystkich tych elementów oraz - niezbyt rozbudowanej - wyobraźni reżysera i scenarzystów.

Fabuła... to chyba był zbyt duży szok po, ukończonym chwilę wcześniej, Bournie. Fabuły w zasadzie brak. Nastąpiła apokalipsa. Świat zmienił swoje oblicze - i to dosłownie - zamieniając się w pustynię pod wpływem działania mutagennego wirusa, który odbył marsz przez Ziemię (po wydarzeniach RE: Apocalypse), zamieniając wszystko, co żywe w... no... nieżywe. Świat nie stał się przez to zachęcającym miejscem... No dobrze, stał się jeszcze mniej zachęcający niż to, co znamy teraz. Tak więc mamy światową pustynię, a do tego stada (dosłownie) zombiaków. Ale ale! Żeby było jeszcze mniej interesująco, spotykamy członków elyty polityki światowej (tylko kim oni rządzą? Sobą nawzajem? xD), którzy z pewną dozą zainteresowania obserwują poczynania doktora Isaacsa (którego na pewno spotykamy w drugiej części serii, nie pamiętam - i nie chce mi się sprawdzać - czy pojawia się w pierwszej) prowadzącego "Program Alice", mający na celu a) stworzenie superbroni, b) uratowanie ludzkości poprzez "udomowienie", przy pomocy antywirusa, wszystkich zombiaków pełzających po świecie, c) przyniesienie chwały, pieniędzy i nieśmiertelności twórcy. 
Z drugiej strony mamy konwój jeżdżący sobie po zachodniej pustyni/części USA, zbierający niedobitki zarazy (po 5 latach?? Oh, c'mon...) i ogólnie usiłujący przeżyć. Czyli survival horror. Wśród nich znajduje się kilka osobowości (drewnianych, ale lepsze takie, niż żadne - tak zapewne myśleli scenarzyści), reszta to tło składające się głównie z dzieci i kobiet. Mamy zatem znanego z Apokalipsy Carlosa Oliverę (Fehr), Murzyna o wdzięcznym imieniu L.J. (też starego znajomego), i... Clarie Redfield (która tylko nazywa się jak bohaterka 2. części gry, niestety, nie ma się czym jarać). Jest też kowboj i pielęgniarka. Brakuje kilku cyklistów. I masonów.
Z trzeciej strony jest sama Alice, która również wędruje przez pustynię usiłując przeżyć i uciec przed swoją przeszłością, co jej nie wychodzi, ale przy okazji rozwija swoje superhipernadmoce.
Oczywiście wszystkie strony spotykają się w którymś momencie, by narobić jeszcze większego zamieszania, zabić więcej zombie (które - uwaga - będą nowe, lepsze, szybsze), spróbować przejąć władzę nad światem, itd.
W dużym skrócie: z głównych bohaterów przeżywa tylko dwójka i nie będę oryginalna, jeśli powiem, że jedną z tych osób jest Alice (nie będę chamsko spoilerować. może jakiś desperat uciekający przed nudą przeczyta moje dzieło i później będzie miał do mnie pretensje, że zepsułam mu frajdę) - w końcu powstała część czwarta o wdzięcznym podtytule "Afterlife".

Niestety, filmowi nie pomogły ani efekty specjalne (przesadzone), ani muzyka (koszmarnie monotonna). Aktorzy grają postacie z drewna. Paradoksalnie - chyba najbardziej podobała mi się gra Iaina Glena w roli dr. Isaacsa. Był taki, jaki powinien być. Alice... jest wciąż albo zbyt przerażona albo zbyt zdeterminowana. Carlos walił jakieś teksty, które aż bolały mnie w zęby. Redfield była herod-babą, o tajemniczej przeszłości, która trzymała wszystkich żelazną ręką. I naprawdę żadna z postaci nie chwyciła mnie za serce.
Twórcom udało się osiągnąć jedno - skłonić mnie do częstego patrzenia na zegarek w celu ustalenia, kiedy nastąpi koniec. Nastąpił, niestety, zbyt późno.

Opinia ostateczna: film do obejrzenia. Najlepiej w gronie znajomych. Służy świetnie do głośnego komentowania i wykazywania błędów rozmaitej maści oraz do głośnych wybuchów śmiechu.



Ależ tu się filmowo zrobiło... No nic, lepsze to niż blablanie o niczym. Aha - trzeci Bourne chwycił mnie za trzewia, rzucił o ścianę, a potem rozkochał w sobie do reszty. Nie wiem, czyja to wina. Matta Damona, Ludluma czy Greengrassa, ale jak się dowiem, to pięknie podziękuję, bo dzięki tym panom spędziłam trzy bardzo przyjemne wieczory z wypiekami na twarzy śledząc losy Jasona Bourne'a.

Ciekawe, co wymyślimy z Kotem na dzisiaj.

poniedziałek, 5 września 2011

Quis custodiet ipsos custodes?

Popełniłam duży błąd. Obejrzałam (a w zasadzie zmęczyłam - przez 4 godziny) "Watchmen". Obejrzałam w mało sprzyjającym momencie zarówno życiowym, jak i nastrojowym. Co gorsza, w żadnym razie nie mogę powiedzieć, że film był zły. Bo nie był. Efekty specjalne były spoko, nieprzesadzone. Wątek główny został podany bardzo interesująco. Galeria bohaterów była wysoce zróżnicowana. ... A - mimo tych wszystkich niewątpliwych zalet - film nie przypadł mi do gustu i z pewnością nie będę do niego wracać. Nastrój, w którym mnie pozostawił określiłabym mianem "wewnętrznego BLEH". Ogólnie jestem bardzo na nie. Ale - jeśli lubicie relatywizm, dekadencję, marazm i niepokój - polecam.

Kaidankai wyszło zaskakująco dobrze. Zdumiewające, jak wiele taka mała rzecz wymagała pracy i energii, ale - zdecydowanie - warto było.

Patrzę na ten wrzesień, patrzę... i robi mi się smutno, że nie mam własnego aparatu. Przecież to światło, które teraz rozlewa się między budynkami, drzewami, po całym kraju, jest jedyne i niepowtarzalne. To trochę tak, jakby mieć złotą godzinę przez pół dnia. W mojej głowie powstają kadry, oczy łapią światło, ale to wciąż za mało. (Chyba też - śladem moich przyjaciół - powinnam stworzyć sobie chciwą listę życzeń... A potem zostać multimilionerką.)

Dojrzałam do pewnej decyzji, od której - do tej pory - skutecznie uciekałam. Dalej się nie da. Tylko... quis qustodiet ipsos custodes? Skoro ja pilnuję swojego serca... to kto pilnuje mnie?

piątek, 2 września 2011

Źli chłopcy

Wczoraj obejrzałam pierwszą część Bourne'a (w zasadzie to on miał sporo... ciekawych... części), to znaczy tę o jego tożsamości. Nie ukrywam, że popadłam w zachwyt. Zdecydowanie mniej w kierunku aktorstwa, a zdecydowanie mocno w kierunku scenariusza i jego wykonania. Tożsamość Bourne'a jest albowiem sztandarowym przykładem, że można stworzyć film oparty na dobrej fabule, a nie na efektach specjalnych. Byłam zdumiona ciężkawą atmosferą filmu oraz przepychem muzyki, która totalnie mnie oczarowała. Brawo, panie Powell. 

Oczywiście w ramach sprzężenia zwrotnego miałam dzisiaj sny o męskich mężczyznach w klimatach przygodowych. Nie ukrywam, że podobało mi się ;)

Dzisiaj mam w planach całkowity reset w postaci koncertu muzyki bretońskiej oraz niewielkie zakupy. Muzykę bretońską będą prezentować dwaj panowie, z zespołu, który oczarował mnie od pierwszego usłyszenia. Nazywa się zespół Ampouailh, co podobno przekłada się jako "źli chłopcy". Ich muzyka posiada lekkość i płynność, które niosą nogi do tańca, serce do radości, a duszę ponad obłoki.

A w sobotę przedstawienie i niech już mam to za sobą.