Bo jak inaczej nazwać gapienie się w monitor przez osiem godzin z niewielkimi przerwami? No jak?
Nie wiem, czy to było w pogodzie (szarej i mokrej tym rodzajem wilgoci, który osiada nijaką mgiełką na włosach i ubraniu oraz wietrznej tym rodzajem wiatru, który przewiewa na wskroś), w nieudanym poranku, czy może w wyniku uatrakcyjnionego weekendu. Dość, że nie byłam w stanie zabrać się dzisiaj do czegoś bardziej konstruktywnego niż tworzenie chaosu oraz tępe wpatrywanie się w narastające rzędy cyfr i liter, które z każdą mijającą godziną znaczyły coraz mniej.
Właśnie dlatego nie znoszę przedwiośnia. Przez stan ogarniającego otępienia, które powinno przecież przechodzić błyskawicznie pod wpływem ciepła, zapachu ziemi i perspektywy ciepłej wiosny. Nic z tego. Tymczasem uszy w ramach rozrywki zafundowały mi lekką głuchotę.
"Niebo ze stali" wchłonięte. Teraz robię powtórkę z całości w tzw. międzyczasie (którego nie ma, nawet jeśli Miodek twierdzi, że jest). W tym tygodniu jest łatwo robić cokolwiek, w przeciwieństwie do tych tygodni, kiedy robi się coś. Wtedy jest zdecydowanie trudniej znaleźć czas na cokolwiek.
W czymkolwiek mieści się obejrzenie "Kapitana Ameryki" i stada zapowiedzi na lato 2012. Więc może oddam się czemukolwiek całkowicie i pójdę pomalować paznokcie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz