Zaczęłam ten upiorny urlop... I już dobiega końca pierwszy tydzień. "Co do jasnej...?" - zapytuję siebie i patrzę na datę, przecierając oczy ze zdumienia. Jedynymi elementami "urlopowymi" były trzy koncerty DVD Gackta, z czego dwa obejrzane w niedzielę na jednym tchu, bo tuż po powrocie z Warszawy.
Koncert, ach, koncert.
Nie jestem "koncertową istotą", nie kręci mnie szaleństwo w spoconym, rozentuzjazmowanym tłumie, słuchanie wpółpijanych, fałszujących artystów, pseudo-elokwentnego bredzenia o niczym. Nie, zdecydowanie.
Tu natomiast czekała na nas rozrywka pierwszej klasy, bo czego by o Gackcie nie mówić, to jest świetnym showmanem. Wprawdzie nie zabrakło, rzecz jasna, rozentuzjazmowanych fanek (średnia wieku 18, mocno zawyżona przez kilka osób w naszym wieku oraz kilka w wieku moich rodziców), które gotowe były zadeptać człowieka w celu dorwania się do butelki z wodą/krawata/koszuli (przyjaciółka widziała później jej strzępy) latających z rąk Gackta, i nie tylko, obficie.
(Choć trzeba przyznać, że byłabym wcale kontenta, gdyby udało mi się zdobyć krawat, bądź koszulę, Chachamaru względnie You. Tak, wiem, fangerlizm mode on, ale nie narzekam. Odbijam sobie młodzieńcze lata, podczas których byłam grzeczną, nudną dziewczynką.)
W każdym razie bardzo się cieszę, że zrezygnowałam z sieciówki na rzecz koncertu. Jak do tej pory - zaraz obok Zlotu - wydarzenie roku.
Przyzwyczajam się do myśli o wyjeździe w Bieszczady. Zanosi się na fajną rzecz, choć zupełnie nie wiem, czego się spodziewać. Może tak jest lepiej, może nie będzie rozczarowania. I mam nadzieję, że uda mi się zobaczyć... wilki.
Dwa wielkie życzenia z mojej listy marzeń odfajkowane. Gackt, RPG... A jedno wciąż nie daje spokoju, wciąż wierci gdzieś od środka. Irlandia.
Szukam sponsora, płeć nieważna, który zakupi mi bilet tam i z powrotem i wciśnie 100 oiro w garść, ze stwierdzeniem "na drobne wydatki".
Względnie szukam pracy, która pozwoli zarobić na tyle, żeby samej sobie stać się sponsorką.
... Czy to wiele?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz