Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mojaujmujacahistoria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mojaujmujacahistoria. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 maja 2017

W kwestii zrozumienia.


Wchodzę do apteki
- Dzień dobry
- Dzień dobry
- Czy znajdę u Państwa szampon przeciwłupieżowy bez sls? 
Pani magister podchodzi do półki z szamponami pewnej marki (w gablotce obok cała wystawa specjalistycznych szamponów przeciwłupieżowych), przegląda, po czym podaje jeden z nich.
- Proszę. I nie ma sls.
Biorę szampon do ręki, patrzę w INCI, a tam: aqua, sodium laureth sulfate.
Kurtyna.

sobota, 11 marca 2017

Flos-Lek i Selfie Effect Technology

Nie wiem, jak Wy, ale ja firmę Flos-Lek kojarzyłam głównie ze znakomitych kosmetyków pod oczy. Ucieszyłam się więc, kiedy w grudniu zostałam wylosowana do wzięcia udziału w zespołowym testowaniu nowego produktu tej firmy - otrzymałam zestaw zawierający PEARLS Serum rozświetlające oraz BASE Bazę wygładzającą pod makijaż. Akcję koordynował portal Face&Look,


Pierwsze wrażenie
Na ładnym opakowaniu tekturowym, owiniętym folią, widnieją napisy w języku polskim i angielskim, które wywołały mój pusty śmiech. Ale tylko przez chwilę. Zawartość pudełek jest już bowiem bardziej ascetyczna, co zdecydowanie mocniej do mnie przemawia.


Serum perłowe wygląda po prostu prześlicznie - przezroczyste opakowanie z pompką, ze złotymi akcentami i lśniącymi zachęcająco perełkami w przezroczystej zawiesinie. Gdybym zobaczyła je na półce w drogerii, zatrzymałabym się, żeby chociaż przez chwilę popatrzeć.
Baza nie jest już może do tego stopnia zachęcająca wizualnie, ale nadal robi robotę - biała tubka zakończona poręcznie wydłużonym dzióbkiem, który zapobiega rozprzestrzenianiu się produktu po każdej możliwej płaskiej powierzchni (co poniektórzy producenci fluidów na przykład powinni zastanowić się nad tym rozwiązaniem xD). Utrzymana w podobnej do pereł stylistyce - miłe dla oka złoto.
Drugie wrażenie
Perły - jedna pompka produktu w zupełności wystarcza na całą twarz. Serum jest bardzo przyjemne w dotyku, zawiera złote drobinki, więc lekko się mieni - choć po rozprowadzeniu na twarzy praktycznie tego nie widać (chyba, że przyglądać się sobie bardzo uważnie i w świetle słonecznym xD). Zda się, że puch wklepujesz, a nie produkt o żelowej konsystencji. Wchłania się szybko, pozostawiając na skórze bardzo przyjemny efekt wygładzenia.


Baza - tutaj też niewiele produktu potrzeba do szczęścia. Stosowany po serum rozprowadza się i wchłania błyskawicznie, nie ściąga mojej skóry (co z reguły robią bazy). Wszelkie używane z nim  podkłady, kremy bb czy cc współpracowały bardzo dobrze. Co ciekawe - potrzebowałam dużo mniej podkładu, żeby rozprowadził się w sposób mnie satysfakcjonujący. (Do tej pory osiągnęłam taki efekt przy pomocy innej bazy, która kosztuje miliony monet, ale warta jest tych pieniędzy.)

Skład
W tym konkretnym przypadku grał drugorzędną rolę - zostałam wylosowana przez osobę, do której mam bardzo duże zaufanie jeśli chodzi o bezpieczeństwo stosowanych produktów. I nie pomyliłam się :] Jak już wspominałam - nic złego się nie dzieje nawet cerze tak wymagającej i delikatnej jak moja.

Podsumowanie
Po kilku tygodniach stosowania stwierdzam, że jest to naprawdę dobry produkt w przyzwoitej cenie. Cieszy mnie, że nie robi mi krzywdy w skórę twarzy, nie przesusza jej, a zostawia w naprawdę całkiem spoko kondycji - to jest dla mnie spore zaskoczenie.

Jest tylko jeden mały minus - polsko-angielski misz-masz na opakowaniu. Trend, którego nie jestem w stanie ogarnąć rozumem. Znam osoby, które są z pokolenia naszych rodziców, które z chęcią sięgnęłyby po ten produkt, ale nie zrozumieją haseł w stylu "anti-pollution", "selfie-effect" itd. Może jestem umysłowo z innej epoki, ale polskie hasła w zupełności wystarczą.

sobota, 17 grudnia 2016

Amla i eclipta w masce na włosy oraz: do odważnych świat należy, czyli dlaczego nie używam brahmi

Jakiś czas temu obiecałam, że sprzedam uproszczoną wersję maski na łepetynę, którą - w opcji "na bogato" robiła jakiś czas temu Arsenic. Tutaj znajdziecie link do niej. W opisie Arsenic możecie również przeczytać szczegółowe informacje na temat tego, czym są amla, eclipta i brahmi, a także shikakai czy ekstrakt z korzeni pokrzywy. Mówiąc krótko - są to super zioła, zawierające substancje, które skóra i włosy uwielbiają.

Bardzo chciałabym uzyskać efekt silnych i błyszczących włosów, które - jak każdy element mnie - bywają kapryśne. Nie podoba im się np. farbowanie henną, ale już farby z cyklu "bio" kochają pasjami (a farbować się muszę, bo mi niestety szybko łeb siwieje). Ostatnio okazało się, że psikacz z silikonem, na który kiedyś reagowały obciążeniem, teraz robi im bardzo dobrze.

Postanowiłam, że będę dbać o nie bardziej niż dotychczas. Na początek warto było sięgnąć po coś sprawdzonego. W Mazidłach zamówiłam amlę, brahmi i ecliptę - uznawszy, że taka mieszanka w zupełności wystarczy.

Przepis testowałam w dwóch wersjach: z wodą i z odżywką. W obu przypadkach działania są podobne. Zależało mi na tym, żeby włosy już od początku miały dobrze, dlatego - zgodnie z poradą Oli - postanowiłam wcierać maskę w skórę głowy. Przepis wygląda następująco:
  • Łyżkę stołową brahmi, łyżkę stołową eclipty oraz pół łyżki amli należy wymieszać w jakieś miseczce, której Wam nie szkoda. (Generalnie wszystkie te zioła mają delikatne właściwości koloryzujące. Nie na trwałe, ale lepiej uniknąć niepotrzebnych ataków paniki;) Na sucho z łatwością się połączą w jednolity proszek.
  • dolewacie wodę albo dodajecie odżywkę do włosów wybranej firmy. Dobrze żeby maseczka miała finalnie dosyć rzadką konsystencję. Zioła dosyć szybko chłoną wilgoć, więc z luźnej maska może się szybko zamienić w zwartą, a wersja z odżywką będzie wymagać sporej jej ilości. Natomiast wersja z odżywką wygrywa pod względem aplikacji: zioła się nie osypują i jest ją zdecydowanie łatwiej opanować w związku z tym.

  • aplikujecie maskę na włosy/skórę głowy. Warto robić to w ręczniku na ramionach i najlepiej nad wanną - osypująca się maska będzie w ten sposób do opanowania ;) Ja wcieram w skórę głowy i to, co mi zostanie, aplikuję na końcówki włosów. Po położeniu maski warto owinąć włosy folą spożywczą i ręcznikiem. Potem przez godzinę i więcej relaksujemy się i pozwalamy działać substancjom aktywnym :D (to ten najprzyjemniejszy moment).
  • Na koniec należy zmyć maskę. Najpierw ciepłą wodą, a potem dwukrotnie szamponem. Ja już na tym etapie czuję różnicę: włosy są gładziutkie, miękkie. Na koniec kładę jeszcze ulubioną odżywkę i jestem zadowolonym człowiekiem.
W normalnych przypadkach włosy powinny być sypkie, moje po kilku aplikacjach odrobinę ściemniały, zdecydowanie rzadziej się przetłuszczają.
Tak właśnie było 4 razy: kładłam maskę, zostawiałam ją na kilka godzin, zmywałam, happy go lucky i tak dalej. Ale po 4 razie coś się skrzaczyło. Konkursowo. Skóra na mojej głowie zafundowała mi taką reakcję alergiczną, jakiej w życiu jeszcze nie doświadczyłam. Skończyło się na wizycie u lekarza, leku odczulającym i kilku dniach nieszczęścia. Ale wyszłam z tego doświadczenia mądrzejsza.

Pamiętacie, jak przed każdym farbowaniem producenci każą sprawdzać reakcję na próbkę farby - czy przypadkiem nie wyjdzie jakieś uczulenie? No cóż - to mądra rada. Kiedy już bowiem nabrałam odwagi, zmotywowałam się efektami na włosach oraz wydanymi pieniędzmi, postanowiłam zrobić taki test skórny. W zgięcie łokcia nałożyłam każde zioło, rozrobione z wodą, z osobna. Potrzymałam pod folią godzinę... dum dum dum... okazało się, że za moje tygodniowe cierpienie dumy i ciała odpowiadało... brahmi. 

