poniedziałek, 12 czerwca 2017

Uberkosmetyki czyli jak niewiele potrzeba, by zrobić dobrze

Zaczynałam ten wpis trzy razy i mam nadzieję, że tym razem się uda*.

Uberkosmetyki to takie produkty do pielęgnacji, które posiada każdy z nas. To taki "evergreen", nigdy nienudząca się, zawsze potrzebna rzecz. Działają skutecznie i można na nich polegać w każdej sytuacji.

Po tej krótkiej definicji wiecie już na pewno, który z produktów stojących na Waszych półkach zasługuje na to miano.

W moim przypadku na to miano zasługują aż trzy! ;D


Tego pana nie muszę chyba przedstawiać. Szturmem podbił moje serce (jeszcze zanim było to modne ;D). W pewien szary, jesienny dzień Przyjaciółka mówi do mnie "Zobacz! Mam coś takiego! Bierzesz, masujesz nim twarz przez 5 minut i już!" To wystarczyło, żeby mnie przekonać, bowiem Ela nie myli się w kwestii skutecznych kosmetyków do pielęgnacji. I to był ten moment - miłość od pierwszego wejrzenia.

Jeśli chodzi o opakowanie, to na kartonikowym pudełeczku z charakterystycznym dla Sylveco roślinnym motywem, znajdziecie dokładny skład INCI, z którego wynika, że jest to peeling na bazie olejów (!!!) - i to nie byle jakich, poznacie również sposób jego użycia oraz gramaturę, itd. Z tego pudełeczka wyskakuje... wyjmiecie plastikowy słoiczek o pomarańczowej zawartości enzymatycznego masełka. Zapach jest dosyć charakterystyczny, nie każdemu będzie odpowiadać mieszanka cytrusowo-owocowa, ale mnie akurat nie przeszkadza.


Peeling ma ciekawą konsystencję, która nie będzie obca osobom używającym produktów z masłem shea, choć tutaj efekt jest nieco bardziej zwarty. Po nałożeniu kosmetyku na zwilżone wodą oblicze oraz przyległości rozpoczyna się ta część, kiedy należy po prostu odłożyć wszystkie negatywne myśli na bok, skupić się na chwili i masowaniu rzeczonego oblicza z przyległościami. Czynność będzie niezwykle przyjemna, jako i bardzo przyjemną, śliską konsystencję zyskuje też peeling pod wpływem wody. Kiedy zacznie tracić swe śliskie właściwości wystarczy ponownie zwilżyć dłonie i emulsja wróci do wtórnej formy. Masowanie powinno trwać 3-5 minut. Producent uprzedza, że twarz może lekko piec pod wpływem enzymów, ale mnie ta część ominęła.

Efekty? Skóra jest wygładzona, nawilżona i promienna. Im bardziej była sponiewierana przed zastosowaniem, tym lepiej widać rezultat. No wow, po prostu WOW. 


Używam go regularnie raz w tygodniu od kilku miesięcy i za każdym razem zachwyca mnie jego wszechstronność oraz fakt, że nawilżenie skóry utrzymuje się nawet do kilku dni. Byłam po tygodniu z antybiotykiem oraz generalnymi przejściami zdrowotnymi gorączka including, z których dopiero co wychodziłam. Stan mojej skóry twarzy wołał o pomstę do nieba - ziemista cera, cienie pod oczami, przesuszona. Dosłownie zombie mode on. Autentycznie gapiłam się w lustro, po prysznicu z udziałem peelingu, z tęgim niedowierzaniem. Kosmos. Świetlista cera, nawilżona, no okaz zdrowia.

Jeśli jeszcze go nie znacie, to poznajcie - nie miałam nigdy bardziej wszechstronnego kosmetyku - peeling, olejek do masażu, masełko oczyszczające i krem nawilżający w jednym. I jest wydajny! Daję 11/10 oraz shut up and take my money!


Przez kilka miesięcy szukałam, rozważałam, zastanawiałam się: jaki produkt sprawdzi się dobrze w przypadku moich włosów. Pisałam o rewelacyjnej, poprawiającej kondycję włosów/skóry głowy, masce z amli i eclipty, do której zapewne wkrótce powrócę, ALE - potrzebowałam czegoś zdecydowanie bardziej instant - do odżywienia i nawilżenia na bieżąco, po każdym praniu. Szukałam, próbowałam. Nic. W końcu trafiłam na opis bohaterki tego punktu, zaczęłam czytać opinie, okazało się, że są z reguły pozytywne. Ryzyk-fizyk, zamówiłam. Od razu dwa opakowania, oraz spray na porost włosów. Jak szaleć to szaleć.

Jeśli chodzi o opakowanie, to jest jak widać. Znaczy - Pervoe Reshenie pełną gębą, z mojej perspektywy szału nie ma. Jeśli ktoś jest zatwardziałym estetą, to nie kupi. Na opakowaniu wszystkie niezbędne informacje wraz z INCI. Po odkręceniu wieczka okazuje się, że zawartość chroniona jest dodatkowo plastikowym zabezpieczeniem, które trzyma maskę w szachu.



Konsystencją kosmetyk przypomina jogurt, taki niezbyt gęsty. Wielokrotnie to właśnie konsystencja przewijała się w charakterze największego minusa tego kosmetyku. No cóż... co jednemu przeszkadza, drugiemu niekoniecznie. W przypadku moich dziwnych włosów bowiem "lejąca" konsystencja okazała się jedynym, co było w stanie przebić się przez zwartą gęstwę mokrych pasm i dało wmasować się w skórę głowy - bo przecież o to w tej masce chodzi. Dzięki temu zresztą jest ona wydajna - wcale nie trzeba kłaść dużo, żeby dopieszczone były włosy na całej długości wraz ze skalpem. Zapach jest tak delikatny, że prawie go nie ma - ginie pod warstwą róży z szamponu.



Cuda zaczynają się jednak po zmyciu kosmetyku. Po pierwszym użyciu zbierałam szczękę z podłogi. Znacie zapewne ten efekt towarzyszący pozbywaniu się odżywek/masek ze skóry głowy - zmywasz zmywasz zmywaaaasz, rachunek za wodę rośnie z każdą sekundą, a skalp nadal jest niespłukany. Włosy wysychają, a Tobie towarzyszy wrażenie niedomycia. Story of my life. Ale nie w tym przypadku. Fakt, włosy są śliskie, ale nie mam tej dziwnej konsystencji pod palcami podczas spłukiwania. A po wyschnięciu... "Stosowana regularnie sprawia, że włosy łatwiej się rozczesują, są miękkie, szybciej rosną, są zdrowe, silne i elastyczne. Widocznie poprawia ich strukturę i wygląd." Gdzieś podczas czytania opinii natknęłam się też na informację, że unosi lekko włosy od nasady - i dokładnie tak się dzieje, co doskonale widać w przypadku licznych baby hair, które sterczą sobie radośnie. Szał ciał i uprzęży, stosuję drugi miesiąc, jestem w połowie wielkiego opakowania i nie mam dosyć.



Z cyklu "przyjemne z pożytecznym". Przyjemne - bo można zabawić się w małego alchemika składając sobie to serum "tymi ręcami", a pożyteczne, bo cera po nim promienieje.

W skład zestawu - zgodnie z opisem producenta - wchodzą: 
  • hydrolat z kwiatów pomarańczy gorzkiej NEROLI - 11,5 g
  • żel hialuronowy 1% – 13 g
  • SAP - Witamina C – 2 g
  • hydromanil – 1 g
  • kompozycja witaminowa All-in-on – 0,3 g
  • kwas mlekowy – 0,13 g
  • ekstrakt na rozszerzone i pękające naczynia krwionośne - 2,1
  • konserwant
  • buteleczka z aplikatorem - 1 szt.
  • nalepka na gotowy kosmetyk – 1 szt.
I jak już dostajecie w łapki ten Zestaw Małego Alchemika i złożycie go zgodnie z instrukcją, dostajecie produkt bezwonny, który po nałożeniu na twarz wchłania się dosyć szybko, przez chwilę klejąc się lekko - ta cecha nie każdemu może odpowiadać. Po nałożeniu np. kremu nawilżającego efekt klejenia mija. Skóra jest bardziej elastyczna, rozświetlona i ujędrniona. Zmniejsza się także widoczność tych utrapionych naczynek. Wieczorem spryskuję twarz tonikiem z kwasami PHA i na tak przygotowaną skórę kładę serum. Jeśli o mnie chodzi - oprócz błękitnego nieba nic mi więcej nie potrzeba ;)




Tak oto dobrnęłam do końca tego wpisu przy zdumionych okrzykach M. "JESZCZE piszesz??? Chcesz to wydać w formie książkowej???" 

Macie takie uberkosmetyki? Jakiś produkt do pielęgnacji trzyma się Was od lat?

Tymczasem borem lasem pozdrawiam już prawie letnio!

N. 

* bez plucia jadem

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz