poniedziałek, 12 września 2011

Najpiękniejszy prezent

Dowiedziałam się w sobotę przez przypadek, że jednak ni-e, nie mogę pisać na swoim blogu z mojego malutkiego, głupiutkiego telefonu. Trudno.

Historia weekendowa rozpoczęła się totalną niespodzianką. No dobrze, może nie tak totalną pod kątem swej niespodziankowatości, ale bez wątpienia totalną pod względem rozmachu. Piątek nie miał być w jakikolwiek sposób wyjątkowy, prócz tego, że E. miała wpaść do mnie i Kot wieczorem na babskie pogaduchy, a na koniec miał dołączyć wracający po nocy z pracy M. Skończyło się na tym, że większą część popołudnia spędziłam sam na sam z Clarksonem, które to popołudnie niepostrzeżenie stało się wczesnym wieczorem. Kot w międzyczasie zadzwoniła, że ona będzie... po osiemnastej. To samo uczyniła E. (rzekomo) niezależnie.
No to czekałam.
I się doczekałam.
Od progu zostałam zakrzyczana i przetransportowana do kuchni, z której - chwilę później - zostałam wyekspediowana do pokoju, podczas gdy Kot i E. w sposób oczywisty uprawiały kombinacje w salonie. Z kuchni brzmiało to tak, jakby zmagały się z jakimś problemem natury technicznej. Mogłam tylko tonąć w domysłach w obliczu kategorycznego zakazu zbliżania się choćby do drzwi. Zdążyłam przeczytać dwa felietony, zrobić herbatę i posprzątać część burdelu panującego w moim pokoju, kiedy dostałam zezwolenie na wyjście. Przywitało mnie "Everything" Michaela Buble oraz gromkie "Sto lat" odśpiewane na dwa głosy. Dwa do momentu, w którym nagle zagięła mi się rzeczywistość, bo usłyszałam głos M., który po chwili wyszedł z szerokim uśmiechem zza drzwi. Niespodzianka przybrała na mocy. Były uściski, życzenia i ogólna radość oraz moje niegasnące oszołomienie.
Prezenty czekały na mnie w gigantycznym pudle, które dziewczęta składały pieczołowicie po wygonieniu mnie z salonu. M. natomiast teleportował się z pracy prosto do nas. Tak brzmi oficjalna wersja, mam przyjemność ją powtórzyć :D
Nie będę się chwalić, jak ogromną wrażliwością wykazali się moi przyjaciele, jak wielką niespodzianką był otrzymany prezent made by M.&R., ani tym, że włożyli w to wszystko ogromną porcję wysiłku. Zdradzę tylko, że wszystko odbyło się w klimatach lawendowych.

Konkluzja jest następująca: najpiękniejszym prezentem, jaki mogłam otrzymać, są moi Przyjaciele.
Oficjalnie możecie mi zazdrościć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz