Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 marca 2017

Flos-Lek i Selfie Effect Technology

Nie wiem, jak Wy, ale ja firmę Flos-Lek kojarzyłam głównie ze znakomitych kosmetyków pod oczy. Ucieszyłam się więc, kiedy w grudniu zostałam wylosowana do wzięcia udziału w zespołowym testowaniu nowego produktu tej firmy - otrzymałam zestaw zawierający PEARLS Serum rozświetlające oraz BASE Bazę wygładzającą pod makijaż. Akcję koordynował portal Face&Look,


Pierwsze wrażenie
Na ładnym opakowaniu tekturowym, owiniętym folią, widnieją napisy w języku polskim i angielskim, które wywołały mój pusty śmiech. Ale tylko przez chwilę. Zawartość pudełek jest już bowiem bardziej ascetyczna, co zdecydowanie mocniej do mnie przemawia.


Serum perłowe wygląda po prostu prześlicznie - przezroczyste opakowanie z pompką, ze złotymi akcentami i lśniącymi zachęcająco perełkami w przezroczystej zawiesinie. Gdybym zobaczyła je na półce w drogerii, zatrzymałabym się, żeby chociaż przez chwilę popatrzeć.
Baza nie jest już może do tego stopnia zachęcająca wizualnie, ale nadal robi robotę - biała tubka zakończona poręcznie wydłużonym dzióbkiem, który zapobiega rozprzestrzenianiu się produktu po każdej możliwej płaskiej powierzchni (co poniektórzy producenci fluidów na przykład powinni zastanowić się nad tym rozwiązaniem xD). Utrzymana w podobnej do pereł stylistyce - miłe dla oka złoto.
Drugie wrażenie
Perły - jedna pompka produktu w zupełności wystarcza na całą twarz. Serum jest bardzo przyjemne w dotyku, zawiera złote drobinki, więc lekko się mieni - choć po rozprowadzeniu na twarzy praktycznie tego nie widać (chyba, że przyglądać się sobie bardzo uważnie i w świetle słonecznym xD). Zda się, że puch wklepujesz, a nie produkt o żelowej konsystencji. Wchłania się szybko, pozostawiając na skórze bardzo przyjemny efekt wygładzenia.


Baza - tutaj też niewiele produktu potrzeba do szczęścia. Stosowany po serum rozprowadza się i wchłania błyskawicznie, nie ściąga mojej skóry (co z reguły robią bazy). Wszelkie używane z nim  podkłady, kremy bb czy cc współpracowały bardzo dobrze. Co ciekawe - potrzebowałam dużo mniej podkładu, żeby rozprowadził się w sposób mnie satysfakcjonujący. (Do tej pory osiągnęłam taki efekt przy pomocy innej bazy, która kosztuje miliony monet, ale warta jest tych pieniędzy.)

Skład
W tym konkretnym przypadku grał drugorzędną rolę - zostałam wylosowana przez osobę, do której mam bardzo duże zaufanie jeśli chodzi o bezpieczeństwo stosowanych produktów. I nie pomyliłam się :] Jak już wspominałam - nic złego się nie dzieje nawet cerze tak wymagającej i delikatnej jak moja.

Podsumowanie
Po kilku tygodniach stosowania stwierdzam, że jest to naprawdę dobry produkt w przyzwoitej cenie. Cieszy mnie, że nie robi mi krzywdy w skórę twarzy, nie przesusza jej, a zostawia w naprawdę całkiem spoko kondycji - to jest dla mnie spore zaskoczenie.

Jest tylko jeden mały minus - polsko-angielski misz-masz na opakowaniu. Trend, którego nie jestem w stanie ogarnąć rozumem. Znam osoby, które są z pokolenia naszych rodziców, które z chęcią sięgnęłyby po ten produkt, ale nie zrozumieją haseł w stylu "anti-pollution", "selfie-effect" itd. Może jestem umysłowo z innej epoki, ale polskie hasła w zupełności wystarczą.

sobota, 17 grudnia 2016

Amla i eclipta w masce na włosy oraz: do odważnych świat należy, czyli dlaczego nie używam brahmi

Jakiś czas temu obiecałam, że sprzedam uproszczoną wersję maski na łepetynę, którą - w opcji "na bogato" robiła jakiś czas temu Arsenic. Tutaj znajdziecie link do niej. W opisie Arsenic możecie również przeczytać szczegółowe informacje na temat tego, czym są amla, eclipta i brahmi, a także shikakai czy ekstrakt z korzeni pokrzywy. Mówiąc krótko - są to super zioła, zawierające substancje, które skóra i włosy uwielbiają.

Bardzo chciałabym uzyskać efekt silnych i błyszczących włosów, które - jak każdy element mnie - bywają kapryśne. Nie podoba im się np. farbowanie henną, ale już farby z cyklu "bio" kochają pasjami (a farbować się muszę, bo mi niestety szybko łeb siwieje). Ostatnio okazało się, że psikacz z silikonem, na który kiedyś reagowały obciążeniem, teraz robi im bardzo dobrze.

Postanowiłam, że będę dbać o nie bardziej niż dotychczas. Na początek warto było sięgnąć po coś sprawdzonego. W Mazidłach zamówiłam amlę, brahmi i ecliptę - uznawszy, że taka mieszanka w zupełności wystarczy.

Przepis testowałam w dwóch wersjach: z wodą i z odżywką. W obu przypadkach działania są podobne. Zależało mi na tym, żeby włosy już od początku miały dobrze, dlatego - zgodnie z poradą Oli - postanowiłam wcierać maskę w skórę głowy. Przepis wygląda następująco:
  • Łyżkę stołową brahmi, łyżkę stołową eclipty oraz pół łyżki amli należy wymieszać w jakieś miseczce, której Wam nie szkoda. (Generalnie wszystkie te zioła mają delikatne właściwości koloryzujące. Nie na trwałe, ale lepiej uniknąć niepotrzebnych ataków paniki;) Na sucho z łatwością się połączą w jednolity proszek.
  • dolewacie wodę albo dodajecie odżywkę do włosów wybranej firmy. Dobrze żeby maseczka miała finalnie dosyć rzadką konsystencję. Zioła dosyć szybko chłoną wilgoć, więc z luźnej maska może się szybko zamienić w zwartą, a wersja z odżywką będzie wymagać sporej jej ilości. Natomiast wersja z odżywką wygrywa pod względem aplikacji: zioła się nie osypują i jest ją zdecydowanie łatwiej opanować w związku z tym.

  • aplikujecie maskę na włosy/skórę głowy. Warto robić to w ręczniku na ramionach i najlepiej nad wanną - osypująca się maska będzie w ten sposób do opanowania ;) Ja wcieram w skórę głowy i to, co mi zostanie, aplikuję na końcówki włosów. Po położeniu maski warto owinąć włosy folą spożywczą i ręcznikiem. Potem przez godzinę i więcej relaksujemy się i pozwalamy działać substancjom aktywnym :D (to ten najprzyjemniejszy moment).
  • Na koniec należy zmyć maskę. Najpierw ciepłą wodą, a potem dwukrotnie szamponem. Ja już na tym etapie czuję różnicę: włosy są gładziutkie, miękkie. Na koniec kładę jeszcze ulubioną odżywkę i jestem zadowolonym człowiekiem.
W normalnych przypadkach włosy powinny być sypkie, moje po kilku aplikacjach odrobinę ściemniały, zdecydowanie rzadziej się przetłuszczają.
Tak właśnie było 4 razy: kładłam maskę, zostawiałam ją na kilka godzin, zmywałam, happy go lucky i tak dalej. Ale po 4 razie coś się skrzaczyło. Konkursowo. Skóra na mojej głowie zafundowała mi taką reakcję alergiczną, jakiej w życiu jeszcze nie doświadczyłam. Skończyło się na wizycie u lekarza, leku odczulającym i kilku dniach nieszczęścia. Ale wyszłam z tego doświadczenia mądrzejsza.

Pamiętacie, jak przed każdym farbowaniem producenci każą sprawdzać reakcję na próbkę farby - czy przypadkiem nie wyjdzie jakieś uczulenie? No cóż - to mądra rada. Kiedy już bowiem nabrałam odwagi, zmotywowałam się efektami na włosach oraz wydanymi pieniędzmi, postanowiłam zrobić taki test skórny. W zgięcie łokcia nałożyłam każde zioło, rozrobione z wodą, z osobna. Potrzymałam pod folią godzinę... dum dum dum... okazało się, że za moje tygodniowe cierpienie dumy i ciała odpowiadało... brahmi. 

Dzięki temu nauczyłam się, że jednak warto sprawdzać organoleptycznie nowości, zioła, farby, jeszcze przed ich zastosowaniem właściwym. Z mojej maski wypadło brahmi, ale amla i eclipta nadal robią robotę.

To tyle :)
Pozdrawiam przedświątecznie!

niedziela, 13 listopada 2016

Kosmetyki na miarę szyte

Szyte albo kręcone, jak kto woli.

Dzisiaj zrobiłam trzy zestawy kosmetyków do pielęgnacji zamówionych w Kolorówce.com.

Chyba należy zacząć od odpowiedzi na pytanie, dlaczego taki wybór? Dlaczego kosmetyki ze sklepu internetowego, a nie z drogerii?

Odpowiedź jest prosta: bo taki, a nie inny rodzaj cery.
Ze skórą miałam problemy od kiedy pamiętam. Jako dziecko byłam dumnym posiadaczem skazy białkowej, w okresie dojrzewania skóra na czole zaczęła mi się łuszczyć tak niespodziewanie i intensywnie, że aż się przestraszyłam czy nie mam łuszczycy. Wizyty - długie i męczące - u dermatologa nic nie dawały. Diagnoza brzmiała, że jest uczulenie, ale nie wiadomo na co. Skutecznie zniechęciło mnie to do wizyt u lekarzy. Działały leki, które lekarze przepisywali na łagodzenie objawów skórnych - zaczerwienienia i łuszczenie się. Tyle.
Gdy byłam już kobietą pracującą, pewnej wiosny miałam tak silny atak (czerwone, łuszczące się placki na twarzy) rzeczonej "alergii", że złamałam się i poszłam do dermatologa. Pani dermatolog popatrzyła, pokiwała głową i orzekła "skóra atopowa". To genetyczne, to nie alergia, tego się nie da wyleczyć, można tylko łagodzić.
Aha.
No to łagodziłam. Najpierw drogie w *piiiip* kremy apteczne. W międzyczasie lektura internetów. Potem eksperymenty drogeryjne (tu należy wspomnieć o światłej serii AA - kosmetyków przeznaczonych rzekomo do cery wrażliwej, skłonnej do podrażnień, alergicznej - po żadnym kremie/maseczce nie miałam tak silnej reakcji jak po tym g***wnie. Jakby mi ktoś twarz żywym ogniem palił) - na tym etapie wiedziałam już, że muszę skórę mocno nawilżać. Szukałam zatem nawilżających. Metodą prób i błędów doszłam do punktu, w którym okazało się, że im mniej "wyrafinowany" skład, tym lepiej moja skóra reaguje. 
I tu zaczęła się przygoda z czytaniem składów oraz kosmetykami tzw. "naturalnymi". Making long story short - stanęło na Alterrach (z drogeryjnych), ale tak na dobre dopiero przy Sylveco poczułam, że moja skóra odżywa.
Tak się jednak składa, że wokół mnie są ludzie, którzy interesują się tematami pielęgnacyjno-kosmetycznymi. Właściwie przy każdej wizycie u przyjaciół trafiałam na jakiś ciekawy kosmetyk "własnej roboty". A to krem a to tonik. Tu serum tu odżywka. Zawsze patrzyłam na to z lekkim podziwem - jedyne, co - wydawało mi się - umiałam ukręcić, to koczek na włosach. A i to nie zawsze xD Zniechęcał mnie brak umiejętności. Zachęcał natomiast wynik działań - nawilżona skóra, odżywione włosy. O tak!
Zestawy zapakowane w praktyczne worki strunowe. Opisane, nic tylko mieszać!

I w końcu pękłam. 
Dzisiaj wykonałam z rozpędu trzy kosmetyki. Czy było trudno? Nie. Całość zajęła mi 45 min., z przeglądaniem fejsa w międzyczasie.

Dlaczego to polecam?
  • bo widzisz skład. Możesz przeczytać, co tam jest, jak to działa i czemu dobrze;
  • bo nie trzepie po kieszeni jak kremy drogeryjne;
  • bo jak sobie wymieszasz taki tonik, albo serum dwufazowe i się przy tym pobawisz w małego alchemika, to poprawi Ci się humor i dojdziesz do wniosku, że coś umiesz;
  • bo to proste. I satysfakcjonujące.
A tutaj zabawa w małego alchemika. Dwa zestawy złożone, trzeci w trakcie.
Z mojej perspektywy ta odrobina wysiłku to tylko motywacja do pójścia dalej. Zachęcam Was do eksperymentowania. Stay tuned!
N.
PS - możecie znaleźć coś dla siebie również na Zrób Sobie Krem. Ja tam już zaglądam w poszukiwaniu fajnych kosmetyków.

poniedziałek, 24 października 2016

Nie umiem w mydło

Post ten latał mi po głowie już od sierpnia, kiedy to po raz pierwszy zetknęłam się z Mydlarnią Cztery Szpaki i postanowiłam podjąć mydlane ryzyko. Poprzerzucałam sobie stronę, pośliniłam się na - niestety, będące poza moim zasięgiem cenowym - peelingi, oceniłam swym laickim okiem składy i postanowiłam, że zainwestuję w trzypak - aż trzy mydła w niewielkiej promocji wyglądały wysoce zachęcająco. Spośród całego asortymentu wybrałam:
  • Super blend (o matko, jak ja się tym jarałam. Jak szczerbaty na suchary. Skład jest taki, że tam się naprawdę nic nie ma prawa wysypać.)
Zdjęcie z http://www.4szpaki.pl/wp-content/uploads/2016/08/superblend_03.jpg


Zdjęcie z http://www.4szpaki.pl/wp-content/uploads/2016/02/rozmaryn_01.jpg
  • mydło len i rumianek (tu powodowała mną ciekawość, opisywane jako Delikatna, łagodna, przyjemna kostka zachęciło mnie pod kątem mojej skóry twarzy, dla której szukałam delikatnego zmywaka. Szczególnie w przypadku usuwania makijażu. Chciałam produktu, który powoli mi się w pięciu ruchach pozbyć mojej radosnej natwarzowej tfurczości)

Zdjęcie z: http://www.4szpaki.pl/wp-content/uploads/2015/11/len_01.jpg
  • mój prywatny nr 1. Lepszy w opisie niż szanel namber fajw, a już na pewno bardziej pociągający w zapachu. Uwaga uwaga! Mydło do włosów! Ależ to był szał. Czekałam na to mydło, przebierając nogami - zwłaszcza, że zarówno skład jak i forma (FORMA!!! No kamon! Kto z Was widział mydło DO WŁOSÓW?! MYDŁO!!!) zachęcały.

Zdjęcie z: https://www.4szpaki.pl/wp-content/uploads/2016/05/do-wlosow_01.jpg
Oczywiście nie pokażę Wam zdjęć, ponieważ w ferworze przeprowadzek różne elementy zwyczajnie mi poginęły, ale trzypak z blendem przyszedł zapakowany w pudełko, solidnie zabezpieczone od wewnątrz i od zewnątrz. Ta prostota i funkcjonalność były cudne. Dominowała szarość papieru opakowań (recykling love. Ogromny plus za bio i organic w praktyce). W ramach bonusa dostałam mydełko węglowe. 

No i przyszło do próbowania.

  1. Blend - jak wspominałam, tu nie miało prawa coś nie wyjść. Po letnich szaleństwach moja skóra wołała o pomoc i dostała ją z nawiązką. Aplikuje się ten zestaw bajecznie, wchłania błyskawicznie, pozostawiając leciutko tłustą warstewkę (jeśli ktoś nie lubi, można zaaplikować sobie mniej, wtedy warstewka szybko się wchłania). Ma przyjemny, nienachalnie naturalny zapach (zakładam, że przyczyną jest masło kakaowe) i przed wszystkim jest wydajne. Nie trzeba stosować go wiele, żeby skóra była nawilżona i w dobrej kondycji. Opakowanie to metalowa puszeczka (parametry znajdziecie na stronie), również prosta i w tej prostocie urzekająca.
  2. Mydło len i rumianek - niestety, nie jest tak delikatne, jak się spodziewałam. Zmywać makijaż - zmywa, działać - działa, ale niestety, skórę na twarzy po regularnym używaniu miałam przesuszoną i ściągniętą. Przypuszczam, że idealnie nada się do rąk i do ciała.
  3. Mydło do włosów - produkt dostarczony - jak pozostałe mydła - w szarym papierze. Rzeczywiście wpuszczony jest w nie sznurek, idealnie nadaje się do zawieszenia w jakimś ciekawym miejscu. Po przeczytaniu opinii na stronie spodziewałam się wszystkiego, co najlepsze: (...) Mocno się pieni, co ułatwia mycie włosów, zapach ma delikatny a włosy po nim są nawilżone, łatwo się rozczesują i nie elektryzują. No to myjemy: włosy zwilżone, kilka pociągnięć mydłem i szorowanko. Fakt - doskonale się rozprowadza, świetnie się spienia, daje wrażenie łatwości mycia. Proces szorowanka powtórzyłam dwukrotnie, jak zawsze. Włosy po myciu były jakby pokryte lekką warstwą czegoś nieokreślonego, co jakby się lepiło. Nigdy nie myłam włosów płynem do mycia naczyń, ale tak wyobrażam sobie efekt. Wzruszyłam mentalnie ramionami i nałożyłam standardowo odżywkę. Spłukałam. Włosy były ciężkie i klejące. Uznałam, że to wina odżywki, postanowiłam poczekać, aż wyschną. Oczywiście dołożyłam jeszcze olej, żeby się dobrze rozczesywały. Cóż... Po wyschnięciu włosy nadal były lepiące i w strąkach. No to dzień później kolejne pranie, tym razem minus odżywka. Niestety - efekt był ten sam, choć włosy były nieco lżejsze jakby, ale nadal lepiące. No to jeszcze raz - minus olej. Samo mydło. Uprałam włosy, spłukałam czując już, że nadal się kleją. Kiedy wyschły i wrażenie nie zmieniło się ani o jotę, postanowiłam - ze łzami frustracji w oczach - umyć je tym, co stosowałam przed mydłem. Wiecie... minęło już parę tygodni od tego czasu, a ja nadal nie wiem, co poszło nie tak. Najprawdopodobniej to, że nie umiem w mydło. Bo nie wiem, co jeszcze. Solennie spłukiwałam włosy po umyciu, zaprzestałam w końcu stosowania odżywek i nawet oleju, i niestety, nie mogę powiedzieć, żeby po myciu moje włosy były nawilżone czy łatworozczesujące się. No na pewno się nie elektryzowały, to fakt.

Podsumowując:  mydła spoko, choć bez szału, mydło do włosów to świetny pomysł, ale nie dla mnie, za to blend kocham pasjami.

Nie wiem, czy ktoś z Was miał przyjemność z mydłem do włosów? Jakie macie wrażenia / przemyślenia / wyniki? Może coś zrobiłam nie tak - bardzo chciałabym się dowiedzieć, bo mydło nadal mam, a szkoda je wyrzucać.

To w sumie na tyle - jeśli macie pytania, wnioski, spostrzeżenia, chętnie wezmę na klatę.
Zdrówka!
N.

No to będzie kosmetycznie!

... I już po półtora miesiąca wszystko wiem! Długo zastanawiałam się, gdzie dać ujście swojej mini-pasji do kosmetyków i pielęgnacji w ogóle. Dzisiaj podczas rozmowy z Arsenic, do której wyjściem były moje przemyślenia odnośnie peeloffa ze spiruliną, zostałam pozytywnie kopnięta mentalnie w głowę i zainspirowana do zrobienia czegoś, co będzie - powiedzmy - użytkowaniem kosmetyków z perspektywy "szarej Kowalskiej" (choć - powiedzmy sobie szczerze, nie takiej znowu szarej, a wręcz kolorowej... czasami :D).

I w taki oto sposób blog zmienia swój kierunek, staje się w pewnym sensie tematyczny, choć - żeby zachować ścisłość - należy wziąć pod uwagę następujące czynniki / poprawki:
  • nie jestem specjalistką. Sama podczytuję blogi, uczę się (jeśli coś mnie interesuje) za pomocą tego, co widzę, oraz metodą prób i błędów.
  • jestem leniwa. Oznacza to, że wiele receptur na używanie / robienie kosmetyków w moim przypadku będzie uproszczonych do granic prostactwa. Jeśli jesteś osobą wrażliwą na punkcie upraszczania jak ja na punkcie błędów ortograficznych / stylistycznych, to zamknij kartę, odwróć się, idź na spacer, pomyśl o czymś przyjemnym.
  • jeśli coś robisz inaczej - chętnie poznam Twoje zdanie. Wynika to w prostej linii z faktu, że cały czas się uczę. I lubię to!
  • jestem chaotyczna. Jeśli tak bardzo, że aż za, to - jak wyżej - jestem otwarta na opinie.
  • wykorzystywane przeze mnie produkty to nie product-placement. Jeśli będzie inaczej, to o tym napiszę. Z reguły po prostu sugeruję się tym, co ktoś poleca lub próbuję nowych rzeczy.
... jeśli coś jeszcze przyjdzie mi do głowy, zaktualizuję tę listę.

W związku z tym, że zaczęło się od peel-off, to niech też pierwszy wpis w tej nowej odsłonie się na coś przyda. Niestety - tym razem będzie bez zdjęć, bo już dawno po fakcie - maseczka zrobiona, zaaplikowana, zdjęta. Ale na pewno będą linki. Od początku zatem.

Sto lat temu zakupiłam w Zrób Sobie Krem bazę do maseczek peel-off (jak widać, jest to rzecz relatywnie niedroga, pudełeczko 15g wystarczy mi na 2-3 aplikacje), spirulinę (jeśli nie wiesz, jakie właściwości ma spirulina, to możesz przeczytać pod powyższym linkiem) i hydrolat... chyba rumiankowy (nie linkuję, bo nie pamiętam, ale to nie jest istotne). Postanowiłam w końcu wykorzystać to dobrodziejstwo. 
Spirulina w wersji "w proszku". Zdjęcie ze strony http://natura24.pl/spirulina-premium-proszek.html
Od razu wyjaśniam, że maseczka peel-off należy do moich ulubionych, bo łatwo się ją usuwa i nie zostawia śladów (prawie!), czyli jest to zdecydowanie maseczka dla leniwych. Drugim powodem jest to, że zakup wszystkich niezbędnych składników jest naprawdę niedrogą sprawą. Trzecim - jak każda baba jestem odrobinę control freakiem, co w prostej linii prowadzi do tego, że uwielbiam mieć kontrolę nad tym, co ląduje na mojej facjacie i jeśli mam iść do sklepu i kupić coś, co kosztuje ciężkie pieniądze, a zawiera w sobie pół tablicy Mendelejewa (nie każda chemia jest zła - o tym kiedy indziej, ale moja skóra bardzo nie lubi tego, co jest powszechnie dostępne w drogeriach), to wolę zainwestować ten pieniądz w coś, co da mi trochę zabawy. Czwartym - czytam składy. Nie wszystko jeszcze rozumiem, ale - tak tak - wciąż się uczę (stąd wniosek, że nie każda chemia jest zła), a to czego naumiałam się do tej pory przynosi efekty.

Zasadniczo Zrób Sobie Krem podało świetną prostą wersję tej maseczki. Tam znajdziecie też urozmaicenie - można ją bowiem robić z owocami. Polecam zapoznać się bliżej (dostępna pod linkiem do bazy). Oto najprostsza na świecie receptura na maseczkę peel-off ze spiruliną. Bierzecie:
  • dwie czubate łyżeczki deserowe bazy peel-off (nie żałujcie sobie, im więcej, tym lepiej),
  • 1/3 - 1/2 łyżeczki spiruliny
  • hydrolat / wodę mineralną niegazowaną
  1. Bazę peel-off i spirulinę mieszacie w miseczce (ja to robię metodą wstrząsową w opakowaniu po bazie - to pozwala spirulinie dobrze rozprowadzić się w bazie). Uwaga - obydwie substancje są mocno sproszkowane, więc ostrożnie z mieszaniem i otwieraniem opakowań. No i raczej lepiej tego nie wdychać xD 
  2. Kiedy uznacie, że wszystko się dobrze wymieszało dolewacie hydrolat/wodę. Konsystencja nie powinna być ani za rzadka, ani za gęsta. Wybaczcie, nie jestem w stanie podać odpowiednich proporcji - robię to z reguły na wyczucie. Dowcip polega na tym, że jeśli dacie za dużo wody, maseczka będzie Wam spływać z twarzy. Jeśli będzie za gęsta - też ciężko będzie ją równomiernie nałożyć. Jedyna słuszna konsystencja, to taka, która Wam będzie odpowiadać - eksperyment wskazany!
  3. Tą samą łyżeczką nakładacie maziaję o pięknym, ciemnozielonym kolorze (do tej pory poznacie już moc spiruliny, która w stanie suchym wygląda tak - hy hy - niepozornie xD) na facjatę. Nie krępujcie się - im grubsza warstwa, tym lepiej, przyjemniej i zdecydowanie łatwiej ją ściągnąć. Będziecie mieć wrażenie lekkiego chłodzenia. W moim przypadku było też szczypanie, ale to może być wina przeterminowanego hydrolatu xD I tak i tak wszystko jest w porządku, bo z czasem sensacja mija. Efekt końcowy tego zabiegu będzie wyglądał mniej-więcej tak:
    Klasyczny efekt "w-trakcie-maseczkowy"
    Jak widać na przykładzie powyższego - lepiej robić to w cichości ducha i zacisza domowego, ponieważ osoby o słabszym sercu mogą nie wytrzymać tego widoku xD
  4. Po 15-20 minutach maseczkę ściągamy. Jeśli jej konsystencja miała na etapie początkowym gęstość bardzo gęstej śmietany, to po kwadransie powinna być już ładne zastygnięta, co objawia się tym, że jej powierzchnia jest elastyczna, a przy macaniu palcami nie zostawia na tych palcach mokrych śladów. I tu jest czas na beautyporn -możecie rozkoszować się tym wspaniałym momentem, oglądać wnętrze zdjętych płatów "drugiej skóry" i przyglądać się jej fakturze. Mnie to jara. Jeśli zaś ktoś z Was czuje obrzydzenie do takich praktyk, to pomija część rozkoszowania się i po prostu ściąga maseczkę. Ja to robię odkładając płaty maski na papierowy ręcznik i resztki wywalam po prostu do kosza. Łatwo, czysto i przyjemnie - nie trzeba sprzątać. Magia peel-offa.
  5. Tam, gdzie warstwa maseczki była cieńsza, zrobi się jasnozielona skorupa. Nie warto walczyć ze skorupą (chyba, że kogoś to jara, wtedy warto). Ten etap wymaga pójścia do łazienki, nachylenia się nad umywalką po uprzednim odkręceniu ciepłej wody, nabrania wody w ręce i pomacania się po twarzy. Trzeba dać chwilę spirulinie, żeby zauważyła element nawilżenia. Po tym resztki znów nabiorą ciemnozielonego koloru i będą się zmywać jak marzenie.
I to by było na tyle. Bardzo lubię tę maseczkę, bo w efekcie:
  • skóra jest cudnie nawilżona
  • zostaje wrażenie napięcia, ale nie powierzchni skóry (jeśli ktoś ma atopową, jak ja, to wie, o czym mowa) tylko jakby całości
  • wrażenie świeżości 
  • najfajniejsze jest to, że przy regularnym (ja to robiłam średnio co tydzień - jestem leniwa) stosowaniu pozbywacie się wągrów. Na pewno nie wszystkich, ale sporej części. Rzadko spotyka się tak mało inwazyjną metodę na to czortostwo.
Podsumowując wersja oszczędna jest naprawdę oszczędna i w moim przypadku się sprawdza.

Próbowałam kiedyś mieszanki baza peel-off, spirulina i laminaria, ale niestety chyba laminaria sprawiła, że konsystencja maseczki była ciut za mocno żelowa, mazała się i strasznie ciężko było ją opanować, więc laminaria wypadła z obiegu.

Jako jedno z ostatnich, ale nie najmniej ważnych: tę nową wersję bloga dedykuję wspomnianej już Arsenic oraz Kunie Domowej - to dwa moje nieustające źródła inspiracji. Dziękuję, Dziewczyny, że nie ustawałyście w motywowaniu mnie :]

To tyle. 
Kreślę się z radością
N.

P.S. - ma ktoś z Was pomysł na nową nazwę bloga? Obawiam się, że stara jest już trochę zdezaktualizowana...