poniedziałek, 24 października 2016

Nie umiem w mydło

Post ten latał mi po głowie już od sierpnia, kiedy to po raz pierwszy zetknęłam się z Mydlarnią Cztery Szpaki i postanowiłam podjąć mydlane ryzyko. Poprzerzucałam sobie stronę, pośliniłam się na - niestety, będące poza moim zasięgiem cenowym - peelingi, oceniłam swym laickim okiem składy i postanowiłam, że zainwestuję w trzypak - aż trzy mydła w niewielkiej promocji wyglądały wysoce zachęcająco. Spośród całego asortymentu wybrałam:
  • Super blend (o matko, jak ja się tym jarałam. Jak szczerbaty na suchary. Skład jest taki, że tam się naprawdę nic nie ma prawa wysypać.)
Zdjęcie z http://www.4szpaki.pl/wp-content/uploads/2016/08/superblend_03.jpg


Zdjęcie z http://www.4szpaki.pl/wp-content/uploads/2016/02/rozmaryn_01.jpg
  • mydło len i rumianek (tu powodowała mną ciekawość, opisywane jako Delikatna, łagodna, przyjemna kostka zachęciło mnie pod kątem mojej skóry twarzy, dla której szukałam delikatnego zmywaka. Szczególnie w przypadku usuwania makijażu. Chciałam produktu, który powoli mi się w pięciu ruchach pozbyć mojej radosnej natwarzowej tfurczości)

Zdjęcie z: http://www.4szpaki.pl/wp-content/uploads/2015/11/len_01.jpg
  • mój prywatny nr 1. Lepszy w opisie niż szanel namber fajw, a już na pewno bardziej pociągający w zapachu. Uwaga uwaga! Mydło do włosów! Ależ to był szał. Czekałam na to mydło, przebierając nogami - zwłaszcza, że zarówno skład jak i forma (FORMA!!! No kamon! Kto z Was widział mydło DO WŁOSÓW?! MYDŁO!!!) zachęcały.

Zdjęcie z: https://www.4szpaki.pl/wp-content/uploads/2016/05/do-wlosow_01.jpg
Oczywiście nie pokażę Wam zdjęć, ponieważ w ferworze przeprowadzek różne elementy zwyczajnie mi poginęły, ale trzypak z blendem przyszedł zapakowany w pudełko, solidnie zabezpieczone od wewnątrz i od zewnątrz. Ta prostota i funkcjonalność były cudne. Dominowała szarość papieru opakowań (recykling love. Ogromny plus za bio i organic w praktyce). W ramach bonusa dostałam mydełko węglowe. 

No i przyszło do próbowania.

  1. Blend - jak wspominałam, tu nie miało prawa coś nie wyjść. Po letnich szaleństwach moja skóra wołała o pomoc i dostała ją z nawiązką. Aplikuje się ten zestaw bajecznie, wchłania błyskawicznie, pozostawiając leciutko tłustą warstewkę (jeśli ktoś nie lubi, można zaaplikować sobie mniej, wtedy warstewka szybko się wchłania). Ma przyjemny, nienachalnie naturalny zapach (zakładam, że przyczyną jest masło kakaowe) i przed wszystkim jest wydajne. Nie trzeba stosować go wiele, żeby skóra była nawilżona i w dobrej kondycji. Opakowanie to metalowa puszeczka (parametry znajdziecie na stronie), również prosta i w tej prostocie urzekająca.
  2. Mydło len i rumianek - niestety, nie jest tak delikatne, jak się spodziewałam. Zmywać makijaż - zmywa, działać - działa, ale niestety, skórę na twarzy po regularnym używaniu miałam przesuszoną i ściągniętą. Przypuszczam, że idealnie nada się do rąk i do ciała.
  3. Mydło do włosów - produkt dostarczony - jak pozostałe mydła - w szarym papierze. Rzeczywiście wpuszczony jest w nie sznurek, idealnie nadaje się do zawieszenia w jakimś ciekawym miejscu. Po przeczytaniu opinii na stronie spodziewałam się wszystkiego, co najlepsze: (...) Mocno się pieni, co ułatwia mycie włosów, zapach ma delikatny a włosy po nim są nawilżone, łatwo się rozczesują i nie elektryzują. No to myjemy: włosy zwilżone, kilka pociągnięć mydłem i szorowanko. Fakt - doskonale się rozprowadza, świetnie się spienia, daje wrażenie łatwości mycia. Proces szorowanka powtórzyłam dwukrotnie, jak zawsze. Włosy po myciu były jakby pokryte lekką warstwą czegoś nieokreślonego, co jakby się lepiło. Nigdy nie myłam włosów płynem do mycia naczyń, ale tak wyobrażam sobie efekt. Wzruszyłam mentalnie ramionami i nałożyłam standardowo odżywkę. Spłukałam. Włosy były ciężkie i klejące. Uznałam, że to wina odżywki, postanowiłam poczekać, aż wyschną. Oczywiście dołożyłam jeszcze olej, żeby się dobrze rozczesywały. Cóż... Po wyschnięciu włosy nadal były lepiące i w strąkach. No to dzień później kolejne pranie, tym razem minus odżywka. Niestety - efekt był ten sam, choć włosy były nieco lżejsze jakby, ale nadal lepiące. No to jeszcze raz - minus olej. Samo mydło. Uprałam włosy, spłukałam czując już, że nadal się kleją. Kiedy wyschły i wrażenie nie zmieniło się ani o jotę, postanowiłam - ze łzami frustracji w oczach - umyć je tym, co stosowałam przed mydłem. Wiecie... minęło już parę tygodni od tego czasu, a ja nadal nie wiem, co poszło nie tak. Najprawdopodobniej to, że nie umiem w mydło. Bo nie wiem, co jeszcze. Solennie spłukiwałam włosy po umyciu, zaprzestałam w końcu stosowania odżywek i nawet oleju, i niestety, nie mogę powiedzieć, żeby po myciu moje włosy były nawilżone czy łatworozczesujące się. No na pewno się nie elektryzowały, to fakt.

Podsumowując:  mydła spoko, choć bez szału, mydło do włosów to świetny pomysł, ale nie dla mnie, za to blend kocham pasjami.

Nie wiem, czy ktoś z Was miał przyjemność z mydłem do włosów? Jakie macie wrażenia / przemyślenia / wyniki? Może coś zrobiłam nie tak - bardzo chciałabym się dowiedzieć, bo mydło nadal mam, a szkoda je wyrzucać.

To w sumie na tyle - jeśli macie pytania, wnioski, spostrzeżenia, chętnie wezmę na klatę.
Zdrówka!
N.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz