... I już po półtora miesiąca wszystko wiem! Długo zastanawiałam się, gdzie dać ujście swojej mini-pasji do kosmetyków i pielęgnacji w ogóle. Dzisiaj podczas rozmowy z Arsenic, do której wyjściem były moje przemyślenia odnośnie peeloffa ze spiruliną, zostałam pozytywnie kopnięta mentalnie w głowę i zainspirowana do zrobienia czegoś, co będzie - powiedzmy - użytkowaniem kosmetyków z perspektywy "szarej Kowalskiej" (choć - powiedzmy sobie szczerze, nie takiej znowu szarej, a wręcz kolorowej... czasami :D).
I w taki oto sposób blog zmienia swój kierunek, staje się w pewnym sensie tematyczny, choć - żeby zachować ścisłość - należy wziąć pod uwagę następujące czynniki / poprawki:
- nie jestem specjalistką. Sama podczytuję blogi, uczę się (jeśli coś mnie interesuje) za pomocą tego, co widzę, oraz metodą prób i błędów.
- jestem leniwa. Oznacza to, że wiele receptur na używanie / robienie kosmetyków w moim przypadku będzie uproszczonych do granic prostactwa. Jeśli jesteś osobą wrażliwą na punkcie upraszczania jak ja na punkcie błędów ortograficznych / stylistycznych, to zamknij kartę, odwróć się, idź na spacer, pomyśl o czymś przyjemnym.
- jeśli coś robisz inaczej - chętnie poznam Twoje zdanie. Wynika to w prostej linii z faktu, że cały czas się uczę. I lubię to!
- jestem chaotyczna. Jeśli tak bardzo, że aż za, to - jak wyżej - jestem otwarta na opinie.
- wykorzystywane przeze mnie produkty to nie product-placement. Jeśli będzie inaczej, to o tym napiszę. Z reguły po prostu sugeruję się tym, co ktoś poleca lub próbuję nowych rzeczy.
... jeśli coś jeszcze przyjdzie mi do głowy, zaktualizuję tę listę.
W związku z tym, że zaczęło się od peel-off, to niech też pierwszy wpis w tej nowej odsłonie się na coś przyda. Niestety - tym razem będzie bez zdjęć, bo już dawno po fakcie - maseczka zrobiona, zaaplikowana, zdjęta. Ale na pewno będą linki. Od początku zatem.
Sto lat temu zakupiłam w Zrób Sobie Krem bazę do maseczek peel-off (jak widać, jest to rzecz relatywnie niedroga, pudełeczko 15g wystarczy mi na 2-3 aplikacje), spirulinę (jeśli nie wiesz, jakie właściwości ma spirulina, to możesz przeczytać pod powyższym linkiem) i hydrolat... chyba rumiankowy (nie linkuję, bo nie pamiętam, ale to nie jest istotne). Postanowiłam w końcu wykorzystać to dobrodziejstwo.
Od razu wyjaśniam, że maseczka peel-off należy do moich ulubionych, bo łatwo się ją usuwa i nie zostawia śladów (prawie!), czyli jest to zdecydowanie maseczka dla leniwych. Drugim powodem jest to, że zakup wszystkich niezbędnych składników jest naprawdę niedrogą sprawą. Trzecim - jak każda baba jestem odrobinę control freakiem, co w prostej linii prowadzi do tego, że uwielbiam mieć kontrolę nad tym, co ląduje na mojej facjacie i jeśli mam iść do sklepu i kupić coś, co kosztuje ciężkie pieniądze, a zawiera w sobie pół tablicy Mendelejewa (nie każda chemia jest zła - o tym kiedy indziej, ale moja skóra bardzo nie lubi tego, co jest powszechnie dostępne w drogeriach), to wolę zainwestować ten pieniądz w coś, co da mi trochę zabawy. Czwartym - czytam składy. Nie wszystko jeszcze rozumiem, ale - tak tak - wciąż się uczę (stąd wniosek, że nie każda chemia jest zła), a to czego naumiałam się do tej pory przynosi efekty.
| Spirulina w wersji "w proszku". Zdjęcie ze strony http://natura24.pl/spirulina-premium-proszek.html |
Zasadniczo Zrób Sobie Krem podało świetną prostą wersję tej maseczki. Tam znajdziecie też urozmaicenie - można ją bowiem robić z owocami. Polecam zapoznać się bliżej (dostępna pod linkiem do bazy). Oto najprostsza na świecie receptura na maseczkę peel-off ze spiruliną. Bierzecie:
- dwie czubate łyżeczki deserowe bazy peel-off (nie żałujcie sobie, im więcej, tym lepiej),
- 1/3 - 1/2 łyżeczki spiruliny
- hydrolat / wodę mineralną niegazowaną
- Bazę peel-off i spirulinę mieszacie w miseczce (ja to robię metodą wstrząsową w opakowaniu po bazie - to pozwala spirulinie dobrze rozprowadzić się w bazie). Uwaga - obydwie substancje są mocno sproszkowane, więc ostrożnie z mieszaniem i otwieraniem opakowań. No i raczej lepiej tego nie wdychać xD
- Kiedy uznacie, że wszystko się dobrze wymieszało dolewacie hydrolat/wodę. Konsystencja nie powinna być ani za rzadka, ani za gęsta. Wybaczcie, nie jestem w stanie podać odpowiednich proporcji - robię to z reguły na wyczucie. Dowcip polega na tym, że jeśli dacie za dużo wody, maseczka będzie Wam spływać z twarzy. Jeśli będzie za gęsta - też ciężko będzie ją równomiernie nałożyć. Jedyna słuszna konsystencja, to taka, która Wam będzie odpowiadać - eksperyment wskazany!
- Tą samą łyżeczką nakładacie maziaję o pięknym, ciemnozielonym kolorze (do tej pory poznacie już moc spiruliny, która w stanie suchym wygląda tak - hy hy - niepozornie xD) na facjatę. Nie krępujcie się - im grubsza warstwa, tym lepiej, przyjemniej i zdecydowanie łatwiej ją ściągnąć. Będziecie mieć wrażenie lekkiego chłodzenia. W moim przypadku było też szczypanie, ale to może być wina przeterminowanego hydrolatu xD I tak i tak wszystko jest w porządku, bo z czasem sensacja mija. Efekt końcowy tego zabiegu będzie wyglądał mniej-więcej tak:
Jak widać na przykładzie powyższego - lepiej robić to w cichości ducha i zacisza domowego, ponieważ osoby o słabszym sercu mogą nie wytrzymać tego widoku xD
Klasyczny efekt "w-trakcie-maseczkowy" - Po 15-20 minutach maseczkę ściągamy. Jeśli jej konsystencja miała na etapie początkowym gęstość bardzo gęstej śmietany, to po kwadransie powinna być już ładne zastygnięta, co objawia się tym, że jej powierzchnia jest elastyczna, a przy macaniu palcami nie zostawia na tych palcach mokrych śladów. I tu jest czas na beautyporn -możecie rozkoszować się tym wspaniałym momentem, oglądać wnętrze zdjętych płatów "drugiej skóry" i przyglądać się jej fakturze. Mnie to jara. Jeśli zaś ktoś z Was czuje obrzydzenie do takich praktyk, to pomija część rozkoszowania się i po prostu ściąga maseczkę. Ja to robię odkładając płaty maski na papierowy ręcznik i resztki wywalam po prostu do kosza. Łatwo, czysto i przyjemnie - nie trzeba sprzątać. Magia peel-offa.
- Tam, gdzie warstwa maseczki była cieńsza, zrobi się jasnozielona skorupa. Nie warto walczyć ze skorupą (chyba, że kogoś to jara, wtedy warto). Ten etap wymaga pójścia do łazienki, nachylenia się nad umywalką po uprzednim odkręceniu ciepłej wody, nabrania wody w ręce i pomacania się po twarzy. Trzeba dać chwilę spirulinie, żeby zauważyła element nawilżenia. Po tym resztki znów nabiorą ciemnozielonego koloru i będą się zmywać jak marzenie.
I to by było na tyle. Bardzo lubię tę maseczkę, bo w efekcie:
- skóra jest cudnie nawilżona
- zostaje wrażenie napięcia, ale nie powierzchni skóry (jeśli ktoś ma atopową, jak ja, to wie, o czym mowa) tylko jakby całości
- wrażenie świeżości
- najfajniejsze jest to, że przy regularnym (ja to robiłam średnio co tydzień - jestem leniwa) stosowaniu pozbywacie się wągrów. Na pewno nie wszystkich, ale sporej części. Rzadko spotyka się tak mało inwazyjną metodę na to czortostwo.
Podsumowując wersja oszczędna jest naprawdę oszczędna i w moim przypadku się sprawdza.
Próbowałam kiedyś mieszanki baza peel-off, spirulina i laminaria, ale niestety chyba laminaria sprawiła, że konsystencja maseczki była ciut za mocno żelowa, mazała się i strasznie ciężko było ją opanować, więc laminaria wypadła z obiegu.
Próbowałam kiedyś mieszanki baza peel-off, spirulina i laminaria, ale niestety chyba laminaria sprawiła, że konsystencja maseczki była ciut za mocno żelowa, mazała się i strasznie ciężko było ją opanować, więc laminaria wypadła z obiegu.
Jako jedno z ostatnich, ale nie najmniej ważnych: tę nową wersję bloga dedykuję wspomnianej już Arsenic oraz Kunie Domowej - to dwa moje nieustające źródła inspiracji. Dziękuję, Dziewczyny, że nie ustawałyście w motywowaniu mnie :]
To tyle.
Kreślę się z radością
N.
P.S. - ma ktoś z Was pomysł na nową nazwę bloga? Obawiam się, że stara jest już trochę zdezaktualizowana...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz