Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 grudnia 2016

Zrób sobie prezent

Ho ho ho!

Jak już będę kiedyś dużą dziewczynką, to na pewno w okolicach świąt będę robiła wszelkiego rodzaju rozdawajki (jak już się nauczę na czym polegają).

To co, święta idą, prawda? Na szczęście lub nieszczęście (pozdrawiam serdecznie wszystkich Grinchów!!! :D) impet i rozmach reklam świątecznych, całej komercyjnej (nomen-omen) szopki, nie pozwala zapomnieć o tym, że nadchodzą najbardziej skomercjalizowane święta w roku.
Obrazek stąd: https://media3.giphy.com/media/FFPCjEwUzPU6k/200_s.gif


Nie o tem jednak, choć może troszeczkę.

Zróbcie sobie prezent na święta, na Nowy Rok i na całe życie - zacznijcie czytać składy! Zarówno kosmetyków, jak i produktów żywieniowych. (I nie dajcie się przy tym zwariować.)

Chciałabym zaproponować Wam przyłączenie się do akcji Czytania Składów by Arsenic. Pod linkiem znajdziecie uzasadnienie wraz z informacjami - co i jak.
 
W poprzednim poście opisałam Wam swoją kosmetyczną przygodę. Trwa ona, m. in. dzięki temu, że 
  • wiem, na co mogę sobie pozwolić, a na co powinnam uważać,
  • znajduję frajdę w sprawdzaniu składów i testowaniu, jak moja skóra zareaguje na nowinki, które jej dostarczam (a reaguje och, jak rozmaicie! ;D Czasem ku mojej rozpaczy, czasem ku rozbawieniu),
  • jestem coraz bardziej świadomym użytkownikiem, a to oznacza mniej pieniędzy wywalonych w błoto (bo ładna pani w tv powiedziała, że ten krem działa).

Poniżej znajdziecie instrukcje by Arsenic:
  •  jak czytać składy INCI (co to w ogóle jest i z czym to się je)
  • bazę INCI (taki mały wielki podręcznik - same wartościowe wiadomości. Wikipedia  składników kosmetycznych)
W moim przypadku czytanie składów pozwoliło znaleźć ratunek dla skóry i włosów. I zdrowia psychicznego. 
To rzekłszy, idę testować dalej amlę, ecliptę i brahmi.
Pozdrawiam!
N. 

piątek, 4 listopada 2016

Nazwa dla bloga w trakcie przeprowadzek

Być może są na świecie ludzie, którzy lubią przeprowadzki. Może są nawet tacy, którzy je kochają, ale osobiście nie znam takich zboczeńców (piszę to z pełną czułością;). Największym bólem w rzyci jest nieodmiennie pakowanie. Pakowanie to moja zmora, a ten rok w pakowanie był tak obfity, że aż za.

W każdym razie jestem już w miejscu tymczasowo ostatecznym i wszystko to, co sobie zaplanowałam mam zamiar zrealizować.

W tzw. międzyczasie (którego nie ma) wpadła mi do mózgu nazwa dla bloga - jako że od samego początku zarzekałam się, że będzie obfitował we wpisy traktujące o "skróconej wersji skróconej wersji" wydaje mi się, że "Wersja dla Leniwych" to jest to. Doprowadźmy lenistwo do rangi sztuki!

A tymczasem borem lasem szykuję się na dokonanie kilku kosmetycznych szaleństw, a zacznę od wersji dla - a jakże! - leniwych tego przepisu Arsenic na maskę do włosów z ecliptą. Trochę się ekscytuję, a trochę się boję. Ostatnio bowiem moje włosy są baaaaardzooo przesuszone - pomimo tego, że używam olejów, maseczek, masek wciąż czuję, że pragną więcej. No nic. Zamówimy, zrobimy, zobaczymy.

Gif stąd: http://www.maximumpop.co.uk/wp-content/uploads/2016/02/i-dont-like-to-be-kept-waiting.gif

Tymczasem biegnę na kolorówka.com szukać dalej serum i tonika do facjaty, a Wam życzę super weekendu.
Czymajcie się i rozleniwiajcie aktywnie!
N.

poniedziałek, 24 października 2016

No to będzie kosmetycznie!

... I już po półtora miesiąca wszystko wiem! Długo zastanawiałam się, gdzie dać ujście swojej mini-pasji do kosmetyków i pielęgnacji w ogóle. Dzisiaj podczas rozmowy z Arsenic, do której wyjściem były moje przemyślenia odnośnie peeloffa ze spiruliną, zostałam pozytywnie kopnięta mentalnie w głowę i zainspirowana do zrobienia czegoś, co będzie - powiedzmy - użytkowaniem kosmetyków z perspektywy "szarej Kowalskiej" (choć - powiedzmy sobie szczerze, nie takiej znowu szarej, a wręcz kolorowej... czasami :D).

I w taki oto sposób blog zmienia swój kierunek, staje się w pewnym sensie tematyczny, choć - żeby zachować ścisłość - należy wziąć pod uwagę następujące czynniki / poprawki:
  • nie jestem specjalistką. Sama podczytuję blogi, uczę się (jeśli coś mnie interesuje) za pomocą tego, co widzę, oraz metodą prób i błędów.
  • jestem leniwa. Oznacza to, że wiele receptur na używanie / robienie kosmetyków w moim przypadku będzie uproszczonych do granic prostactwa. Jeśli jesteś osobą wrażliwą na punkcie upraszczania jak ja na punkcie błędów ortograficznych / stylistycznych, to zamknij kartę, odwróć się, idź na spacer, pomyśl o czymś przyjemnym.
  • jeśli coś robisz inaczej - chętnie poznam Twoje zdanie. Wynika to w prostej linii z faktu, że cały czas się uczę. I lubię to!
  • jestem chaotyczna. Jeśli tak bardzo, że aż za, to - jak wyżej - jestem otwarta na opinie.
  • wykorzystywane przeze mnie produkty to nie product-placement. Jeśli będzie inaczej, to o tym napiszę. Z reguły po prostu sugeruję się tym, co ktoś poleca lub próbuję nowych rzeczy.
... jeśli coś jeszcze przyjdzie mi do głowy, zaktualizuję tę listę.

W związku z tym, że zaczęło się od peel-off, to niech też pierwszy wpis w tej nowej odsłonie się na coś przyda. Niestety - tym razem będzie bez zdjęć, bo już dawno po fakcie - maseczka zrobiona, zaaplikowana, zdjęta. Ale na pewno będą linki. Od początku zatem.

Sto lat temu zakupiłam w Zrób Sobie Krem bazę do maseczek peel-off (jak widać, jest to rzecz relatywnie niedroga, pudełeczko 15g wystarczy mi na 2-3 aplikacje), spirulinę (jeśli nie wiesz, jakie właściwości ma spirulina, to możesz przeczytać pod powyższym linkiem) i hydrolat... chyba rumiankowy (nie linkuję, bo nie pamiętam, ale to nie jest istotne). Postanowiłam w końcu wykorzystać to dobrodziejstwo. 
Spirulina w wersji "w proszku". Zdjęcie ze strony http://natura24.pl/spirulina-premium-proszek.html
Od razu wyjaśniam, że maseczka peel-off należy do moich ulubionych, bo łatwo się ją usuwa i nie zostawia śladów (prawie!), czyli jest to zdecydowanie maseczka dla leniwych. Drugim powodem jest to, że zakup wszystkich niezbędnych składników jest naprawdę niedrogą sprawą. Trzecim - jak każda baba jestem odrobinę control freakiem, co w prostej linii prowadzi do tego, że uwielbiam mieć kontrolę nad tym, co ląduje na mojej facjacie i jeśli mam iść do sklepu i kupić coś, co kosztuje ciężkie pieniądze, a zawiera w sobie pół tablicy Mendelejewa (nie każda chemia jest zła - o tym kiedy indziej, ale moja skóra bardzo nie lubi tego, co jest powszechnie dostępne w drogeriach), to wolę zainwestować ten pieniądz w coś, co da mi trochę zabawy. Czwartym - czytam składy. Nie wszystko jeszcze rozumiem, ale - tak tak - wciąż się uczę (stąd wniosek, że nie każda chemia jest zła), a to czego naumiałam się do tej pory przynosi efekty.

Zasadniczo Zrób Sobie Krem podało świetną prostą wersję tej maseczki. Tam znajdziecie też urozmaicenie - można ją bowiem robić z owocami. Polecam zapoznać się bliżej (dostępna pod linkiem do bazy). Oto najprostsza na świecie receptura na maseczkę peel-off ze spiruliną. Bierzecie:
  • dwie czubate łyżeczki deserowe bazy peel-off (nie żałujcie sobie, im więcej, tym lepiej),
  • 1/3 - 1/2 łyżeczki spiruliny
  • hydrolat / wodę mineralną niegazowaną
  1. Bazę peel-off i spirulinę mieszacie w miseczce (ja to robię metodą wstrząsową w opakowaniu po bazie - to pozwala spirulinie dobrze rozprowadzić się w bazie). Uwaga - obydwie substancje są mocno sproszkowane, więc ostrożnie z mieszaniem i otwieraniem opakowań. No i raczej lepiej tego nie wdychać xD 
  2. Kiedy uznacie, że wszystko się dobrze wymieszało dolewacie hydrolat/wodę. Konsystencja nie powinna być ani za rzadka, ani za gęsta. Wybaczcie, nie jestem w stanie podać odpowiednich proporcji - robię to z reguły na wyczucie. Dowcip polega na tym, że jeśli dacie za dużo wody, maseczka będzie Wam spływać z twarzy. Jeśli będzie za gęsta - też ciężko będzie ją równomiernie nałożyć. Jedyna słuszna konsystencja, to taka, która Wam będzie odpowiadać - eksperyment wskazany!
  3. Tą samą łyżeczką nakładacie maziaję o pięknym, ciemnozielonym kolorze (do tej pory poznacie już moc spiruliny, która w stanie suchym wygląda tak - hy hy - niepozornie xD) na facjatę. Nie krępujcie się - im grubsza warstwa, tym lepiej, przyjemniej i zdecydowanie łatwiej ją ściągnąć. Będziecie mieć wrażenie lekkiego chłodzenia. W moim przypadku było też szczypanie, ale to może być wina przeterminowanego hydrolatu xD I tak i tak wszystko jest w porządku, bo z czasem sensacja mija. Efekt końcowy tego zabiegu będzie wyglądał mniej-więcej tak:
    Klasyczny efekt "w-trakcie-maseczkowy"
    Jak widać na przykładzie powyższego - lepiej robić to w cichości ducha i zacisza domowego, ponieważ osoby o słabszym sercu mogą nie wytrzymać tego widoku xD
  4. Po 15-20 minutach maseczkę ściągamy. Jeśli jej konsystencja miała na etapie początkowym gęstość bardzo gęstej śmietany, to po kwadransie powinna być już ładne zastygnięta, co objawia się tym, że jej powierzchnia jest elastyczna, a przy macaniu palcami nie zostawia na tych palcach mokrych śladów. I tu jest czas na beautyporn -możecie rozkoszować się tym wspaniałym momentem, oglądać wnętrze zdjętych płatów "drugiej skóry" i przyglądać się jej fakturze. Mnie to jara. Jeśli zaś ktoś z Was czuje obrzydzenie do takich praktyk, to pomija część rozkoszowania się i po prostu ściąga maseczkę. Ja to robię odkładając płaty maski na papierowy ręcznik i resztki wywalam po prostu do kosza. Łatwo, czysto i przyjemnie - nie trzeba sprzątać. Magia peel-offa.
  5. Tam, gdzie warstwa maseczki była cieńsza, zrobi się jasnozielona skorupa. Nie warto walczyć ze skorupą (chyba, że kogoś to jara, wtedy warto). Ten etap wymaga pójścia do łazienki, nachylenia się nad umywalką po uprzednim odkręceniu ciepłej wody, nabrania wody w ręce i pomacania się po twarzy. Trzeba dać chwilę spirulinie, żeby zauważyła element nawilżenia. Po tym resztki znów nabiorą ciemnozielonego koloru i będą się zmywać jak marzenie.
I to by było na tyle. Bardzo lubię tę maseczkę, bo w efekcie:
  • skóra jest cudnie nawilżona
  • zostaje wrażenie napięcia, ale nie powierzchni skóry (jeśli ktoś ma atopową, jak ja, to wie, o czym mowa) tylko jakby całości
  • wrażenie świeżości 
  • najfajniejsze jest to, że przy regularnym (ja to robiłam średnio co tydzień - jestem leniwa) stosowaniu pozbywacie się wągrów. Na pewno nie wszystkich, ale sporej części. Rzadko spotyka się tak mało inwazyjną metodę na to czortostwo.
Podsumowując wersja oszczędna jest naprawdę oszczędna i w moim przypadku się sprawdza.

Próbowałam kiedyś mieszanki baza peel-off, spirulina i laminaria, ale niestety chyba laminaria sprawiła, że konsystencja maseczki była ciut za mocno żelowa, mazała się i strasznie ciężko było ją opanować, więc laminaria wypadła z obiegu.

Jako jedno z ostatnich, ale nie najmniej ważnych: tę nową wersję bloga dedykuję wspomnianej już Arsenic oraz Kunie Domowej - to dwa moje nieustające źródła inspiracji. Dziękuję, Dziewczyny, że nie ustawałyście w motywowaniu mnie :]

To tyle. 
Kreślę się z radością
N.

P.S. - ma ktoś z Was pomysł na nową nazwę bloga? Obawiam się, że stara jest już trochę zdezaktualizowana...

wtorek, 3 grudnia 2013

Rocznicowo

Narsil... Ty wiesz, że to już trzeci rok...?

:D

Dziękuję :)

piątek, 8 listopada 2013

Z perspektywy Lisa

Zyskałam coś ze względu na kolor zboża.
...
?



niedziela, 6 października 2013

Moment perfekcji

(Tutaj konieczny jest podkład muzyczny.)

Włączam mp3, idę chodnikiem, szare, miękkie światło. Przede mną ojciec z córką za rękę. Z lewej strony złote drzewa. Cut.

Utwór się rozwija, podobnie droga. Mijam chłopaka z psem. Zapach suchych liści uderza w nos, niestrudzenie przypomina o tym, że jesień; dźwięki muzyki owijają się wokół serca, bez pośrednictwa uszu. Przyjemne wrażenie wzniosłości, bycia częścią Dzieła. Cut.

wtorek, 24 września 2013

Dziękuję

Czarna :)

Dziękuję za Twój uśmiech,
otwarte okno Twego istnienia,

Dziękuję za Twe spojrzenie,
zwierciadło Twojej uczciwości.

Dziękuję za Twoje łzy,
które są znakiem,
że dzielisz radość lub smutek.

Dziękuję za Twoją rękę,
zawsze wyciągniętą,
aby dać lub otrzymać.

Dziękuję za Twoje objęcia,
które są szczerą gościną
Twojego serca.

Dziękuję za Twoje słowo,
wyraz tego, co kochasz,
i w czym pokładasz nadzieję.

Dziękuje, że Jesteś.
(H. Oshiro)

Wiem, że wiesz, ale jeszcze raz.

sobota, 31 sierpnia 2013

Irlandia x4 cz. 2 (ostatnia)

(Podzielenie tej notki ma głębszy sens, naprawdę :)

2013

Są takie momenty w życiu, kiedy zaskakuję samą siebie... i to był jeden z nich. Szybka, spontaniczna decyzja o wyjeździe i oto trzy tygodnie później stoję na lotnisku Warsaw Chopin Airport w kolejce na odprawę osobistą. Bagaż zdałam tuż po otwarciu stanowiska Ryanaira... dwie godziny temu. Mój czas odlotu zbliża się wielkimi krokami, a ja wciąż jestem daleko od stanowisk kontroli bezpieczeństwa. Na lotnisku sceny dantejskie. Nie jestem w tym sama. Liczę ludzi w kolejce w setki. Poziom zdenerwowania sięga zenitu. Ludzie z obsługi lotniska otwierają ręce w geście bezradności, a pasażerowie wściekli i zrozpaczeni dyskutują między sobą. Ja sama stoję i staram się skupić na jak najszybszym dotarciu do bramki. Słucham, smsuję, Czarna mnie ponagla, nie mając pojęcia, że nie stoję w kolejce na odprawę bagażową, tylko na kontrolę bezp., a ja nie mam siły tłumaczyć. Zgrzytam zębami, a w głowie rodzi mi się myśl, że ktoś musiał dostać nieźle w łapę od linii lotniczych. Liczba osób, które będą musiały przebukować bilety liczy się zapewne w okolicach tysiąca. Nawet nie chcę myśleć o tym, że sama będę za chwilę jedną z tych osób. W końcu coś się rusza, dopadam do taśmy, prawie warcząc na pacjenta przede mną, który miał całe wieki, żeby rozpakować swój sprzęt i rozłożyć go w "tacach". Dopiero strażnik przypomniał mu, że laptop trzeba rozpakować. Kolejne bezcenne minuty przelatują koło mnie ze świstem, śmiejąc się szyderczo. A każda z nich na wagę złota. Mam też ochotę zapytać pana na odprawie paszportowej, czy nie za dobrze się bawi, kiedy - rozbawiony - pytał mnie "co tam się dzieje". (Onet i parę innych stron opisało to zjawisko. Niestety "nawet godzina" to trochę za mało. Ja stałam bite dwie. A na lotnisku byłam pół godziny przed otwarciem stanowisk odprawy Ryanaira, co daje ogółem prawie 3 godziny przed odlotem. Nie pomogło. Moje rozwiązanie: jeśli się da, korzystać z innych lotnisk.) Odwarkuję coś panu i biegnę na swój samolot. Sprintem przez bramkę i do autobusu. Wpadam na bezdechu i dopiero, kiedy siedzę już, ściskając swój bagaż i zakładając pasek, oddycham z ulgą. Oprócz mnie w autobusie do samolotu siedzi kilka osób. Słucham - nasz lot przesunęli o pół godziny, czekamy jeszcze kwadrans na pasażerów, którym może uda się przedrzeć przez wściekłą ścianę ludzką. Dobiega jeszcze klika osób. Wyruszamy. W samolocie ok. 2/3 miejsc zajętych. To i tak niezły wynik. W końcu wylatujemy. 3 godziny później wysiadam w zalanym deszczem Cork. Na lotnisku zacina wiatr... No tak - myślę sobie, uśmiechając się krzywo - Irlandia. Szybkie pobranie bagażu. Na lotnisku spokój, cisza... Jesteśmy chyba jedynym przylotem w tym czasie. Nie powiem, odpowiada mi to. Ból głowy wywołany strachem i ciśnieniem warszawskim powili zaczyna mijać. Ubieram się we wszystko ciepłe, co mam (a nie jest tego znów wiele) i ruszam na mokry przystanek. Uderza we mnie szarość. Rozmawiam z Czarną, melduję się u rodziny i czekam na autobus. Przyjeżdża. Cork kojarzyłam jednak jako trochę ładniejsze... choć może to wynik strug deszczu lecących z grafitowego nieba...?

Cork w deszczu... fragmentarycznie


Parnell Place, szybka kanapka, herbata. Szarzy ludzie, ciche rozmowy. Nagle słyszę podniesiony głos... no tak, Polka rozmawia ze swoim facetem przez telefon. Nic się jednak nie zmieniło. Czekam. Następna kolejka - tym razem do autobusu. Obserwuję kierowcę, który pomaga ustawić się niewidomej dziewczynie jako pierwszej w kolejce do autobusu, a potem uprzejmie sadza ją na pierwszym miejscu... I tak sobie myślę, że nam jeszcze daleko do takiej obsługi niepełnosprawnych. Jedziemy. Chcę być już u Czarnej, pogadać, pośmiać się, odpocząć na łonie przyjaciół. Smsujemy - o pogodzie. Śmiejemy się, że w zasadzie tego można było się spodziewać. Podróż ciągnie się w nieskończoność, podobnie jak postój w Limerick. Widzę błękitne niebo usiane chmurami. W końcu mijamy Shannon Airport i wtedy wiem, że to już niedaleko. "Gdzie jesteś?" - lokalizuję się i na jednym z rond widzę znajomy samochód. Uśmiech nie schodzi mi z pyska aż do Ennis, które wita mnie znajomym widokiem przystanku autobusowego... i tęczą. Jest zimno. Ale już ciepłe ramiona, uściski, żarty, że przecież nie tak dawno widzieliśmy się w zupełnie przeciwnej sytuacji, bo pożegnania... chyba nikt z nas wtedy nie przypuszczał, że za chwilę spotkamy się znów.

Tęcza tuż pod Ennis

Po drodze polujemy (w końcu to zbiór samych drapieżników...) na jedzenie i jedziemy.  Do Ostatniego Przyjaznego Domu na Zachodzie.

Wieczór spędzamy na pogaduchach, opowieściach, dywagacjach. Po raz pierwszy dostaję do ręki łuk. Piękny, refleksyjny, błękitny Niedźwiedź. Krótkie szkolenie, techniczne nowinki... Och, Boże... "trwaj, chwilo! Jesteś piękna!". Przejaśnienie, które dopadło nas w Ennis trwa. Chmury znikają. Dochodzi 23, a na podwórku wciąż jasno. Planujemy jutro daleką podróż i intensywny dzień, więc trzeba iść spać, choć wcale się nie chce. Gdybym mogła, to nie spałabym wcale, żeby nie tracić cennych minut.

Sobotni poranek, słońce za oknem, szybka akcja - śniadanie, zbiórka i już jesteśmy w drodze. Rozmowy - o polityce, sytuacji ekonomicznej, muzyce, wszystkim i niczym. Lahinch przed nami. Pierwszy postój - Rock Shop. Miejsce, które kocham i nienawidzę od pierwszego wejrzenia. Dużo półszlachetnych kamieni, ładna biżuteria. Oczywiście ta, która mi się podoba zupełnie nie na moją kieszeń. Rzuca mi się w oczy nowy kamień, który natychmiast wskakuje w moje serce i zajmuje miejsce tuż obok bursztynu - kyanit. Wychodzimy ze sklepu, ja nagle obdarowana, zupełnie niespodziewanym prezentem w postaci bransoletki z Nocą Kairu. "Nie mogę dać Ci wszystkiego, co byś chciała, ale co mogę, to daję" - stwierdza Czarna z uśmiechem. Zatyka mnie ze wzruszenia. 

Na klifach Moheru czeka na mnie rozczarowanie. Masa betonu, dziwne opłaty za wejście... komercjalizacja. Gdzieś się zgubił romantyczny widok i refleksyjny spokój. Strzelamy kilka fotek i już jedziemy dalej, uciekając przed deszczem. Irlandia pokazuje swoje malownicze, skąpane w słońcu oblicze. Mijamy Burren - bardzo staram się strzelić fotę, ale jest bardzo trudno - przeszkadzają głównie chaszcze i kręta droga.
Irlandia na zielono-niebiesko


Na końcu drogi czeka nas Galway. Miasto, które zawsze chciałam odwiedzić. I które w ostatecznym rozrachunku budzi moje lekkie rozczarowanie. Cieszę się, że tam jestem, że jestem z przyjaciółmi... ale samo w sobie nie zachwyca. Wysokie budynki, wąskie uliczki, muzyka, coś się dzieje w parku. Idziemy na obiad, a potem ciąg dalszy przebieżki po mieście. Jeden z tych sklepów, które mają potencjał, jest kilka rzeczy, na których zawieszam oko, ale ostatecznie nic nie budzi mojego większego entuzjazmu (prócz torebki - oczywiście po powrocie pożałowałam, że nie kupiłam jej sobie xD). Wracamy. Kolejna szybka akcja - zbieramy się na zajęcia ich klubu łuczniczego. Zajęcia dla skautów, ale też się łapię na kilka strzałów. Jest super, intensywnie, dzieciaki szaleją z radości. R. z tytułu umiejętności łuczniczych oraz półdługich włosów zostaje przez dzieciarnię ochrzczony "Aragornem"... No cóż, nie sposób się nie zgodzić - skojarzenie jest mocno trafne. Wieczór po powrocie to babskie i męskie pogaduchy. 

Galway, centrum


Niedziela upływa pod znakiem Assasin's Creed - R. namówił mnie, żebym spróbowała zagrać. Zajęło mu to dwa dni, ale w końcu uległam... i wsiąkłam. Grałam bez mała pół dnia. Reszta upłynęła na rozmowach i zwyczajnym odpoczywaniu. Za oknem rozpanoszył się irlandzki deszcz, który dopadł nas wczoraj, po drodze z Galway.

Galway - tam gdzieś jest ocean.

Poniedziałek - wyprawa do sklepów Limerick. Spędzamy tam z Czarną cały dzień, szukając, mierząc, gadając. Limerick to miasto uliczek jednokierunkowych. Uznaję, że irlandzkim miasteczkom brakuje jednak uroku angielskich - beton ustępuje czerwonej cegle. Kupujemy jakieś duperelki. Co zdumiewające w sklepach jest naprawdę dużo ładnych ciuchów... Dziwię się, kiedy obserwuję dziewczyny na ulicach ubrane naprawdę fatalnie. Może to po prostu taka cecha narodowa? Polacy narzekają, a Irlandki nie umieją się ubrać...? Na koniec idziemy na obiad do naleśnikarni, której właścicielem okazał się przesympatyczny młody Polak. Jedzenie jest smaczne, bierzemy też na wynos, pękając w szwach i tłumacząc sobie, że spalimy na spacerze. Wracamy do samochodu i to o spalaniu zaczyna się już w momencie naszej podróży schodami w górę i w dół w poszukiwaniu naszego samochodu. Jest radośnie. A to dopiero początek. Wracamy, po drodze zbierając R. i postanawiamy, że jednak idziemy na spacer. Pogoda się poprawiła, wiatr przewiał chmury, wszystko tonie w złotym świetle popołudnia. Czarna zgarnia spontanicznie aparat i swój wilczy kaptur. Ruszamy... i po chwili potrzebnej na przesadzenie dwóch płotów i murku docieramy do przepięknego miejsca. Ukryty za niewielkim wzgórzem cmentarzyk z rozpadającą się kaplicą/grobowcem. Jak dla mnie - szał. Od razu chwytam za aparat. Czarna wygląda pięknie, więc łatwo ją ogarnąć na zdjęciach. Same hiperbole pchają mi się na usta... ale wtedy zadziałało to jak magia. Nakręcamy się nawzajem. Złoty zachód słońca, śmiech na ustach, w oczach, miękkie światło i wcale nie trzeba wiele, żeby przeszedł nawet najdzikszy, najśmielszy pomysł. Nie zapomnę tego popołudnia do końca życia. Wracamy uchachane i z apetytem na więcej. Reszta nocy pozostanie pomiędzy mną, Czarną, Alvą i Sethem ;)

Cmentarz i kaplica? mauzoleum? Coś w ten deseń. Nieważne. Sprawiło nam wiele frajdy.


Rano we wtorek wstajemy w piękny, słoneczny dzień, zbieramy się ekspresowo i robimy kolejną sesję zdjęciową, która zajmuje nam bez mała całe przed- i popołudnie. Czarna włazi na drzewo, tarza się w trawie, łazi po ścianach, krzesłach i próbuje robić modelowy "dzióbek" zwany potocznie "zwisem". Jest fun. Potem do Ennis, krótkie zakupy spożywcze, powrót do Domu, zakasujemy rękawy i... działamy. Kuchnia na chwilę zamienia się w manufakturę pierogów. Znów R. sprawia, że szczęka opada mi na wysokość kolan - robi przepiękne, równiutkie falbanki na pierogach. Okazało się, że podeszłam odrobinę zbyt entuzjastycznie do tematu ciasta - zostało go całkiem sporo, toteż - żeby go nie zmarnować - robimy z Czarną kulki z ciasta zaprawionego ziołami i wrzucamy do ugotowania. Odgrzane na patelni smakują nie gorzej niż pierogi. Czarna nadaje im nazwę: ogi. Wieczór znów spędzamy, przemierzając w wyobraźni przestrzenie Trondheim i okolic. Powoli zaczyna się pojawiać problem mojego wyjazdu.

Takie sobie sympatyczne oko wraz z przyjemnym widokiem z. Na łące na górze pasły się konie :D

Środa to planowane bbq. Znów krótki poranek niepostrzeżenie przechodzący w południe i popołudnie. Niektóre plany się zmieniają, inne wskakują na ich miejsce. Od środy mamy słońce i piękne noce. Ten dzień też jest słoneczny. Jak na ironię.. Czuję zbliżający się wyjazd, choć staram się odsunąć myśli mu towarzyszące jak najdalej.

Guinness w Shannon. Generalnie być w IE i nie napić się Guinnessa, to nie być w IE.

Popołudnie spod znaku pomocy w tworzeniu death by chocolate... Czarna jest w tym świetna. Z drugiej strony panowie - R i B - szaleją przy grillu. Rozmawiamy z B. o prawach rządzących zatrudnieniem za granicą, o zwyczajach narodowych i historii - do pewnego punktu - wspólnej naszym krajom. Po kolacji strzelanie, które daje chyba nam wszystkim tyle samo frajdy... i jakimś cudem udaje mi się złamać strzałę. W nocy wypuszczamy Elen do umbralnej Afryki i jest tak dobrze...
Moja "popisowa" strzała xD

... że kiedy budzę się w szary czwartkowy poranek, wszystkie ostatnie dni zdają się jedynie pięknym snem. Skopuję myśl o popołudniowym wyjeździe, staję obok siebie i staram się skupić na wszystkich czynnościach, jakbym to nie ja miała się spakować, ogarnąć, napisać maila potwierdzającego wieczorne przybycie do hostelu w Cork. 
Rozmawiamy z Czarną krótko ze standardowym "czy musisz jechać?" na rozpoczęcie. Muszę - i kiedy o tym myślę nie chce mi się tak bardzo, że zaciskam zęby odpędzając łzy. Cały dzień robimy coś wspólnie - rozmawiamy, jemy, gram(y - bo R. dzielnie sekunduje i służy radą). Potem czas się zebrać. Moi gospodarze uznali, że odwiozą mnie do Limerick, w którym mają jeszcze jakieś sprawy do załatwienia. Zanim mrugnę, już bagaż zgarnięty do samochodu. Ostatni obchód pod kątem ewentualnego zgarnięcia zostawionych rzeczy, ale tak naprawdę ciche pożegnanie z Ostatnim Przyjaznym Domem na Zachodzie. Kiedy odjeżdżaliśmy, niebo płakało, ale tym razem nie miałam mu tego za złe.
Chyba o czymś rozmawialiśmy. Między innymi o tym, dlaczego zjeżdżamy z trasy, którą kojarzę z Lim. R. odpowiada, że teraz są korki, a to najkrótsza droga, więc dalej już nie pytam, choć co jakiś czas zastanawiam się, czy na pewno zdążymy na ten mój autobus. W pewnym momencie przerywam milczenie i, pragnąc rozwiać swoje wątpliwości, dociekam czy nie mieliśmy aby jechać na dworzec autobusowy. R. i Czarna śmieją się radośnie w odpowiedzi, stwierdzając że uznali jednak, iż odwiezienie mnie do Cork będzie lepszym pomysłem. Zapytuję zatem, czy mam się starać o miejsce w hostelu dla nich, na co słyszę pytanie, czy nie wolałabym spędzić nocy w B&B... Ryan dodaje, że w sumie fajnie byłoby zajechać do Blarney. Mój nastrój odwraca się o 180 stopni jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Łzy szczęścia cisną mi się do oczu, a ja nie bardzo chcę je powstrzymywać. Szczęście wypełnia mnie jak balonik. Chyba wszystkim nam się to udziela.

Zwiedzamy cudne Blarney. Całuję ten cały kamień elokwencji (nie spodziewałam się, że jestem w stanie tak się wyciągnąć). Buszujemy po ogrodzie... jest wspaniale. Po kilku godzinach wyruszamy dalej do Cork. Od razu po zainstalowaniu się w B&B ruszamy na miasto w poszukiwaniu jadłodajni. Znajdujemy coś, co nazywa się Captain America i postanawiamy zostać, choć poziom hałasu zdecydowanie przekracza ten określony przez BHP. Dostajemy w ramach przystawki potężną porcję nachos, po której wszyscy pękamy w szwach... a tu wjeżdża danie główne. To było straszne. I piękne. Ale straszne. O mało nie umarliśmy z przejedzenia. Na koniec Guinness w pubie "Raven", prysznic i lulu.

Kitty! Na tym słupie wisi David BoWie! :D Captain America znaczy się :)

Piątkowy świt (5 rano) był słoneczny. Zebraliśmy się ekspresowo. Na lotnisku odprawiłam się i resztę czasu spędziliśmy dyskutując na tematy różne przy śniadaniu. Niestety, czas upłynął zbyt szybko. 

Tak ogólnie.

R., M. - dziękuję. To był najpiękniejszy zagraniczny wyjazd jak do tej pory. Niespodzianka, którą zrobiliście mi w czwartek pozostanie niespodzianką roku, a może i dziesięciolecia. Czarna: masz rację - dzięki naszym przyjaciołom jesteśmy lepszymi ludźmi.

"Przyjaźń to najwspanialszy i najbardziej kosztowny dar. To sens i znaczenie wszystkich darów, ilekroć ludzie się obdarowują" (B. Phil)

Pożegnanie z Irlandią.

Irlandia x4 cz. 1

Niech to będzie post inauguracyjny na "nową" formułę (ileż w tym stwierdzeniu autoironii, to chyba tylko ja wiem).

Lubię podróżować. Szczególnie sama, szczególnie samolotem, szczególnie do bliskich mi ludzi. Tak się składa, że Zieloną Wyspę, tę naszą zapowiadaną przez polityka, a niespełnioną, ziemię obiecaną, miałam okazję odwiedzić w sumie cztery razy. Za każdym razem z innymi odczuciami towarzyszącymi.

2007

Pobyt rozpoczęty pięknie, bo w moje urodziny. Leciałam z UK, więc było sympatycznie (serio. Polacy na pokładzie to -50 do... do wszystkiego w zasadzie. Jeszcze wówczas brakowało na pokładach samolotów, którymi latali krajanie, całych familii z rozwrzeszczanymi latoroślami [nie mam nic przeciwko rodzinom z latoroślami, o ile potrafią się zachować. Familie, nie latorośle, które są często zdecydowanie ze małe, żeby mieć pojęcie ogólnego kanonu kulturalnego zachowania] za to rekompensowali sobie ogólnym poziomem szeroko pojętego chamstwa. Hmm.. to chyba temat na oddzielny wpis...), poranek, lotnisko w Shannon, Irlandia nawet ze słońcem w tle. Autobus do Ennis i jakieś 2 godziny później miejsce ostatecznego pobytu. Kilkee, zachodnie wybrzeże, miejscowość otoczona z południa i północy klifami. Na północy George's head, na południu Diamond Rocks. Z Hostelu, w którym mieszkałyśmy, nad Ocean jakieś.. 100 metrów? Cóż... Okoliczności przyrody zdecydowanie in plus. Przez całą drogę z Ennis do Kilkee gadałyśmy w autobusie, więc ogólnie średnio podziwiałam widoki, ale zrekompensowałam sobie na miejscu.

Kilkee widziane od strony Diamond Rocks
Kilkee widziane od strony Diamond Rocks
Muszę nadmienić, że ogólny klimat wtedy był zdominowany przez "fazę celtycką", która ciągnęła się w moim życiu od dawien dawna, wszystko zatem, co widziałam, budziło we mnie bezkrytyczny zachwyt. Było jednak kilka elementów obiektywnie pięknych: kolor oceanu w pochmurny dzień, klify, czas spędzany z przyjaciółmi. 

George's Head
To było takie sympatyczne, małomiasteczkowe wypoczywanie. Ludzie byli uśmiechnięci, pogoda w sumie więcej niż znośna, wszystko spokojne, piękne... A na podsumowanie, po nocnym spacerze w okolicach klifu i oglądaniu spadających gwiazd sesja taneczno-muzyczna w irlandzkim pubie. Wtedy myślałam, że mogę umrzeć, bo już wszystko, co najważniejsze osiągnęłam. No... prawie.

2008

Rok wcześniej było tak cudownie, że pomysłem na miejsce na wakacyjną pracę było ponownie Kilkee. Boże, jaki to był głupi pomysł. Aż szkliwo na zębach pęka, taki był głupi.

Tym razem miałam mieć do czynienia ze społeczno-ekonomiczną częścią życia na Szmaragdowej Wyspie. Moje różowe okulary fascynacji i optymizmu potłukły się jakiś czas wcześniej i szara, irlandzka rzeczywistość spadła mi na głowę z impetem. 

Okazało się, że deszcz lejący się z nieba strugami i temperatury poniżej 16 stopni w dzień LATEM (w Polsce mieliście wtedy falę upałów) nie są zarezerwowane wyłącznie dla Wielkiej Brytanii... jakimś cudem xD Tubylcy, którzy patrzą na swojego nieirlandzkiego pracownika z góry również. Podobnie nagle okazało się, że chamstwo i czepialstwo nie są cechą narodową wyłącznie Polaków, imprezy irlandzkie są równie hałaśliwe, jak rodzime, a na ulicy można spotkać nieletnią, która próbuje naciągnąć przechodniów na kupno alko. Jednym słowem... poczułam się jak w domu, tylko jak nie-w-domu. Wszystkie bowiem zjawiska występowały z mocą dużo większą niż w mojej części polskiej ziemi. 

Na szczęście okazało się, że urzędy są przyjazne użytkownikowi na anglo-saską miarę, zgubić się w Irlandii nie sposób, bo każdy Irlandczyk, szczególnie starszy, wskaże drogę do wybranego punktu (pomijam oczywiście fakt, że irlandzkie miasta, to bardziej miasteczka), a kierowcy chętnie podwiozą szalone autostopowiczki. 

Droga na Diamond Rocks
W kwestii komunikacji językowej... Po prawie 3-miesięcznym pobycie w "Jukeju" miałam wrażenie, że mój angielski nabrał jakichś sensowniejszych kształtów. Po tygodniu przebywania w IE odniosłam wrażenie, że nie potrafię się wysławiać w tym barbarzyńskim języku, o rozumieniu, co do mnie mówią już nie wspomnę. Jak się później okazało, w IE język angielski - jak to napisał jeden z polskich dziennikarzy przebywających na Zielonej Wyspie - potrafi zabrnąć w zaułki tak ślepe, że nie śniło się o nich filozofom. Brawa dla tego pana. Pięknie bowiem określił zjawisko, z którym nigdy wcześniej nie miałam do czynienia, a które określa, jaka przepaść dzieli języki angielskie całego świata (to chyba na kolejny wpis xD).

Widok z Diamond Rocks - Bishop's Island. Jak się dobrze przyjrzeć, to można dostrzec ruiny domku pustelnika, który mieszkał na wyspie.
W kwestii strojów tubylczych (tu naprawdę przydałaby się obszerna notka)... making long story short: na ulicach można było określić z niemal 100% pewnością, kto jest Irlandczykiem, a kto nie. Nie tylko z powodu charakterystycznych rysów twarzy. Otóż... Polacy potrafią ubierać się ze smakiem. Nawet mężczyźni (o zgrozo, ponieważ "w kraju" takie zjawisko praktycznie nie występuje). Jest to w pewnym sensie zdumiewające. W UK obserwowałam, że dziewczyny np. próbują ubierać się ogólnie tak samo... niezależnie od tego, czy wyglądają w tych ciuchach dobrze, czy nie. Były więc obrazki w stylu dziewczę zbyt puszyste, by to mieć na sobie, ubrane jednak w mini mini-spódniczkę, bluzkę na ramiączkach i obowiązkowe japonki z elementami ozdobnymi (przy 16 stopniach i strugach deszczu, rzecz jasna), ale... no, jakoś się ubierały. W IE moda została gdzieś na poziomie dresów, wstrętnych zimowych emu i powyciąganych podkoszulków. Było to zjawisko tak masowe, że naprawdę łatwo było wyróżnić się w tłumie.

Faza celtycka, nieco stłumiona, ale trwała. Sympatycznie było zatem usłyszeć skoczne jigi i reele w uliczkach miasteczka, wejść do sklepu, w którym srebro przybierało ukochane przeze mnie do dzisiaj plecionkowe formy, oglądać z okna autobusu łagodne, zielone wzgórza, murki obrośnięte na gęsto roślinnością do tego stopnia, że zdawało się, iż sama roślinność stanowi mur, czy wybrać się w dniu wolnym od pracy (o ile akurat nie padało, a że padało prawie cały czas...) na któryś z klifów...
A propos murków - ten mało reprezentatywny, bo kamienny ;)
To wszystko było miłe, ale zdecydowanie nie przeważyło - Irlandia odcisnęła mało pozytywne piętno w ogólnym zarysie. Z radością wracałam do domu wiedząc już, że powiem Irlandii tak - ale tylko pod względem turystycznym.

Ekonomicznie - zaczął się kryzys. To był dokładnie ten czas, kiedy spadł on na świat z wielkim hukiem. Pamiętam rozmowy toczące się w kuchni, w której pracowałam. Rozmowy pełne niepokoju i lęku. No i nie ukrywajmy - było ogólnie ciężej. Życie było droższe niż w UK i trzeba było więcej kasy wyłożyć na utrzymanie. Więc... tak średnio warto.

2012

Po długiej przerwie jechałam do mojej Przyjaciółki. Nie do Irlandii samej w sobie, ponieważ mojej jej postrzeganie zmieniło się wraz z upływem czasu i życia. Faza celtycka minęła, kryzys przewalił się przez moje życie i przez Europę, nic już nie było takie, jak kiedyś. Na szczęście.

Pobyt był krótki, bo 3-dniowy. Luty, w Polsce końcówka zimy, która akurat wtedy jadowiła się niskimi temperaturami całkiem solidnie. Tam ok. 10 stopni. 

Wyjazd zdecydowanie towarzyski - posiedzenia, pogaduchy, wspólne wypady (tak, Kilkee też było), paintball (o matko, jaka frajda!) i ogólnie prawie zero Irlandii w Irlandii. 

Kilkee w lutym. Z tych chmur, które na zdjęciu ledwo majaczą na horyzoncie spadł po chwili potężny deszcz. Irlandia xD
Za to powrót z tego wyjazdu to opowieść na oddzielny wpis oraz oficjalny początek choroby zwanej "syndromem podróży M&R" (moi Przyjaciele, u których byłam, mają ciekawą "przypadłość" - ich podróże zawsze przebiegają w sposób nieco... mocno nieoczekiwany. Ze szczęśliwym skutkiem ostatecznie). Wracałam z Wrocławia przez Warszawę do Olsztyna. Podróż pociągiem na trasie Wro-Waw zajęła bagatela 12 godzin i dwa pociągi oraz trzy wymuszone przesiadki.

O ostatnim pobycie w kolejnym wpisie.

A tutaj artykuł, do którego nawiązywałam :)

środa, 20 lutego 2013

Tabula rasa

Przebaczyć, to znaczy podarować komuś czyste konto, niepamięć o wszystkim złym i świeży sposób myślenia.

środa, 12 grudnia 2012

W kąt

Tam poszedł blog, jak już odzyskałam swoje życie ;)

Ale - ale: post o Atlasie chmur tworzy się (z naciskiem na się), więc wkrótce wywnętrzenia literackie.

Tymczasem świat się zmienił, przyszła biel i została. Wprawdzie w mieście - jak to w mieście - biel przeszła w szaroburość, ale na wsi nadal jest pięknie i zimowo. Prognozy na święta są oczywiście przeradosne: deszcze, niże i ogólnie wiosna, ale czy się tym przejmujemy? Nie :)

 A teraz część z cyklu "Pomysł na..." ;)
Wczoraj dostałam pierwszy prezent gwiazdkowy (to chyba rekord) w postaci programu edukacyjnego "Mistrz Klawiatury II". Odpaliłam go wieczorem i na pół godziny totalnie wsiąkłam. Najfajniejsze jest to, że program ma przejrzysty, przyjazny użytkownikowi interfejs.  I już po pierwszej lekcji mogę powiedzieć śmiało, ze warto stosować się do każdej wskazówki podsuwanej przez twórców programu. No i oczywiście zarezerwować czas na ćwiczenia. Po pierwszej lekcji usłyszałam sporo... krytycznych uwag na swój temat :D Dotyczących oczywiście sposobu wykonania przeze mnie ćwiczenia ;)  I to jest super.

Jeśli ktoś jeszcze nie ma pomysłu na prezent, to mogę z czystym sumieniem zapewnić - to jest świetna propozycja, szczególnie dla tych, którzy dużo i często piszą.

Wkrótce święta, atmosfera coraz silniej wyczuwalna, nawet u mnie w pracy gra radio z muzyką sezonową. Ostatnie prezenty jeszcze do nabycia. Jest dobrze :)

piątek, 30 listopada 2012

Rocznicowo

Chwilę temu minęły dwa lata pewnej przyjaźni. Przyjaźni trochę online, trochę na żywo. Trochę korespondencyjnie i trochę przez telefon. Trochę z radością, trochę ze smutkiem. Trochę z gniewem, trochę z entuzjazmem. Ale zawsze ramię w ramię ;)

Za te wszystkie chwile...

Hantanye, Narsil :)

niedziela, 25 listopada 2012

Poczta Polska v. ja 1:0

alibo "Zmagania z rzeczywistością".
Zanim przystąpię do dalszych czynności zawodowych muszę z deka odreagować. Wczoraj wieczorem, kiedy czytałam, co natworzyłam, zaczęłam się poważnie zastanawiać, gdzie jest ten sens, który tam widziałam jeszcze chwilę temu. Dlatego dzisiaj zaczynam od posta, potem "drobnica" na jutro, a potem kolejnych kilka stron rozdziału. (Czy wspominałam, że szczęście w nadmiarze też bywa bolesne?)

No dobrze, cofnijmy się jednak do środy, kiedy to będąc w pracy dostałam sms, w którym informowano mnie, że przesyłka o takim i takim numerze zostanie dostarczona w ciągu najbliższych 24 godzin, a jeśli nie odbiorę, to będzie czekać w UP. No i git, przesyłki faktycznie się spodziewałam, więc ucieszona, postanowiłam, że sprawdzę w domu skrzynkę pod kątem awizo, bo o doręczeniu bezpośrednim mowy nie było (godziny pracy. A nie ukrywam, że jak jestem w domu, to listonosz też się jakoś nie rozpędza, żeby polecone dostarczyć. Najczęściej awiza leżą w skrzynce pod pretekstem "niezastania odbiorcy". No cóż). W skrzynce znalazłam reklamy, po czym olałam temat, bo w perspektywie miałam inne, bardziej zajmujące.
Zrobiłam obiad, zjadłam i byłam na etapie parzenia herbaty przed przystąpieniem do pracy, gdy ożył mój domofon. Jedną z zasad jest, że niezapowiedzianym nie otwieramy, więc nie zawracałam sobie głowy. Domofon jednak odezwał się po raz drugi. A za chwilę mój telefon. Numer nieznany. Odebrałam. Z drugiej strony, że dzień dobry, kurier (!!???) Poczta Polska, czy mogłaby Pani łaskawie otworzyć, bo od pięciu minut stoję pod drzwiami. Ja mu na to, że przykro mi, nie spodziewałam się, a niezapowiedzianym nie otwieram. Na co on, pełnym wyrzutu i irytacji głosem, że chociaż przez domofon mogłam zapytać. Na co ja - otwierając - wciąż grzecznie tłumaczę, że znowu przykro mi, ale domofon nie działa głosem w tamtą stronę. Skończyliśmy dywagacje na telefonie, facet po kilku minutach znalazł się u drzwi moich, w których powitałam go z uśmiechem (miał moją paczkę), co on skwitował kwaśnym "No wie pani, mogła pani chociaż z okna wyjrzeć, zobaczyć, kto przy domofonie (mamy daszek, który skutecznie osłania wejście. Żeby zobaczyć człowieka musiałabym cała wyjść z tego okna, a i to nie wiem, czy by wystarczyło. Już abstrahuję od tego, że człowieka nie znam, nie zapowiedział się, z pyska nigdy nie widziałam, a oznakowany - NAWET, GDYBYM - też był jakoś nieszczególnie), samochód STOI przecież (no tak, oczywiście, bo jestem jedyną mieszkanką tego bloku i nawet gdybym już dopatrzyła się czegoś w egipskich ciemnościach parkingu podblokowego, to na pewno domyśliłabym się, że jeden z kilkudziesięciu samochodów należy do kuriera PP, który przyjechał DO MNIE) oznakowany (przyjrzałam się później - podobnie jak kurier. Jeśli w ogóle jakoś, to nie widziałam), a ja tu każę człowiekowi się dobijać. Westchnęłam w duchu, ugryzłam się w język i - pomna codziennych przebojów z klientami - po prostu uśmiechnęłam się szerzej, podziękowałam za paczkę i życzyłam nabzdyczonemu panu miłego wieczoru. Pan, wchodząc do windy, jeszcze coś mamrotał pod nosem.
Mogłam go zjechać i potraktować równie buracko, jak on mnie? Mogłam. Nie zrobiłam tego, mając świeżo w pamięci własne przeżycia z buraczanymi klientami. Bo wiem, co to znaczy robić coś, na co w danym momencie ma się ochotę bardzo niewielką, a trzeba się uśmiechać i być grzecznym, bo zadowolony klient to klient, który zapłaci.
Z łezką w oku wspomniałam kurierów innych firm, którzy - czasem z całodobowym wyprzedzeniem - pisali, dzwonili, dogadywali się, a podczas odbioru byli uprzejmi i uśmiechnięci (E., pamiętasz "- Dzień dobry" - "No czeeeeeeeeeeść. N. jest w kuchni"?)
Cała sytuacja doprowadziła mnie do refleksji: sektor publiczny nad prywatnym ma taką przewagę, że w tym pierwszym w koszt wysyłki wliczona jest chamska obsługa.
Czy kiedyś skorzystam? Wątpię. Nie będę narażać Bogu ducha winnych odbiorców na takie traktowanie.

Tymczasem borem lasem jestem gotowa do dalszej walki. "Atlas Chmur" czeka w ramach rozkosznego deseru (och jej. Obejrzałam trailer chyba z trzydzieści razy, przeczytałam całą obsadę od góry do dołu, a potem jeszcze raz... i jeszcze... I przebieram nogami do wtorku, kiedy to idziemy z Kociołem do kina. A książka... mmm... Pyszności:), następna przerwa przewidziana na obiad, więc do pracy, rodacy.



poniedziałek, 5 listopada 2012

Metoda na chandrę

Tak się złożyło, że dosięgło mnie to niesamowite szczęście obracania się w towarzystwie niebagatelnych pod każdym względem jednostek.

Pewnego posępnego jesiennego dnia podczas rozmowy telefonicznej zwierzyłam się z mojego ponurego nastawienia do rzeczywistości i... tydzień później znalazłam w skrzynce świeżutkie, prosto z pieca awizo. Pogalopowałam na pocztę z Kotem pod pachą (która nawet sama wyraziła chęć towarzyszenia) i odebrałam paczuszkę. W paczuszce zaś znajdowały się wielkie precjoza.

Oprócz przepisu na zupę z soczewicy, rzeczonej soczewicy oraz mieszanki przypraw sporządzonych pod kątem tejże...


Znalazły się dwie, cudnej urody, paczuszki.





Z owych paczuszek wyjrzały:


Trzy genialne cienie marki Miyo (więcej o cieniach tutaj. Naprawdę produkt tani i bardzo dobrej jakości): No. 18 Lavender, No. 24 Starshine oraz szalony, RÓŻOWY No. 16 Diva. Cienie wypróbowałam rzecz jasna zaraz na drugi dzień - są trwałe, ładnie się rozkładają i zasadniczo nie znajduję w nich niczego, do czego mogłabym spróbować się przypiąć.




Olejek do kąpieli (lawendowy! :3 Mój szał na lawendę trwa), nawilżającą maseczkę do twarzy, żel ze świetlikiem pod oczy (alleluja! Moje oczy marzą o odpoczynku) oraz opalizujący lakier do paznokci (również Miyo, jak widać na załączonym obrazku - trzyma się bardzo dobrze, ładnie kryje i jedyną jego wadą jest ciut za mały - w stosunku do mojej wielkiej płytki paznokciowej - pędzelek).

Poziom chandry spadł do zera, poziom radości zaliczył 10/10. Działa? - jak to złoto.

Jeszcze raz dziękuję, E. :*

Tymczasem borem lasem ostatni długi weekend przegalopował i zostało długo długo nic, aż do samych Świąt. Nie ukrywam, że już zacieram łapki, bo będzie... oj, będzie się działo.