Dzięki temu nauczyłam się, że jednak warto sprawdzać organoleptycznie nowości, zioła, farby, jeszcze przed ich zastosowaniem właściwym. Z mojej maski wypadło brahmi, ale amla i eclipta nadal robią robotę.

To tyle :)
Pozdrawiam przedświątecznie!

niedziela, 13 listopada 2016

Kosmetyki na miarę szyte

Szyte albo kręcone, jak kto woli.

Dzisiaj zrobiłam trzy zestawy kosmetyków do pielęgnacji zamówionych w Kolorówce.com.

Chyba należy zacząć od odpowiedzi na pytanie, dlaczego taki wybór? Dlaczego kosmetyki ze sklepu internetowego, a nie z drogerii?

Odpowiedź jest prosta: bo taki, a nie inny rodzaj cery.
Ze skórą miałam problemy od kiedy pamiętam. Jako dziecko byłam dumnym posiadaczem skazy białkowej, w okresie dojrzewania skóra na czole zaczęła mi się łuszczyć tak niespodziewanie i intensywnie, że aż się przestraszyłam czy nie mam łuszczycy. Wizyty - długie i męczące - u dermatologa nic nie dawały. Diagnoza brzmiała, że jest uczulenie, ale nie wiadomo na co. Skutecznie zniechęciło mnie to do wizyt u lekarzy. Działały leki, które lekarze przepisywali na łagodzenie objawów skórnych - zaczerwienienia i łuszczenie się. Tyle.
Gdy byłam już kobietą pracującą, pewnej wiosny miałam tak silny atak (czerwone, łuszczące się placki na twarzy) rzeczonej "alergii", że złamałam się i poszłam do dermatologa. Pani dermatolog popatrzyła, pokiwała głową i orzekła "skóra atopowa". To genetyczne, to nie alergia, tego się nie da wyleczyć, można tylko łagodzić.
Aha.
No to łagodziłam. Najpierw drogie w *piiiip* kremy apteczne. W międzyczasie lektura internetów. Potem eksperymenty drogeryjne (tu należy wspomnieć o światłej serii AA - kosmetyków przeznaczonych rzekomo do cery wrażliwej, skłonnej do podrażnień, alergicznej - po żadnym kremie/maseczce nie miałam tak silnej reakcji jak po tym g***wnie. Jakby mi ktoś twarz żywym ogniem palił) - na tym etapie wiedziałam już, że muszę skórę mocno nawilżać. Szukałam zatem nawilżających. Metodą prób i błędów doszłam do punktu, w którym okazało się, że im mniej "wyrafinowany" skład, tym lepiej moja skóra reaguje. 
I tu zaczęła się przygoda z czytaniem składów oraz kosmetykami tzw. "naturalnymi". Making long story short - stanęło na Alterrach (z drogeryjnych), ale tak na dobre dopiero przy Sylveco poczułam, że moja skóra odżywa.
Tak się jednak składa, że wokół mnie są ludzie, którzy interesują się tematami pielęgnacyjno-kosmetycznymi. Właściwie przy każdej wizycie u przyjaciół trafiałam na jakiś ciekawy kosmetyk "własnej roboty". A to krem a to tonik. Tu serum tu odżywka. Zawsze patrzyłam na to z lekkim podziwem - jedyne, co - wydawało mi się - umiałam ukręcić, to koczek na włosach. A i to nie zawsze xD Zniechęcał mnie brak umiejętności. Zachęcał natomiast wynik działań - nawilżona skóra, odżywione włosy. O tak!
Zestawy zapakowane w praktyczne worki strunowe. Opisane, nic tylko mieszać!

I w końcu pękłam. 
Dzisiaj wykonałam z rozpędu trzy kosmetyki. Czy było trudno? Nie. Całość zajęła mi 45 min., z przeglądaniem fejsa w międzyczasie.

Dlaczego to polecam?
  • bo widzisz skład. Możesz przeczytać, co tam jest, jak to działa i czemu dobrze;
  • bo nie trzepie po kieszeni jak kremy drogeryjne;
  • bo jak sobie wymieszasz taki tonik, albo serum dwufazowe i się przy tym pobawisz w małego alchemika, to poprawi Ci się humor i dojdziesz do wniosku, że coś umiesz;
  • bo to proste. I satysfakcjonujące.
A tutaj zabawa w małego alchemika. Dwa zestawy złożone, trzeci w trakcie.
Z mojej perspektywy ta odrobina wysiłku to tylko motywacja do pójścia dalej. Zachęcam Was do eksperymentowania. Stay tuned!
N.
PS - możecie znaleźć coś dla siebie również na Zrób Sobie Krem. Ja tam już zaglądam w poszukiwaniu fajnych kosmetyków.