Właśnie dogorywa weekend, który postawił mnie w stan gotowości bojowej oraz oczekiwania na wszystko, co najlepsze. Nie zawiodłam się i doświadczyłam dodatkowych "efektów specjalnych", o które nie prosiłam, ale dostałam w słodko-gorzkim bonusie.
Nigdy nie przypuszczałam, że mój pierwszy spływ kajakowy to będzie survival: level hard. Grupa szaleńców (z mua), która najpierw z impetem przecięła jezioro, by wylądować na malowniczym kawałku rzeki, pokonać śluzę i - podczepiona do statku wycieczkowego sznurkiem niczym pępowiną - pośród debilnych chichotów dryfować sobie radośnie, okładając się wiosłami, chlapiąc wodą oraz prezentując ogólny poziom zachowania zarezerwowany dla przedstawicieli wczesnej podstawówki.
Skończyło się na wielokilometrowym odcinku walki z przeciwnościami w postaci zwalonych drzew (przepływanych pod i nad), mostków, dna rzeczki (które było wygłodniałe i pochłonęło klapek kolegi), komarów i innych stworzeń (które mogłabym określić jednym dość nieparlamentarnym słowem, więc sobie jednak daruję), meandrów (rzeka nagle się kończy, a człowiek uświadamia sobie, że tylko błyskawiczny manewr może uratować kajak i jego zawartość przed zaliczeniem kolejnej mielizny / drzewa, które niczym jakieś baśniowe straszydło zamyka swoje gałęzie na górnej części kadłuba ludzia, wiosłach i na czym tylko może) oraz innych potencjalnych zagrożeń zdrowia. Jak to zanuciła w pewnym momencie moja przyjaciółka uwięziona ze mną na jednym z ukrytych pod wodą drzew "Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda". Dokładnie. Rozkoszowałam się bowiem każdą chwilą potu, wydzierania swoich włosów gałęziom, "przepływania" nad zwalonymi drzewami metodą "push-and-go" i obrywania schlapywanym z wiosła Em. szlamem.
Przestałam się nim rozkoszować w momencie wpłynięcia na jezioro. Nagle otworzyła się przed nami przestrzeń spienionych fal miotanych wiatrem. Niestety - nie była to jedynie poetycka metafora. To było koszmarne. Próg bólu przekroczyłam gdzieś na początku, a na nas czekało radośnie kolejne 20 minut machania wiosłami i walki z dwoma żywiołami (wiatr oczywiście miałyśmy w pyski). Do rzeczonego machania motywowały mnie dwa elementy: gdzieś tam z przodu majaczył brzeg i Em. nie przestawała machać. Kiedy dotarłyśmy mokre, przewiane i schetane jak te konie po westernie wysiadałam z kajaka wprost do jeziora jak "stałam" (czyli w kostiumie kąpielowym i koszulce, która była tak uwalona szlamem i mokra, że już nic nie mogło jej zaszkodzić). Woda w jeziorze była cieplejsza niż temperatura powietrza. Zapłaciłam za tę fanaberię, bo jednak na tym powietrzu spędziłam później trochę czasu i udało mi się rozgrzać dopiero późnym wieczorem.
Było warto.
Zawsze myślałam, że zadzierzganie znajomości polega na doborze naturalnym - jest "chemia" na poziomie intelektualnym i emocjonalnym i reszta się jakoś tak sympatycznie sama układa. Od jakiegoś czasu jednak doświadczam czegoś nowego i zupełnie wręcz przeciwnego do stanu, który do tej pory uznawałam za normę. Nie powiem, że przychodzi mi to łatwo - okazuje się, że mój poziom intelektualny nie wszystkim odpowiada, albo różnimy się emocjonalnie jak noc i dzień, albo muszę chować swoją dumę do kieszeni. Nie dla wszystkich jestem fajna, albo atrakcyjna jako koleżanka... a mimo to są takie więzi jak ta jedna z najświeższych.
Stado obcych ludzi, do których przystosowanie się jest dla mnie nieustającym wyzwaniem i wciąż popełniam błędy, wciąż się z czymś wyrywam, albo o czymś zapominam, albo nie powstrzymam wystarczająco szybko raniących słów. Jest takie zaufanie, na które trzeba pracować.
Dla efektów takich, jak miniony weekend - szalonych, intensywnych w radości, tak cudownie innych od codzienności.
Po raz drugi w życiu płakałam dzisiaj po rozstaniu. Po raz pierwszy pustka była tak rozległa.
To wszystko sponsorowane przez Boga, który nie tylko nas stworzył, jako jednostki - silne indywidualności, ale też zostawił swojego Ducha, który nieustannie działa w tych właśnie jednostkach, łącząc, przekształcając, ciągle w ruchu, ciągle w zmianach. On daje tak wielką miłość, która pozwala spojrzeć na drugiego człowieka jak na brata lub siostrę, przywiązać się i pozostać w tej relacji w poczuciu bezpieczeństwa i nieustającego wyzwania: dążenia do perfekcji. Daje też wrażliwe i szybkie do wybaczania serce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz