Oj, minęło trochę czasu. Naprawdę chciałabym prowadzić blog z jakąś ludzką częstotliwością, ale chyba nie jest mi pisane.
Pogoda za oknem przyprawia o gęsią skórkę. Dosłownie. Na szczęście jest też kilka rzeczy, które potrafią wyprzeć niepogodę z serca i z ducha, ocieplając atmosferę, nadając jej błyski słońca na falach oceanu na przykład.
Moja faza dramowa ma się dobrze. To znaczy... nie mogę jej nazwać dosłownie "fazą" - to coś przelotnego, ale kiedy już się pojawia, trwa zazwyczaj do ostatniego odcinka. Skończyłyśmy z Friend wczoraj dosłownie starą, japońską dramę "Beach Boys". Było to przemiłe doświadczenie - trochę do śmiechu, trochę do płaczu, na szczęście jednak pozostawiające bez wątpienia tą swoistą pogodę ducha, która utrzymuje się, nie znika.
Podczytuję sobie, do pełni szczęścia, Wegnera "Opowieści z meekhańskiego pogranicza". Jest to bez dwóch zdań lektura dobra, zachęcająca do sięgnięcia po kolejny tom. Przy okazji czytania zresztą, zrodziła mi się refleksja. Otóż czytanie dobrych książek jest trochę jak bycie zakochanym: w pierwszym kontakcie (mam tak ja i kilka znajomych mi osób, ale zdaję sobie sprawę, że to jeszcze nie ogół) zachłyśnięcie się, lekki niepokój 'co będzie dalej?', fascynacja i dziki pęd. Potem zwolnienie, chwila przerwy, powrót i większy spokój, głębsza refleksja, rozkoszowanie się każdym zdaniem, każdą chwilą spędzoną razem.
To w prostej linii prowadzi mnie do kolejnego wniosku, który zrodził się na przestrzeni tygodnia. W moim życiu, w relacjach, dostrzegłam pewną prawidłowość. Kiedy pojawia się jakiś ktoś, od początku wiadomo, czy będzie to coś fajnego, czy wręcz przeciwnie. Albo jest 'swój', albo jest ciałem obcym i tak traktują go moja psychika na spółkę z emocjami. Dyskomfort, niepokój, niechęć - tak się kończy przebywanie z ciałem obcym na jakiejkolwiek płaszczyźnie. Nie lubię tego i unikam jak mogę.
Niestety, nie zawsze się da.
Pogoda za oknem przyprawia o gęsią skórkę. Dosłownie. Na szczęście jest też kilka rzeczy, które potrafią wyprzeć niepogodę z serca i z ducha, ocieplając atmosferę, nadając jej błyski słońca na falach oceanu na przykład.
Moja faza dramowa ma się dobrze. To znaczy... nie mogę jej nazwać dosłownie "fazą" - to coś przelotnego, ale kiedy już się pojawia, trwa zazwyczaj do ostatniego odcinka. Skończyłyśmy z Friend wczoraj dosłownie starą, japońską dramę "Beach Boys". Było to przemiłe doświadczenie - trochę do śmiechu, trochę do płaczu, na szczęście jednak pozostawiające bez wątpienia tą swoistą pogodę ducha, która utrzymuje się, nie znika.
Podczytuję sobie, do pełni szczęścia, Wegnera "Opowieści z meekhańskiego pogranicza". Jest to bez dwóch zdań lektura dobra, zachęcająca do sięgnięcia po kolejny tom. Przy okazji czytania zresztą, zrodziła mi się refleksja. Otóż czytanie dobrych książek jest trochę jak bycie zakochanym: w pierwszym kontakcie (mam tak ja i kilka znajomych mi osób, ale zdaję sobie sprawę, że to jeszcze nie ogół) zachłyśnięcie się, lekki niepokój 'co będzie dalej?', fascynacja i dziki pęd. Potem zwolnienie, chwila przerwy, powrót i większy spokój, głębsza refleksja, rozkoszowanie się każdym zdaniem, każdą chwilą spędzoną razem.
To w prostej linii prowadzi mnie do kolejnego wniosku, który zrodził się na przestrzeni tygodnia. W moim życiu, w relacjach, dostrzegłam pewną prawidłowość. Kiedy pojawia się jakiś ktoś, od początku wiadomo, czy będzie to coś fajnego, czy wręcz przeciwnie. Albo jest 'swój', albo jest ciałem obcym i tak traktują go moja psychika na spółkę z emocjami. Dyskomfort, niepokój, niechęć - tak się kończy przebywanie z ciałem obcym na jakiejkolwiek płaszczyźnie. Nie lubię tego i unikam jak mogę.
Niestety, nie zawsze się da.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz