Wczoraj obejrzałam pierwszą część Bourne'a (w zasadzie to on miał sporo... ciekawych... części), to znaczy tę o jego tożsamości. Nie ukrywam, że popadłam w zachwyt. Zdecydowanie mniej w kierunku aktorstwa, a zdecydowanie mocno w kierunku scenariusza i jego wykonania. Tożsamość Bourne'a jest albowiem sztandarowym przykładem, że można stworzyć film oparty na dobrej fabule, a nie na efektach specjalnych. Byłam zdumiona ciężkawą atmosferą filmu oraz przepychem muzyki, która totalnie mnie oczarowała. Brawo, panie Powell.
Oczywiście w ramach sprzężenia zwrotnego miałam dzisiaj sny o męskich mężczyznach w klimatach przygodowych. Nie ukrywam, że podobało mi się ;)
Dzisiaj mam w planach całkowity reset w postaci koncertu muzyki bretońskiej oraz niewielkie zakupy. Muzykę bretońską będą prezentować dwaj panowie, z zespołu, który oczarował mnie od pierwszego usłyszenia. Nazywa się zespół Ampouailh, co podobno przekłada się jako "źli chłopcy". Ich muzyka posiada lekkość i płynność, które niosą nogi do tańca, serce do radości, a duszę ponad obłoki.
A w sobotę przedstawienie i niech już mam to za sobą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz