poniedziałek, 5 września 2011

Quis custodiet ipsos custodes?

Popełniłam duży błąd. Obejrzałam (a w zasadzie zmęczyłam - przez 4 godziny) "Watchmen". Obejrzałam w mało sprzyjającym momencie zarówno życiowym, jak i nastrojowym. Co gorsza, w żadnym razie nie mogę powiedzieć, że film był zły. Bo nie był. Efekty specjalne były spoko, nieprzesadzone. Wątek główny został podany bardzo interesująco. Galeria bohaterów była wysoce zróżnicowana. ... A - mimo tych wszystkich niewątpliwych zalet - film nie przypadł mi do gustu i z pewnością nie będę do niego wracać. Nastrój, w którym mnie pozostawił określiłabym mianem "wewnętrznego BLEH". Ogólnie jestem bardzo na nie. Ale - jeśli lubicie relatywizm, dekadencję, marazm i niepokój - polecam.

Kaidankai wyszło zaskakująco dobrze. Zdumiewające, jak wiele taka mała rzecz wymagała pracy i energii, ale - zdecydowanie - warto było.

Patrzę na ten wrzesień, patrzę... i robi mi się smutno, że nie mam własnego aparatu. Przecież to światło, które teraz rozlewa się między budynkami, drzewami, po całym kraju, jest jedyne i niepowtarzalne. To trochę tak, jakby mieć złotą godzinę przez pół dnia. W mojej głowie powstają kadry, oczy łapią światło, ale to wciąż za mało. (Chyba też - śladem moich przyjaciół - powinnam stworzyć sobie chciwą listę życzeń... A potem zostać multimilionerką.)

Dojrzałam do pewnej decyzji, od której - do tej pory - skutecznie uciekałam. Dalej się nie da. Tylko... quis qustodiet ipsos custodes? Skoro ja pilnuję swojego serca... to kto pilnuje mnie?

2 komentarze:

  1. Oglądając Watchmen miałam ochote połowę bohaterów kopnąc w cztery litery coby nabrali rozpędu, a drugą połowę wysłać na Marsa.
    A tak moim ulubieńcem został kot Ozymandiasa :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie po prostu macki opadły.
    A kot Ozymandiasa była piękna. I chyba najbardziej było mi jej szkoda. :)

    OdpowiedzUsuń