Wrzesień podjął próbę udowodnienia, że wciąż jeszcze panuje astronomiczne lato. Wprawdzie pomykam w półbutach, a nie w sandałkach, ale ale - dzisiaj rano słoneczko grzało wcale niezgorzej. Rzekłabym, że lepiej nawet, niż w sierpniu (o paradoksie). Żeby jednak nie było za wesoło, na horyzoncie wykwitają gigantyczne chmury koloru granatowego. A tak liczyłam na to cudowne światło... No nic. Fotki i tak wyjdą.
Wczoraj czekała mnie przemiła niespodzianka, w postaci Friend, która - w pogardzie mając tnące szpony mrozu i słoń... eee... to chyba nie ta bajka... więc w pogardzie mając obowiązek, postanowiła nas nawiedzić, ku mej wielkiej radości. Pośmiałyśmy się, pogadałyśmy o tym i owym (lakiery do paznokci, Justin Timbarlake, Watchmeni, David Bowie, Lady Gaga, etc.) i - co najważniejsze - pobyłyśmy ze sobą. Było cool. Jak zawsze zresztą w tym gronie.
Potem obejrzałam kolejną część Bourne'a (brzmi to kretyńsko, wiem) "Bourne Supremacy", która jest naprawdę niezłym kawałkiem kina szpiegowskiego. Może mniej było świeżości, bo jednak bohaterów już znamy, ogólną koncepcję również, nie zmienia to jednak faktu, że kilka razy poczułam coś na kształt zaskoczenia. A kawałek pod end credits zaczyna chodzić za mną. Bardzo namiętnie.
I jeszcze z muzycznej czapki. Wciąż trzymając się klimatów bourne'owskich coś, co udowadnia, że w mam silne ciągoty w stronę filmowych kawałków elektro.
Over and out.
A ja jednak chcę wierzyć, że there is a way back. :) To tak na marginesie. :)
OdpowiedzUsuńOd każdej reguły są wyjątki ;)
OdpowiedzUsuń