piątek, 7 października 2011

Dosiebnie

Podziało się trochę.

Po pierwsze - zbliżam się do jakiejś krawędzi, rozumianej w sposób jak najbardziej pozytywny. Jestem naprawdę ciekawa, co czeka na mnie po drugiej stronie. 

Po drugie (co ja ostatnio mam z tym wyliczaniem??? xD) - zdecydowałam się na coś, co dla wielu osób, które znają mnie chociaż trochę, może wydać się dziwne. Postanowiłam pomóc znajomej w prowadzeniu świetlicy dla dzieciaków z jej miejscowości. Nie wiem, czemu strzelił mi do głowy ten pomysł, ale strzelił skutecznie. Jestem po pierwszych zajęciach. Jedno mogę powiedzieć: rozumiem osoby, dla których praca wśród dzieci staje się sensem życia. To niesamowite, jak wiele satysfakcji może przynieść uśmiech rozjaśniający twarz, kiedy wspólnymi siłami dochodzicie do momentu Objawienia wiedzy do tej pory zakrytej. Czy też uśmiech wywołany prostym faktem, że ktoś jest zainteresowany, chwali i okazuje aprobatę. Potwierdza to tylko teorię, która przez lata całe wisiała nade mną, jak kat nad dobrą duszą. Teorię o tym, że dzieci potrzebują poczucia akceptacji, bezpieczeństwa i... miłości. Tej okazywanej.
Mam problem z dziećmi. Nie potrafię z nimi rozmawiać, nie rozumiem ich, przebywanie w ich towarzystwie zawsze mnie trochę krępuje. Ale chyba potrafię nad tym przejść. Choćby w mojej ukochanej roli Pani Nauczycielki. 
O nie, nie łudzę się, że moja obecność na świetlicy zrewolucjonizuje świat. Wiem jednak, że ludzie wpływają na siebie nawzajem. Może kiedyś ktoś przypomni sobie, że taka jedna pani pomagała z angielskiego. Może to pomoże tej osobie dokonać jakiegoś ważnego wyboru. Albo jakiegoś mało ważnego, ale pomoże.

Po trzecie - ostatnie dni w starej pracy. Ale jeszcze dwa dni urlopu przed końcem. Na na naaa :) Trochę cieplej w myślach od takiego planowania nicnierobienia. 

Dobra, skończyła mi się wena. Chyba onieśmieliła się całym "po drugie". Dodam tylko, że obejrzałam z Kotem całość "X-menów", "Daredevila" i "R.E.D" (and a dentist... hermetyczny żart, kto widział, zrozumie. Albo nie xD) ... i chyba coś jeszcze po drodze, ale nie pamiętam już co to było. Ach, byłam też w kinie na "Porwanym", co było wysoce nieinteresującym przeżyciem. Nie polecam ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz