Pokazywanie postów oznaczonych etykietą On. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą On. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 października 2013

Moment perfekcji

(Tutaj konieczny jest podkład muzyczny.)

Włączam mp3, idę chodnikiem, szare, miękkie światło. Przede mną ojciec z córką za rękę. Z lewej strony złote drzewa. Cut.

Utwór się rozwija, podobnie droga. Mijam chłopaka z psem. Zapach suchych liści uderza w nos, niestrudzenie przypomina o tym, że jesień; dźwięki muzyki owijają się wokół serca, bez pośrednictwa uszu. Przyjemne wrażenie wzniosłości, bycia częścią Dzieła. Cut.

środa, 27 lutego 2013

Quasi-wiosna

I co z tego, że quasi? :D 

Najważniejsze, że słońce, że świeci, że błękit nieba wygląda systematycznie spoza szarości chmur, ptaki drą dzioby, "w gniazdach są pisklęta, przyroda, jak ta zwrotka, niedorozwinięta" (z tymi gniazdami to lekka przesada, ale tylko lekka). Dzisiaj rano POCZUŁAM to nosem - już niedługo. W takie dni chce się żyć i stawiać czoła życiu :) Normalnie energy lvl + 50

To co? Czas oddzielić to, co cenne od tego, co pospolite i znów trochę dać sobie poprzestawiać priorytety. Ale czad :) - jak mawiali starożytni Warmiacy.

środa, 20 lutego 2013

Tabula rasa

Przebaczyć, to znaczy podarować komuś czyste konto, niepamięć o wszystkim złym i świeży sposób myślenia.

niedziela, 15 lipca 2012

Nigdy-zawsze

Właśnie dogorywa weekend, który postawił mnie w stan gotowości bojowej oraz oczekiwania na wszystko, co najlepsze. Nie zawiodłam się i doświadczyłam dodatkowych "efektów specjalnych", o które nie prosiłam, ale dostałam w słodko-gorzkim bonusie.

Nigdy nie przypuszczałam, że mój pierwszy spływ kajakowy to będzie survival: level hard. Grupa szaleńców (z mua), która najpierw z impetem przecięła jezioro, by wylądować na malowniczym kawałku rzeki, pokonać śluzę i - podczepiona do statku wycieczkowego sznurkiem niczym pępowiną - pośród debilnych chichotów dryfować sobie radośnie, okładając się wiosłami, chlapiąc wodą oraz prezentując ogólny poziom zachowania zarezerwowany dla przedstawicieli wczesnej podstawówki. 
Skończyło się na wielokilometrowym odcinku walki z przeciwnościami w postaci zwalonych drzew (przepływanych pod i nad), mostków, dna rzeczki (które było wygłodniałe i pochłonęło klapek kolegi), komarów i innych stworzeń (które mogłabym określić jednym dość nieparlamentarnym słowem, więc sobie jednak daruję), meandrów (rzeka nagle się kończy, a człowiek uświadamia sobie, że tylko błyskawiczny manewr może uratować kajak i jego zawartość przed zaliczeniem kolejnej mielizny / drzewa, które niczym jakieś baśniowe straszydło zamyka swoje gałęzie na górnej części kadłuba ludzia, wiosłach i na czym tylko może) oraz innych potencjalnych zagrożeń zdrowia. Jak to zanuciła w pewnym momencie moja przyjaciółka uwięziona ze mną na jednym z ukrytych pod wodą drzew "Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda". Dokładnie. Rozkoszowałam się bowiem każdą chwilą potu, wydzierania swoich włosów gałęziom, "przepływania" nad zwalonymi drzewami metodą "push-and-go" i obrywania schlapywanym z wiosła Em. szlamem.
Przestałam się nim rozkoszować w momencie wpłynięcia na jezioro. Nagle otworzyła się przed nami przestrzeń spienionych fal miotanych wiatrem. Niestety - nie była to jedynie poetycka metafora. To było koszmarne. Próg bólu przekroczyłam gdzieś na początku, a na nas czekało radośnie kolejne 20 minut machania wiosłami i walki z dwoma żywiołami (wiatr oczywiście miałyśmy w pyski). Do rzeczonego machania motywowały mnie dwa elementy: gdzieś tam z przodu majaczył brzeg i Em. nie przestawała machać. Kiedy dotarłyśmy mokre, przewiane i schetane jak te konie po westernie wysiadałam z kajaka wprost do jeziora jak "stałam" (czyli w kostiumie kąpielowym i koszulce, która była tak uwalona szlamem i mokra, że już nic nie mogło jej zaszkodzić). Woda w jeziorze była cieplejsza niż temperatura powietrza. Zapłaciłam za tę fanaberię, bo jednak na tym powietrzu spędziłam później trochę czasu i udało mi się rozgrzać dopiero późnym wieczorem.
Było warto.

Zawsze myślałam, że zadzierzganie znajomości polega na doborze naturalnym - jest "chemia" na poziomie intelektualnym i emocjonalnym i reszta się jakoś tak sympatycznie sama układa. Od jakiegoś czasu jednak doświadczam czegoś nowego i zupełnie wręcz przeciwnego do stanu, który do tej pory uznawałam za normę. Nie powiem, że przychodzi mi to łatwo - okazuje się, że mój poziom intelektualny nie wszystkim odpowiada, albo różnimy się emocjonalnie jak noc i dzień, albo muszę chować swoją dumę do kieszeni. Nie dla wszystkich jestem fajna, albo atrakcyjna jako koleżanka... a mimo to są takie więzi jak ta jedna z najświeższych. 
Stado obcych ludzi, do których przystosowanie się jest dla mnie nieustającym wyzwaniem i wciąż popełniam błędy, wciąż się z czymś wyrywam, albo o czymś zapominam, albo nie powstrzymam wystarczająco szybko raniących słów. Jest takie zaufanie, na które trzeba pracować.
Dla efektów takich, jak miniony weekend - szalonych, intensywnych w radości, tak cudownie innych od codzienności.
Po raz drugi w życiu płakałam dzisiaj po rozstaniu. Po raz pierwszy pustka była tak rozległa.

To wszystko sponsorowane przez Boga, który nie tylko nas stworzył, jako jednostki - silne indywidualności, ale też zostawił swojego Ducha, który nieustannie działa w tych właśnie jednostkach, łącząc, przekształcając, ciągle w ruchu, ciągle w zmianach. On daje tak wielką miłość, która pozwala spojrzeć na drugiego człowieka jak na brata lub siostrę, przywiązać się i pozostać w tej relacji w poczuciu bezpieczeństwa i nieustającego wyzwania: dążenia do perfekcji. Daje też wrażliwe i szybkie do wybaczania serce.

sobota, 14 stycznia 2012

Whisper of a Thrill

... Tak, lubię tytułować swoje notki od nazw kawałków, które mi się aktualnie mieszczą w głowie :)
Myślę sobie, że to jeden z tych nielicznych Momentów Perfekcji, na których podziwianie ledwo znajduję ostatnio czas. Za oknem biało. Białość za oknem powoduje u mnie coś, co można nazwać wzmożonym poczuciem komfortu - od razu jakoś mi cieplej i na zewnątrz i wewnątrz, kiedy patrzę na ten otulony śniegową pierzynką świat. Tym cieplej, im więcej niosących ciepło czynników. Jak na przykład earl grey z dodatkiem w postaci cytryny i pomarańczy z goździkiem, czy też obejrzana przed chwilą "Julie i Julia". Do tego można dodać także świadomość dobrze spełnionego obowiązku, brzuszek pełen samych pyszności (do rozpęku niemal), telefon od mojej zagramanicznej Przyjaciółki (pozdrawiam!! ;) oraz....
... I właśnie to "oraz" jest bardzo istotne. 
"Oraz" zawiera w sobie sporo pewności, bo miejsce - życia - w którym aktualnie się znajduję, jest miejscem spokoju (po krótkotrwałej burzy, ale to akurat sprawia, że smakuje jeszcze lepiej). Zawiera również dozę radości. Jest w nim też spełnienie i akceptacja... i oczekiwanie. 
Jestem szczęśliwa. Nie tymczasowym szczęściem, nad którym - jak to było do tej pory - wisi miecz Damoklesa w postaci jakiegoś nieuniknionego strasznego wydarzenia związanego z moim domem czy pracą. Nie. Tym rodzajem szczęścia, którego się nie osiąga, a które zostaje dane w bonusie do posłuszeństwa.

Czekam też na cudne zjawisko, które objawi mi się w życiu prędzej czy później. Na kolejne ważne decyzje, które leżą tuż przede mną i już wyciągają łapki.

Tak, zdaję sobie sprawę, że to najprawdopodobniej spokój przed burzą... 
"But the waves are calling out my name and they laugh at me
Reminding me of all the times I've tried before and failed
The waves they keep on telling me
Time and time again. 'you'll never win!'
"You'll never win"

Może... może kiedyś, może gdybym nie miała tej pewności, którą mam teraz, że
"the voice of truth tells me a different story
And the voice of truth says "Do not be afraid!"
And the voice of truth says "This is for My glory"
Out of all the voices calling out to me
I will choose to listen and believe the voice of truth"

Bo trzeba będzie w końcu porzucić swoją strefę bezpieczeństwa i pójść tam, gdzie bezpiecznie nie będzie. Oby dane mi było zrobić to bez wahania i z uśmiechem na ustach.
Tymczasem cieszę się Momentem, popijam herbatę i wsłuchuję się w whisper of a thrill.
Do przeczytania :)

PS: Zapomniałabym dodać - bilety do Shannon zakupione. Witaj wesoła irlandzka przygodo :) Dostałam przepiękny prezent :)

piątek, 28 października 2011

W mgnieniu oka

Dokąd ujdę przed duchem Twoim? a dokąd przed obliczem Twojem uciekę? Jeźlibym wstąpił do nieba, jesteś tam; i jeźlibym sobie posłał w grobie, i tameś przytomny. Wziąłlibym skrzydła rannej zorzy, abym mieszkał na końcu morza,  I tamby mię ręka Twoja prowadziła, a dosięgłaby mię prawica twoja. Albo rzekłlibym: Wżdyć ciemności zakryją mię; aleć i noc jest światłem około mnie, Gdyż i ciemności nic nie zakryją przed Tobą; owszem Tobie noc jako dzień świeci; ciemnościć są jako światłość. 
Ps. 139, 7-13.


piątek, 7 października 2011

Dosiebnie

Podziało się trochę.

Po pierwsze - zbliżam się do jakiejś krawędzi, rozumianej w sposób jak najbardziej pozytywny. Jestem naprawdę ciekawa, co czeka na mnie po drugiej stronie. 

Po drugie (co ja ostatnio mam z tym wyliczaniem??? xD) - zdecydowałam się na coś, co dla wielu osób, które znają mnie chociaż trochę, może wydać się dziwne. Postanowiłam pomóc znajomej w prowadzeniu świetlicy dla dzieciaków z jej miejscowości. Nie wiem, czemu strzelił mi do głowy ten pomysł, ale strzelił skutecznie. Jestem po pierwszych zajęciach. Jedno mogę powiedzieć: rozumiem osoby, dla których praca wśród dzieci staje się sensem życia. To niesamowite, jak wiele satysfakcji może przynieść uśmiech rozjaśniający twarz, kiedy wspólnymi siłami dochodzicie do momentu Objawienia wiedzy do tej pory zakrytej. Czy też uśmiech wywołany prostym faktem, że ktoś jest zainteresowany, chwali i okazuje aprobatę. Potwierdza to tylko teorię, która przez lata całe wisiała nade mną, jak kat nad dobrą duszą. Teorię o tym, że dzieci potrzebują poczucia akceptacji, bezpieczeństwa i... miłości. Tej okazywanej.
Mam problem z dziećmi. Nie potrafię z nimi rozmawiać, nie rozumiem ich, przebywanie w ich towarzystwie zawsze mnie trochę krępuje. Ale chyba potrafię nad tym przejść. Choćby w mojej ukochanej roli Pani Nauczycielki. 
O nie, nie łudzę się, że moja obecność na świetlicy zrewolucjonizuje świat. Wiem jednak, że ludzie wpływają na siebie nawzajem. Może kiedyś ktoś przypomni sobie, że taka jedna pani pomagała z angielskiego. Może to pomoże tej osobie dokonać jakiegoś ważnego wyboru. Albo jakiegoś mało ważnego, ale pomoże.

Po trzecie - ostatnie dni w starej pracy. Ale jeszcze dwa dni urlopu przed końcem. Na na naaa :) Trochę cieplej w myślach od takiego planowania nicnierobienia. 

Dobra, skończyła mi się wena. Chyba onieśmieliła się całym "po drugie". Dodam tylko, że obejrzałam z Kotem całość "X-menów", "Daredevila" i "R.E.D" (and a dentist... hermetyczny żart, kto widział, zrozumie. Albo nie xD) ... i chyba coś jeszcze po drodze, ale nie pamiętam już co to było. Ach, byłam też w kinie na "Porwanym", co było wysoce nieinteresującym przeżyciem. Nie polecam ;)

sobota, 27 listopada 2010

Skrzy się

czy coś.
Hm hm... Od czego by tu...? A!
Zachciało mi się remontów. Zachciało mi się na tyle skutecznie, że zaciągnęłam kredyt i sama zostałam zaciągnięta do roboty.

Praca, którą - przy odpowiednich nakładach czasu, czasu i pieniędzy - można było wykonać w tydzień, została wykonana w ciągu trzech listopadowych tygodni. Dzięki nieocenionej pomocy moich przyjaciół udało się zerwać trzydziestoletnie tapety, ogruntować ściany i sufit, ten ostatni pomalować (dwukrotnie, co w pamiętną sobotę stało się przyczynkiem do uznania weekendu za udany), położyć nowe tapety, poprawić położone (budownictwo blokowe lat 50. poprzedniego wieku charakteryzuje się brakiem kątów prostych oraz równych linii): przyciąć, domalować białe paski... Położenie wykładziny zaś stało się dziełem moich niezastąpionych Friendsów. I tak oto czekam na meble, starając się nosić cierpliwość jako li tę zbroję. Będę miała swoje biurko, o którym marzę od zeszłego roku (remont pokoju to tylko dodatek specjalny ;) Co ciekawsze: remont i czynności okołoremontowe tak mnie pochłonęły (i jeszcze kilka osób), że zapomniałam o tym przeklętym Miesiącu Wiecznej Szarości i Lejących się/Mrzących/Kapuśniakujących Strumieni Wody. Naprawdę. Zajęcie było zajmujące i sprawiło, że listopad oddalił się rączo. Musze podumać, co by tu wykombinować na przyszły rok. Może przyjaciół wydać za mąż/ożenić...? Hmmm...
:D

Spadł śnieg i postanowił zostać na dłużej. Dzisiaj podczas spaceru na przystanek skonstatowałam z pewną dozą nieśmiałości, że powietrze pachnie już prawie zimą. Jeszcze za dużo w nim wilgoci i tego dziwnego, słodko-kwaśnego aromatu ziemi, ale powoli zbliżamy się do ideału, prawda Puchatku? ;D

Z ociąganiem wychodzę także na duchową prostą. Zaczynają do mnie docierać rzeczy, którymi naładowałam głowę w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Czasami nachodzi mnie wrażenie, że moje życie przyjmuje pewne hasła od umysłu ze sporym opóźnieniem. Uważam jednak, że i tak lepiej późno niż później. A rozważanie nie jest złe. Naprawdę. Brak refleksji prowadzi do śmierci mózgowej.

To jest wpis "na szybko". Muszę wrócić do tego kącika, bo dużo mam do wylania, a tutaj komfort, że nikt niepowołany nie przeczyta. :)

Tymczasem jednak udam się na spoczynek, bo godzina barbarzyńska, a jutro przecież też jest dzień.

P.S. - Słyszałam Karpia. Święta w ruchu ;)

P.P.S. - Na zakończenie:

Z Tobą ja gadam, co królujesz w niebie,
A razem gościsz w domku mego ducha;
Gdy północ wszystko w ciemnościach zagrzebie
I czuwa tylko zgryzota i skrucha,
Z Tobą ja gadam! Słów nie mam dla Ciebie:
Myśl Twoja każdej myśli mej wysłucha;
Najdalej władasz i służysz w pobliżu,
Król na niebiosach, w sercu mym na krzyżu!
Mickiewicz "Rozmowa wieczorna". Bo tak.