Z pewnym zaskoczeniem skonstatowałam dzisiaj, że grono moich fanów z poprzedniego tygodnia obejmuje głównie Irlandię. Moje zdumienie nie ma granic (tu następuje chwila ciszy na wybrzmienie ironii).
Wiosna w pełni, "The Avengers" za mną, ku mojemu nieutulonemu żalowi (choć wciąż poważnie rozważam, czy nie pójść raz jeszcze), przede mną "Dark Shadows", "MiB", "Snow White and Huntsman" czyli czerwiec na wypasie filmowym. Zaraz potem na równym wypasie "Prometheus", Merida, ostatni Batman, i "Bourne Legacy" (to ostatnie kręci mnie wyjątkowo, bo jestem naprawdę ciekawa, czy utrzymają poziom poprzednich części). Czyli do sierpnia będzie co robić w kinie. Tylko skąd wziąć czas?
Bo to, co powyżej, to tylko wierzchołek góry lodowej. Oprócz tego ludzie, Projekt, wakacje, spacery, ME2, KOTOR2, BSG, książki... I niestety, nie da się zrobić tego wszystkiego naraz.
Nie, nie zabija mnie to... ale też nie wzmacnia.
Nie wiem, kto ukuł to tytułowe stwierdzenie, ale rzadko ma ono zastosowanie w rzeczywistości, szczególnie w niektórych przypadkach.
Zazwyczaj co cię nie zabije, to zostawi w stanie sponiewierania. Niewiele lepsza ta perspektywa.
Ale, żeby nie kończyć tak mało optymistycznie, to niech zostanie stwierdzone, że dziś piątek wieczór, jutro sobota, czyli weekend w pełni. Oby wzmocnił.
bo zazwyczaj wygląda to ta, że co Cię nie zabije, to Cię złamie i zniszczy psychicznie. Sad.
OdpowiedzUsuńZdaje się, że napisałam coś o podobnym wydźwięku ;)
Usuń