Niech to będzie post inauguracyjny na "nową" formułę (ileż w tym stwierdzeniu autoironii, to chyba tylko ja wiem).
Lubię podróżować. Szczególnie sama, szczególnie samolotem, szczególnie do bliskich mi ludzi. Tak się składa, że Zieloną Wyspę, tę naszą zapowiadaną przez polityka, a niespełnioną, ziemię obiecaną, miałam okazję odwiedzić w sumie cztery razy. Za każdym razem z innymi odczuciami towarzyszącymi.
2007
Pobyt rozpoczęty pięknie, bo w moje urodziny. Leciałam z UK, więc było sympatycznie (serio. Polacy na pokładzie to -50 do... do wszystkiego w zasadzie. Jeszcze wówczas brakowało na pokładach samolotów, którymi latali krajanie, całych familii z rozwrzeszczanymi latoroślami [nie mam nic przeciwko rodzinom z latoroślami, o ile potrafią się zachować. Familie, nie latorośle, które są często zdecydowanie ze małe, żeby mieć pojęcie ogólnego kanonu kulturalnego zachowania] za to rekompensowali sobie ogólnym poziomem szeroko pojętego chamstwa. Hmm.. to chyba temat na oddzielny wpis...), poranek, lotnisko w Shannon, Irlandia nawet ze słońcem w tle. Autobus do Ennis i jakieś 2 godziny później miejsce ostatecznego pobytu. Kilkee, zachodnie wybrzeże, miejscowość otoczona z południa i północy klifami. Na północy George's head, na południu Diamond Rocks. Z Hostelu, w którym mieszkałyśmy, nad Ocean jakieś.. 100 metrów? Cóż... Okoliczności przyrody zdecydowanie in plus. Przez całą drogę z Ennis do Kilkee gadałyśmy w autobusie, więc ogólnie średnio podziwiałam widoki, ale zrekompensowałam sobie na miejscu.
| Kilkee widziane od strony Diamond Rocks |
Muszę nadmienić, że ogólny klimat wtedy był zdominowany przez "fazę celtycką", która ciągnęła się w moim życiu od dawien dawna, wszystko zatem, co widziałam, budziło we mnie bezkrytyczny zachwyt. Było jednak kilka elementów obiektywnie pięknych: kolor oceanu w pochmurny dzień, klify, czas spędzany z przyjaciółmi.
| George's Head |
To było takie sympatyczne, małomiasteczkowe wypoczywanie. Ludzie byli uśmiechnięci, pogoda w sumie więcej niż znośna, wszystko spokojne, piękne... A na podsumowanie, po nocnym spacerze w okolicach klifu i oglądaniu spadających gwiazd sesja taneczno-muzyczna w irlandzkim pubie. Wtedy myślałam, że mogę umrzeć, bo już wszystko, co najważniejsze osiągnęłam. No... prawie.
2008
Rok wcześniej było tak cudownie, że pomysłem na miejsce na wakacyjną pracę było ponownie Kilkee. Boże, jaki to był głupi pomysł. Aż szkliwo na zębach pęka, taki był głupi.
Tym razem miałam mieć do czynienia ze społeczno-ekonomiczną częścią życia na Szmaragdowej Wyspie. Moje różowe okulary fascynacji i optymizmu potłukły się jakiś czas wcześniej i szara, irlandzka rzeczywistość spadła mi na głowę z impetem.
Okazało się, że deszcz lejący się z nieba strugami i temperatury poniżej 16 stopni w dzień LATEM (w Polsce mieliście wtedy falę upałów) nie są zarezerwowane wyłącznie dla Wielkiej Brytanii... jakimś cudem xD Tubylcy, którzy patrzą na swojego nieirlandzkiego pracownika z góry również. Podobnie nagle okazało się, że chamstwo i czepialstwo nie są cechą narodową wyłącznie Polaków, imprezy irlandzkie są równie hałaśliwe, jak rodzime, a na ulicy można spotkać nieletnią, która próbuje naciągnąć przechodniów na kupno alko. Jednym słowem... poczułam się jak w domu, tylko jak nie-w-domu. Wszystkie bowiem zjawiska występowały z mocą dużo większą niż w mojej części polskiej ziemi.
Na szczęście okazało się, że urzędy są przyjazne użytkownikowi na anglo-saską miarę, zgubić się w Irlandii nie sposób, bo każdy Irlandczyk, szczególnie starszy, wskaże drogę do wybranego punktu (pomijam oczywiście fakt, że irlandzkie miasta, to bardziej miasteczka), a kierowcy chętnie podwiozą szalone autostopowiczki.
| Droga na Diamond Rocks |
W kwestii komunikacji językowej... Po prawie 3-miesięcznym pobycie w "Jukeju" miałam wrażenie, że mój angielski nabrał jakichś sensowniejszych kształtów. Po tygodniu przebywania w IE odniosłam wrażenie, że nie potrafię się wysławiać w tym barbarzyńskim języku, o rozumieniu, co do mnie mówią już nie wspomnę. Jak się później okazało, w IE język angielski - jak to napisał jeden z polskich dziennikarzy przebywających na Zielonej Wyspie - potrafi zabrnąć w zaułki tak ślepe, że nie śniło się o nich filozofom. Brawa dla tego pana. Pięknie bowiem określił zjawisko, z którym nigdy wcześniej nie miałam do czynienia, a które określa, jaka przepaść dzieli języki angielskie całego świata (to chyba na kolejny wpis xD).
| Widok z Diamond Rocks - Bishop's Island. Jak się dobrze przyjrzeć, to można dostrzec ruiny domku pustelnika, który mieszkał na wyspie. |
W kwestii strojów tubylczych (tu naprawdę przydałaby się obszerna notka)... making long story short: na ulicach można było określić z niemal 100% pewnością, kto jest Irlandczykiem, a kto nie. Nie tylko z powodu charakterystycznych rysów twarzy. Otóż... Polacy potrafią ubierać się ze smakiem. Nawet mężczyźni (o zgrozo, ponieważ "w kraju" takie zjawisko praktycznie nie występuje). Jest to w pewnym sensie zdumiewające. W UK obserwowałam, że dziewczyny np. próbują ubierać się ogólnie tak samo... niezależnie od tego, czy wyglądają w tych ciuchach dobrze, czy nie. Były więc obrazki w stylu dziewczę zbyt puszyste, by to mieć na sobie, ubrane jednak w mini mini-spódniczkę, bluzkę na ramiączkach i obowiązkowe japonki z elementami ozdobnymi (przy 16 stopniach i strugach deszczu, rzecz jasna), ale... no, jakoś się ubierały. W IE moda została gdzieś na poziomie dresów, wstrętnych zimowych emu i powyciąganych podkoszulków. Było to zjawisko tak masowe, że naprawdę łatwo było wyróżnić się w tłumie.
Faza celtycka, nieco stłumiona, ale trwała. Sympatycznie było zatem usłyszeć skoczne jigi i reele w uliczkach miasteczka, wejść do sklepu, w którym srebro przybierało ukochane przeze mnie do dzisiaj plecionkowe formy, oglądać z okna autobusu łagodne, zielone wzgórza, murki obrośnięte na gęsto roślinnością do tego stopnia, że zdawało się, iż sama roślinność stanowi mur, czy wybrać się w dniu wolnym od pracy (o ile akurat nie padało, a że padało prawie cały czas...) na któryś z klifów...
| A propos murków - ten mało reprezentatywny, bo kamienny ;) |
To wszystko było miłe, ale zdecydowanie nie przeważyło - Irlandia odcisnęła mało pozytywne piętno w ogólnym zarysie. Z radością wracałam do domu wiedząc już, że powiem Irlandii tak - ale tylko pod względem turystycznym.
Ekonomicznie - zaczął się kryzys. To był dokładnie ten czas, kiedy spadł on na świat z wielkim hukiem. Pamiętam rozmowy toczące się w kuchni, w której pracowałam. Rozmowy pełne niepokoju i lęku. No i nie ukrywajmy - było ogólnie ciężej. Życie było droższe niż w UK i trzeba było więcej kasy wyłożyć na utrzymanie. Więc... tak średnio warto.
2012
Po długiej przerwie jechałam do mojej Przyjaciółki. Nie do Irlandii samej w sobie, ponieważ mojej jej postrzeganie zmieniło się wraz z upływem czasu i życia. Faza celtycka minęła, kryzys przewalił się przez moje życie i przez Europę, nic już nie było takie, jak kiedyś. Na szczęście.
Pobyt był krótki, bo 3-dniowy. Luty, w Polsce końcówka zimy, która akurat wtedy jadowiła się niskimi temperaturami całkiem solidnie. Tam ok. 10 stopni.
Wyjazd zdecydowanie towarzyski - posiedzenia, pogaduchy, wspólne wypady (tak, Kilkee też było), paintball (o matko, jaka frajda!) i ogólnie prawie zero Irlandii w Irlandii.
![]() | |
| Kilkee w lutym. Z tych chmur, które na zdjęciu ledwo majaczą na horyzoncie spadł po chwili potężny deszcz. Irlandia xD |
Za to powrót z tego wyjazdu to opowieść na oddzielny wpis oraz oficjalny początek choroby zwanej "syndromem podróży M&R" (moi Przyjaciele, u których byłam, mają ciekawą "przypadłość" - ich podróże zawsze przebiegają w sposób nieco... mocno nieoczekiwany. Ze szczęśliwym skutkiem ostatecznie). Wracałam z Wrocławia przez Warszawę do Olsztyna. Podróż pociągiem na trasie Wro-Waw zajęła bagatela 12 godzin i dwa pociągi oraz trzy wymuszone przesiadki.
O ostatnim pobycie w kolejnym wpisie.
A tutaj artykuł, do którego nawiązywałam :)
O ostatnim pobycie w kolejnym wpisie.
A tutaj artykuł, do którego nawiązywałam :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz