środa, 12 grudnia 2012

W kąt

Tam poszedł blog, jak już odzyskałam swoje życie ;)

Ale - ale: post o Atlasie chmur tworzy się (z naciskiem na się), więc wkrótce wywnętrzenia literackie.

Tymczasem świat się zmienił, przyszła biel i została. Wprawdzie w mieście - jak to w mieście - biel przeszła w szaroburość, ale na wsi nadal jest pięknie i zimowo. Prognozy na święta są oczywiście przeradosne: deszcze, niże i ogólnie wiosna, ale czy się tym przejmujemy? Nie :)

 A teraz część z cyklu "Pomysł na..." ;)
Wczoraj dostałam pierwszy prezent gwiazdkowy (to chyba rekord) w postaci programu edukacyjnego "Mistrz Klawiatury II". Odpaliłam go wieczorem i na pół godziny totalnie wsiąkłam. Najfajniejsze jest to, że program ma przejrzysty, przyjazny użytkownikowi interfejs.  I już po pierwszej lekcji mogę powiedzieć śmiało, ze warto stosować się do każdej wskazówki podsuwanej przez twórców programu. No i oczywiście zarezerwować czas na ćwiczenia. Po pierwszej lekcji usłyszałam sporo... krytycznych uwag na swój temat :D Dotyczących oczywiście sposobu wykonania przeze mnie ćwiczenia ;)  I to jest super.

Jeśli ktoś jeszcze nie ma pomysłu na prezent, to mogę z czystym sumieniem zapewnić - to jest świetna propozycja, szczególnie dla tych, którzy dużo i często piszą.

Wkrótce święta, atmosfera coraz silniej wyczuwalna, nawet u mnie w pracy gra radio z muzyką sezonową. Ostatnie prezenty jeszcze do nabycia. Jest dobrze :)

sobota, 1 grudnia 2012

Słowotok

O radości, która płyniesz wprost ze skończonego (wstępnie) pisadła! Jakże słodko i cudownie odczuwać tę ulgę, ten spokój, że oto najważniejsza część szczęśliwie dobiegła kresu (teraz jeszcze tylko wielokrotne czytanie, poprawianie, edytowanie, itd., ale to kwestia kliku godzin, a nie kilku tygodni) i to w zamierzonym terminie!

Bardzo sentymentalnie przypomniało mi się w tym momencie pisanie pracy magisterskiej. Fakt, że tym razem nie tworzyłam sensu stricto i nie zarywałam nocy, ale intensywność i panika na podobnym poziomie. Tylko po napisaniu magisterki końcowe "uffffff"  było zarezerwowane na "poegzaminie". Poza tym wszystko się zgadza.

W nagrodę skończę sobie dzisiaj "Atlas chmur" ("Dziennik Pacyficzny" Ewinga mmm... Do końca świata będę go widzieć jako Jima Sturgessa. Ewinga, nie "dziennik...". Nie to, żebym ubolewała z tego powodu...), jutro zrobię domowe spa z maseczkami na facjatę, ręce i na inne wolne powierzchnie, zacznę czytać od początku "Pana Lodowego Ogrodu", bo IV tom wyskoczył wczoraj do sklepów (poszłam, popatrzyłam, pośliniłam się, zmacałam... i obiecuję sobie, że nabędę, jak tylko nastąpi przypływ gotówki. Może do tego czasu dzikie tłumy nie wykupią...?), a ja już cokolwiek średnio pamiętam nawet I tom, który czytałam najwięcej razy. No i ogólnie znów wejdę w życie. Dziwne wrażenie. (Prawie tak samo dziwne, jak pisanie po swojemu, miast trzymania się ścisłego naukowego stylu.)

Tak. Słowotok... O czym to ja...? A! Już wiem

Kuna zrobiła mi przyjemność i w ramach prezentu mikołajkowego (cz. 1. Cz. 2 wkrótce w drodze. I też wiem, co to będzie i już się ślinię) dostałam od niej jeden z orydżinal BB creamów firmy Skin79. Muszę powiedzieć, że mój lubiany i posiadany od jakiegoś czasu BB Eveline niestety nie umywa się. Dwa zupełnie różne produkty. Ale - ale. Nie był to nie jest i nie będzie blog kosmetyczny. Tak tylko napomykam, że warto pobuszować po ebayu w celu wynalezienia fajnych i relatywnie niedrogich oryginalnych produktów marek zagramanicznych.

Mam słowotok, który spróbuję w najbliższym czasie ukierunkować bardziej precyzyjnie.
Tymczasem borem lasem do ogarnięcia. Jeśli ktoś to czyta xD


piątek, 30 listopada 2012

Rocznicowo

Chwilę temu minęły dwa lata pewnej przyjaźni. Przyjaźni trochę online, trochę na żywo. Trochę korespondencyjnie i trochę przez telefon. Trochę z radością, trochę ze smutkiem. Trochę z gniewem, trochę z entuzjazmem. Ale zawsze ramię w ramię ;)

Za te wszystkie chwile...

Hantanye, Narsil :)

niedziela, 25 listopada 2012

Poczta Polska v. ja 1:0

alibo "Zmagania z rzeczywistością".
Zanim przystąpię do dalszych czynności zawodowych muszę z deka odreagować. Wczoraj wieczorem, kiedy czytałam, co natworzyłam, zaczęłam się poważnie zastanawiać, gdzie jest ten sens, który tam widziałam jeszcze chwilę temu. Dlatego dzisiaj zaczynam od posta, potem "drobnica" na jutro, a potem kolejnych kilka stron rozdziału. (Czy wspominałam, że szczęście w nadmiarze też bywa bolesne?)

No dobrze, cofnijmy się jednak do środy, kiedy to będąc w pracy dostałam sms, w którym informowano mnie, że przesyłka o takim i takim numerze zostanie dostarczona w ciągu najbliższych 24 godzin, a jeśli nie odbiorę, to będzie czekać w UP. No i git, przesyłki faktycznie się spodziewałam, więc ucieszona, postanowiłam, że sprawdzę w domu skrzynkę pod kątem awizo, bo o doręczeniu bezpośrednim mowy nie było (godziny pracy. A nie ukrywam, że jak jestem w domu, to listonosz też się jakoś nie rozpędza, żeby polecone dostarczyć. Najczęściej awiza leżą w skrzynce pod pretekstem "niezastania odbiorcy". No cóż). W skrzynce znalazłam reklamy, po czym olałam temat, bo w perspektywie miałam inne, bardziej zajmujące.
Zrobiłam obiad, zjadłam i byłam na etapie parzenia herbaty przed przystąpieniem do pracy, gdy ożył mój domofon. Jedną z zasad jest, że niezapowiedzianym nie otwieramy, więc nie zawracałam sobie głowy. Domofon jednak odezwał się po raz drugi. A za chwilę mój telefon. Numer nieznany. Odebrałam. Z drugiej strony, że dzień dobry, kurier (!!???) Poczta Polska, czy mogłaby Pani łaskawie otworzyć, bo od pięciu minut stoję pod drzwiami. Ja mu na to, że przykro mi, nie spodziewałam się, a niezapowiedzianym nie otwieram. Na co on, pełnym wyrzutu i irytacji głosem, że chociaż przez domofon mogłam zapytać. Na co ja - otwierając - wciąż grzecznie tłumaczę, że znowu przykro mi, ale domofon nie działa głosem w tamtą stronę. Skończyliśmy dywagacje na telefonie, facet po kilku minutach znalazł się u drzwi moich, w których powitałam go z uśmiechem (miał moją paczkę), co on skwitował kwaśnym "No wie pani, mogła pani chociaż z okna wyjrzeć, zobaczyć, kto przy domofonie (mamy daszek, który skutecznie osłania wejście. Żeby zobaczyć człowieka musiałabym cała wyjść z tego okna, a i to nie wiem, czy by wystarczyło. Już abstrahuję od tego, że człowieka nie znam, nie zapowiedział się, z pyska nigdy nie widziałam, a oznakowany - NAWET, GDYBYM - też był jakoś nieszczególnie), samochód STOI przecież (no tak, oczywiście, bo jestem jedyną mieszkanką tego bloku i nawet gdybym już dopatrzyła się czegoś w egipskich ciemnościach parkingu podblokowego, to na pewno domyśliłabym się, że jeden z kilkudziesięciu samochodów należy do kuriera PP, który przyjechał DO MNIE) oznakowany (przyjrzałam się później - podobnie jak kurier. Jeśli w ogóle jakoś, to nie widziałam), a ja tu każę człowiekowi się dobijać. Westchnęłam w duchu, ugryzłam się w język i - pomna codziennych przebojów z klientami - po prostu uśmiechnęłam się szerzej, podziękowałam za paczkę i życzyłam nabzdyczonemu panu miłego wieczoru. Pan, wchodząc do windy, jeszcze coś mamrotał pod nosem.
Mogłam go zjechać i potraktować równie buracko, jak on mnie? Mogłam. Nie zrobiłam tego, mając świeżo w pamięci własne przeżycia z buraczanymi klientami. Bo wiem, co to znaczy robić coś, na co w danym momencie ma się ochotę bardzo niewielką, a trzeba się uśmiechać i być grzecznym, bo zadowolony klient to klient, który zapłaci.
Z łezką w oku wspomniałam kurierów innych firm, którzy - czasem z całodobowym wyprzedzeniem - pisali, dzwonili, dogadywali się, a podczas odbioru byli uprzejmi i uśmiechnięci (E., pamiętasz "- Dzień dobry" - "No czeeeeeeeeeeść. N. jest w kuchni"?)
Cała sytuacja doprowadziła mnie do refleksji: sektor publiczny nad prywatnym ma taką przewagę, że w tym pierwszym w koszt wysyłki wliczona jest chamska obsługa.
Czy kiedyś skorzystam? Wątpię. Nie będę narażać Bogu ducha winnych odbiorców na takie traktowanie.

Tymczasem borem lasem jestem gotowa do dalszej walki. "Atlas Chmur" czeka w ramach rozkosznego deseru (och jej. Obejrzałam trailer chyba z trzydzieści razy, przeczytałam całą obsadę od góry do dołu, a potem jeszcze raz... i jeszcze... I przebieram nogami do wtorku, kiedy to idziemy z Kociołem do kina. A książka... mmm... Pyszności:), następna przerwa przewidziana na obiad, więc do pracy, rodacy.



czwartek, 22 listopada 2012

Atlas chmur

Tak, syndrom, który wiąże się bardzo ściśle z pracą do wykonania. Łapię się wszystkiego, co choć na chwilę oderwie mnie od obowiązku / myślenia o obowiązku.

Czytam Mitchella, jak w tytule, i muszę wyznać, że książka wciąga (niestety, niezależnie od mojej niechęci do pracy xD). Nie jest przegadana, nie próbuje narzucać (przynajmniej póki co) swojej wizji świata, robi to, do czego książki są powołane - snuje opowieść.

Więcej będzie zapewne po filmie i skończeniu lektury, ale już teraz mogę powiedzieć: smakuje.

niedziela, 18 listopada 2012

Kiedy w mózgu...

Dobra, powiedzmy sobie szczerze: gdyby kilka lat temu ktoś powiedział mi, że zawodowo będę związana z tym, z czym jestem związana, popukałabym się w głowę... a potem jeszcze raz popukałabym się w głowę, a potem roześmiała w głos i opowiadała jako dobry dowcip. Przypuszczam, że moje najbliższe towarzystwo również uznałoby to za śmieszne. 
Niemniej... oto jestem. I zmagam się z językiem, a nawet dwoma.
W zeszłym tygodniu nadarzyła się - świetna z mojego punktu widzenia, a jakżeby inaczej - okazja do zmagań, takich prawdziwych, z żywym tekstem. No kto by przepuścił taką okazję? Przecież nie ja!
W związku z powyższym siedzę trzeci dzień, autentyczny, niczym nieskrępowany nołlajf, (dzisiaj nawet nie wyściubiłam nosa z domu) i tworzę (no dobra, z przerwami na sprawdzenie fejsa, zrobienie herbaty, jedzenia i obejrzenia dwóch odcinków Arrow/Supernatural/Elementry/TBBT. Ale nie naraz!). A właściwie odtwarzam. I dopiero teraz, kiedy pozbyłam się już trzęsawki, która wynikała w prostej linii z paniki pt. "nie zdążę! nie zdążę!!!", zaczynam mieć z tego frajdę.
Oczywiście teraz ogarnia mnie nieposkromiona ochota na nadrobienie wszystkich zaległości serialowych, a LeGuin nie czytała mi się nigdy lepiej... Bo na to wszystko muszę wyszarpywać czas zębami i pazurami. A i tak niedosypiam. Och, ironio, słodkie Ty moje robactwo, które drążysz życie na wskroś i nie pozwalasz zapomnieć, że mogłoby być gorzej. Bo mogłoby. 
A tak mam robotę od rana do późnej nocy i cieszę się, że właśnie taką, a nie inną. Bo mogłam trafić gorzej. Znowu do kuchni na ten przykład.
A propos kuchni. Dzisiaj zrobiłam zupę marokańską z soczewicy, z przepisu z paczki na chandrę. Palce lizać, powiem nieskromnie. Omnomnom. Dzięki, E.! :)

Dobrze, mój mózg  już się odkopał z nadmiaru wrażeń, przestał wyciekać nosem i szukać dziwnych sformułowań zamkniętych między zwojami (są takie momenty notabene, kiedy czuję się, jakbym czytała kanji. Wiem, co to znaczy, ale za - he he - Chiny Ludowe nie jestem w stanie przypomnieć sobie, jak to przełożyć, żeby było w słowie, nie w znaczeniu).

Wracam do pracy, ja, chłoporobotnica przodująca. Czy coś.

P.S.: Czytam "Pięćdziesiąt twarzy Greya" i - o matko - czy tylko ja mam wrażenie, że stawianie tej książki w jednym rzędzie z tłajlajtem oraz kotem Leonadra DaV. jest w pełni uzasadnione? Naprawdę czytywałam lepsze harlekiny xD Wciąż nie mogę wyjść z podziwu jak wiele energii i pieniędzy poświęca się na tym świecie na propagowanie czystej wody chłamu.



poniedziałek, 5 listopada 2012

Metoda na chandrę

Tak się złożyło, że dosięgło mnie to niesamowite szczęście obracania się w towarzystwie niebagatelnych pod każdym względem jednostek.

Pewnego posępnego jesiennego dnia podczas rozmowy telefonicznej zwierzyłam się z mojego ponurego nastawienia do rzeczywistości i... tydzień później znalazłam w skrzynce świeżutkie, prosto z pieca awizo. Pogalopowałam na pocztę z Kotem pod pachą (która nawet sama wyraziła chęć towarzyszenia) i odebrałam paczuszkę. W paczuszce zaś znajdowały się wielkie precjoza.

Oprócz przepisu na zupę z soczewicy, rzeczonej soczewicy oraz mieszanki przypraw sporządzonych pod kątem tejże...


Znalazły się dwie, cudnej urody, paczuszki.





Z owych paczuszek wyjrzały:


Trzy genialne cienie marki Miyo (więcej o cieniach tutaj. Naprawdę produkt tani i bardzo dobrej jakości): No. 18 Lavender, No. 24 Starshine oraz szalony, RÓŻOWY No. 16 Diva. Cienie wypróbowałam rzecz jasna zaraz na drugi dzień - są trwałe, ładnie się rozkładają i zasadniczo nie znajduję w nich niczego, do czego mogłabym spróbować się przypiąć.




Olejek do kąpieli (lawendowy! :3 Mój szał na lawendę trwa), nawilżającą maseczkę do twarzy, żel ze świetlikiem pod oczy (alleluja! Moje oczy marzą o odpoczynku) oraz opalizujący lakier do paznokci (również Miyo, jak widać na załączonym obrazku - trzyma się bardzo dobrze, ładnie kryje i jedyną jego wadą jest ciut za mały - w stosunku do mojej wielkiej płytki paznokciowej - pędzelek).

Poziom chandry spadł do zera, poziom radości zaliczył 10/10. Działa? - jak to złoto.

Jeszcze raz dziękuję, E. :*

Tymczasem borem lasem ostatni długi weekend przegalopował i zostało długo długo nic, aż do samych Świąt. Nie ukrywam, że już zacieram łapki, bo będzie... oj, będzie się działo.

niedziela, 28 października 2012

Fun time!

Ostatnio moja Friend wróciła - co mnie cieszy niepomiernie - do pisania bloga o swoim craftowaniu.
Craftowania tego (Kuny zresztą również) jestem wielką fanką od zarania naszej znajomości.

Z tytułu czystego pożądania, które mnie ogarnia, kiedy widzę radosną twórczość Kuny postanowiłam wziąć udział w losowaniu, które postanowiła ona uczynić. Wylosować można coś niebagatelnego, więc polecam.
Szczególnie wisiorek robi na mnie "zaraz-zaślinię-się-do-reszty" wrażenie. Mam cichą nadzieję, że szczęście się do mnie uśmiechnie (tak, wiem, że w oryginale jest to los, ale mimo wszystko :P ).

No i oczywiście z całego serca polecam bloga :)

sobota, 22 września 2012

Wahadło

(Niestety, nie mam tutaj na myśli przyrządu do ćwiczeń stosowanego w Kaer Morhen.)

Tak się jakoś składa, ze moje życie ostatnio odmierza się warsztatami i zintensyfikowanym czasem organizacji tychże. Wszystko pomiędzy zlewa się z dnia w dzień, starannie odmierzony pracą i kolejnymi kawałkami serialu, który aktualnie jest na tapecie.

Ale... czas płynie dalej.

Tik
Błękitne fale morza, kołyszące się łagodnie w rytm wiatru. Pod palcami, we włosach, na skórze piasek jeszcze ciepły ostatnimi oddechami lata. Na skórze złote promienie. Dookoła krzyk ludzi i mew. 

Tak
Zapach na wpół zgniłych śliwek i opadłych jabłek, których nie zebrała troskliwa ręka. Obiektyw, szelest spódnic i śmiech towarzyszący kolejnej głupiej minie, ześlizgującej się stopie, "młoda czarownica" i "uboga Cyganka".

Tik
Uśmiech poszerzający się w rytm zbliżających się kroków, dwa nieoczekiwane uśmiechy, wspólna drzemka o ósmej rano, babskie allegro, gonienie za olejkami, miedziany szał i kolejna niespodzianka. Tort, Przyjaciele... spokój domu.

Tak
Srebrna Niedźwiedzica.

Tik...

Samo się napisze. Jutro, pojutrze, za tydzień.

poniedziałek, 30 lipca 2012

...

Gratuluję sobie powstrzymania się od jakiegoś infantylnego komentarza w stylu "kwik". Albo "ehh".
Generalnie nie ogarniam - tym razem nie jest to pejoratywne określenie. Po prostu jestem we wszystkim, co się dzieje, ale jakby obok. Tak, brzmi idiotycznie, ale nie wiem, jak inaczej określić ten stan.

Widziałam "Prometeusza". Mnie się podobało.Nie dołączę jednak do głosów recenzenckich - zostawię pole do popisu bardziej obeznanym z tematem zarówno "alienowskiej" serii, jak i samego "Prometeusza". Zdania są podzielone, a ja ignorancko dyndam gdzieś pośrodku.

Skończyłam "Mass Effect" - całą serię. Chyba jestem już za stara na takie emocje, bo generalnie raz - podobało mi się, dwa - do spółki z "Prometeuszem" finał ME3 zafundował mi noc horrorów. Niestety, nie było to przyjemne.
Przypuszczam, że jest to głównie zasługą ciężkiego, przygnębiającego klimatu ostatniej części gry, tego, że jestem kobietą i swoistego uwrażliwienia ostatnimi czasy.
Nie chodzi nawet o fabułę, tylko właśnie o ten posmak wyrzutu sumienia, niepokoju, zmęczenia... To wszystko złożyło się na efekt psychodelicznego smutku, który towarzyszył mi w snach. Aż do finału spotkania ME3-Prometeusz. Na chwilę odstawiam sci-fi.

Odbicie psychiczne i emocjonalne przyszło samo z siebie - pochłonęły mnie przygotowania do warsztatów, nie wypuszczając z objęć ani na chwilę.

Za to w tzw. międzyczasie odkryłam, że moja miłość do muzyki celtyckiej jednak nie przeszła.

No i właśnie. Tak... dziwnie.

środa, 18 lipca 2012

Jest takie miejsce

Jest takie miejsce, w którym wita mnie latem powietrze nasycone zapachem lip, suszonej lawendy i cynamonu.
Jest takie miejsce, w którym słychać świerszcze i żurawie.
Jest takie miejsce, które syci oczy widokiem granatu chmur odciętego od złota zboża.
Jest takie miejsce.

Mój dom.

Ciekawe, jak będzie pachniało Niebo.

niedziela, 15 lipca 2012

Nigdy-zawsze

Właśnie dogorywa weekend, który postawił mnie w stan gotowości bojowej oraz oczekiwania na wszystko, co najlepsze. Nie zawiodłam się i doświadczyłam dodatkowych "efektów specjalnych", o które nie prosiłam, ale dostałam w słodko-gorzkim bonusie.

Nigdy nie przypuszczałam, że mój pierwszy spływ kajakowy to będzie survival: level hard. Grupa szaleńców (z mua), która najpierw z impetem przecięła jezioro, by wylądować na malowniczym kawałku rzeki, pokonać śluzę i - podczepiona do statku wycieczkowego sznurkiem niczym pępowiną - pośród debilnych chichotów dryfować sobie radośnie, okładając się wiosłami, chlapiąc wodą oraz prezentując ogólny poziom zachowania zarezerwowany dla przedstawicieli wczesnej podstawówki. 
Skończyło się na wielokilometrowym odcinku walki z przeciwnościami w postaci zwalonych drzew (przepływanych pod i nad), mostków, dna rzeczki (które było wygłodniałe i pochłonęło klapek kolegi), komarów i innych stworzeń (które mogłabym określić jednym dość nieparlamentarnym słowem, więc sobie jednak daruję), meandrów (rzeka nagle się kończy, a człowiek uświadamia sobie, że tylko błyskawiczny manewr może uratować kajak i jego zawartość przed zaliczeniem kolejnej mielizny / drzewa, które niczym jakieś baśniowe straszydło zamyka swoje gałęzie na górnej części kadłuba ludzia, wiosłach i na czym tylko może) oraz innych potencjalnych zagrożeń zdrowia. Jak to zanuciła w pewnym momencie moja przyjaciółka uwięziona ze mną na jednym z ukrytych pod wodą drzew "Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda". Dokładnie. Rozkoszowałam się bowiem każdą chwilą potu, wydzierania swoich włosów gałęziom, "przepływania" nad zwalonymi drzewami metodą "push-and-go" i obrywania schlapywanym z wiosła Em. szlamem.
Przestałam się nim rozkoszować w momencie wpłynięcia na jezioro. Nagle otworzyła się przed nami przestrzeń spienionych fal miotanych wiatrem. Niestety - nie była to jedynie poetycka metafora. To było koszmarne. Próg bólu przekroczyłam gdzieś na początku, a na nas czekało radośnie kolejne 20 minut machania wiosłami i walki z dwoma żywiołami (wiatr oczywiście miałyśmy w pyski). Do rzeczonego machania motywowały mnie dwa elementy: gdzieś tam z przodu majaczył brzeg i Em. nie przestawała machać. Kiedy dotarłyśmy mokre, przewiane i schetane jak te konie po westernie wysiadałam z kajaka wprost do jeziora jak "stałam" (czyli w kostiumie kąpielowym i koszulce, która była tak uwalona szlamem i mokra, że już nic nie mogło jej zaszkodzić). Woda w jeziorze była cieplejsza niż temperatura powietrza. Zapłaciłam za tę fanaberię, bo jednak na tym powietrzu spędziłam później trochę czasu i udało mi się rozgrzać dopiero późnym wieczorem.
Było warto.

Zawsze myślałam, że zadzierzganie znajomości polega na doborze naturalnym - jest "chemia" na poziomie intelektualnym i emocjonalnym i reszta się jakoś tak sympatycznie sama układa. Od jakiegoś czasu jednak doświadczam czegoś nowego i zupełnie wręcz przeciwnego do stanu, który do tej pory uznawałam za normę. Nie powiem, że przychodzi mi to łatwo - okazuje się, że mój poziom intelektualny nie wszystkim odpowiada, albo różnimy się emocjonalnie jak noc i dzień, albo muszę chować swoją dumę do kieszeni. Nie dla wszystkich jestem fajna, albo atrakcyjna jako koleżanka... a mimo to są takie więzi jak ta jedna z najświeższych. 
Stado obcych ludzi, do których przystosowanie się jest dla mnie nieustającym wyzwaniem i wciąż popełniam błędy, wciąż się z czymś wyrywam, albo o czymś zapominam, albo nie powstrzymam wystarczająco szybko raniących słów. Jest takie zaufanie, na które trzeba pracować.
Dla efektów takich, jak miniony weekend - szalonych, intensywnych w radości, tak cudownie innych od codzienności.
Po raz drugi w życiu płakałam dzisiaj po rozstaniu. Po raz pierwszy pustka była tak rozległa.

To wszystko sponsorowane przez Boga, który nie tylko nas stworzył, jako jednostki - silne indywidualności, ale też zostawił swojego Ducha, który nieustannie działa w tych właśnie jednostkach, łącząc, przekształcając, ciągle w ruchu, ciągle w zmianach. On daje tak wielką miłość, która pozwala spojrzeć na drugiego człowieka jak na brata lub siostrę, przywiązać się i pozostać w tej relacji w poczuciu bezpieczeństwa i nieustającego wyzwania: dążenia do perfekcji. Daje też wrażliwe i szybkie do wybaczania serce.

piątek, 29 czerwca 2012

Można krótko

I treściwie.
Można rozwlekle.
Można łzawo.
I z uśmiechem.
Można z błogosławieństwem.
I z niesmakiem.
Można na wiele sposobów.
I nawet jeśli nie na długo i nie na daleko i tak naprawdę to prawie w ogóle...
To nadal nienawidzę się żegnać.
Bo zawsze jest jakiś smutek.

czwartek, 28 czerwca 2012

Dzień? Tydzień? Miesiąc?! Świra

Zaczęło się nijak.
A potem była Blondynka w białym kożuszku w poszukiwaniu zamówionego tłumaczenia, które to zamówienie nigdy do nas nie dotarło.
A po niej była Perfekcjonistka, która chciała wiedzieć, dlaczego na jednym tłumaczeniu jest numeracja stron "Page 1 of 2", a na drugim nie ma, bo jest tylko "1" i "2", na koniec zaś zażądała wyglądu tłumaczenia toćka w toćkę takiego samego, jak oryginał.
A potem był Pan, który wysłał potwierdzenie przelewu poleconym priorytetem.
Jest kolorowo.
Z pięcioma wykrzyknikami.

piątek, 1 czerwca 2012

Co mnie nie zabije

Z pewnym zaskoczeniem skonstatowałam dzisiaj, że grono moich fanów z poprzedniego tygodnia obejmuje głównie Irlandię. Moje zdumienie nie ma granic (tu następuje chwila ciszy na wybrzmienie ironii).

Wiosna w pełni, "The Avengers" za mną, ku mojemu nieutulonemu żalowi (choć wciąż poważnie rozważam, czy nie pójść raz jeszcze), przede mną "Dark Shadows", "MiB", "Snow White and Huntsman" czyli czerwiec na wypasie filmowym. Zaraz potem na równym wypasie "Prometheus", Merida, ostatni Batman, i "Bourne Legacy" (to ostatnie kręci mnie wyjątkowo, bo jestem naprawdę ciekawa, czy utrzymają poziom poprzednich części). Czyli do sierpnia będzie co robić w kinie. Tylko skąd wziąć czas?

Bo to, co powyżej, to tylko wierzchołek góry lodowej. Oprócz tego ludzie, Projekt, wakacje, spacery, ME2, KOTOR2, BSG, książki... I niestety, nie da się zrobić tego wszystkiego naraz.

Nie, nie zabija mnie to... ale też nie wzmacnia.

Nie wiem, kto ukuł to tytułowe stwierdzenie, ale rzadko ma ono zastosowanie w rzeczywistości, szczególnie w niektórych przypadkach.
Zazwyczaj co cię nie zabije, to zostawi w stanie sponiewierania. Niewiele lepsza ta perspektywa.

Ale, żeby nie kończyć tak mało optymistycznie, to niech zostanie stwierdzone, że dziś piątek wieczór, jutro sobota, czyli weekend w pełni. Oby wzmocnił.

środa, 21 marca 2012

Bezproduktywnie

Bo jak inaczej nazwać gapienie się w monitor przez osiem godzin z niewielkimi przerwami? No jak? 
Nie wiem, czy to było w pogodzie (szarej i mokrej tym rodzajem wilgoci, który osiada nijaką mgiełką na włosach i ubraniu oraz wietrznej tym rodzajem wiatru, który przewiewa na wskroś), w nieudanym poranku, czy może w wyniku uatrakcyjnionego weekendu. Dość, że nie byłam w stanie zabrać się dzisiaj do czegoś bardziej konstruktywnego niż tworzenie chaosu oraz tępe wpatrywanie się w narastające rzędy cyfr i liter, które z każdą mijającą godziną znaczyły coraz mniej.
Właśnie dlatego nie znoszę przedwiośnia. Przez stan ogarniającego otępienia, które powinno przecież przechodzić błyskawicznie pod wpływem ciepła, zapachu ziemi i perspektywy ciepłej wiosny. Nic z tego. Tymczasem uszy w ramach rozrywki zafundowały mi lekką głuchotę.

"Niebo ze stali" wchłonięte. Teraz robię powtórkę z całości w tzw. międzyczasie (którego nie ma, nawet jeśli Miodek twierdzi, że jest). W tym tygodniu jest łatwo robić cokolwiek, w przeciwieństwie do tych tygodni, kiedy robi się coś. Wtedy jest zdecydowanie trudniej znaleźć czas na cokolwiek.

W czymkolwiek mieści się obejrzenie "Kapitana Ameryki" i stada zapowiedzi na lato 2012. Więc może oddam się czemukolwiek całkowicie i pójdę pomalować paznokcie.

niedziela, 4 marca 2012

Przepadłam

... Po trzykroć.
Dwa słowa: Mass Effect.
Luv effect xD

piątek, 2 marca 2012

Nolife

Kiedyś śmiałam się z tego... A dzisiaj z wielkim żalem skończyłam Lie to me, z wypiekami na twarzy czekam na nowego Castle'a (dzięki, Kitty!), miesiąc temu pochłonęłam Firefly (Serenity wciąż przede mną. Odwlekam to w nieskończoność, bo po obejrzeniu tego zostanie mi wielkie NIC), zaczęty Sherlock uśmiecha się do mnie uwodzicielsko, Gra o tron czeka na dysku (zawzięłam się, że najpierw przeczytam książkę, choć idzie jak krew z nosa)... Tyle dobrego, że znakomitej większości BSG jeszcze nie widziałam.

Tak. To dopiero życie.

Nic to - jak mawiał pan Michał -  nic to. Zima się kończy, nawet u nas, na dalekiej i dzikiej Północy, z której - jak powszechnie wiadomo - wszędzie mamy daleko. Do pór roku też. Dzisiaj można było poczuć wiosnę w powietrzu.

Też powoli otrząsam się ze snu, rzeczywistość kłania się głęboko do stóp i mówi coś o zależności, która zaczyna być bardzo, ale to bardzo niezdrowa. 

Patrzę w lustro, przeglądam się i odchodzę.
Myśl kiełkuje.


czwartek, 26 stycznia 2012

Z chaosu

Za długo był spokój.

Naprawdę nie wiem, co widzę w tego typu kawałkach. Naprawdę. Tekst nie ma jakiegoś głębszego sensu, a mimo to słucham. A może po prostu to ja nie dojrzałam jeszcze do zrozumienia jego przepastnych głębin...?

Pochłaniam Castle'a.

W tzw. międzyczasie walczę z tą znajomą chęcią, która każe mi zamknąć drzwi, okna, wyłączyć komórkę i oddać się użalaniu nad sobą.

Jednak coś w tym jest, że im mniej się robi, tym mniej ma się motywacji do robienia czegokolwiek.
Ale nie tak, że nic. Wczoraj byłam na swojej pierwszej w życiu manifestacji. Wraz z moimi przyjaciółmi wystąpiłam w charakterze jednostki w tłumie. Poobserwowałam, poskandowałam nawet "Stop dla ACTA" i inne tego typu (tłum notabene skandował cokolwiek nieśmiało), poznałam, czym jest zachowanie zbiorowe (dzięki temu wiem już, że się do tego nie nadaję. To znaczy do bycia częścią zachowań stadnych), pokomentowałam z przyjaciółmi (greets Kitty, Kornel) i poszłam na inne spotkanie. 
Nadal jestem przeciwna ACTA. Co z tego, że dzisiaj została podpisana?

Po prostu "the years turn over"... and out. 
Na teraz to wszystko.

sobota, 14 stycznia 2012

Whisper of a Thrill

... Tak, lubię tytułować swoje notki od nazw kawałków, które mi się aktualnie mieszczą w głowie :)
Myślę sobie, że to jeden z tych nielicznych Momentów Perfekcji, na których podziwianie ledwo znajduję ostatnio czas. Za oknem biało. Białość za oknem powoduje u mnie coś, co można nazwać wzmożonym poczuciem komfortu - od razu jakoś mi cieplej i na zewnątrz i wewnątrz, kiedy patrzę na ten otulony śniegową pierzynką świat. Tym cieplej, im więcej niosących ciepło czynników. Jak na przykład earl grey z dodatkiem w postaci cytryny i pomarańczy z goździkiem, czy też obejrzana przed chwilą "Julie i Julia". Do tego można dodać także świadomość dobrze spełnionego obowiązku, brzuszek pełen samych pyszności (do rozpęku niemal), telefon od mojej zagramanicznej Przyjaciółki (pozdrawiam!! ;) oraz....
... I właśnie to "oraz" jest bardzo istotne. 
"Oraz" zawiera w sobie sporo pewności, bo miejsce - życia - w którym aktualnie się znajduję, jest miejscem spokoju (po krótkotrwałej burzy, ale to akurat sprawia, że smakuje jeszcze lepiej). Zawiera również dozę radości. Jest w nim też spełnienie i akceptacja... i oczekiwanie. 
Jestem szczęśliwa. Nie tymczasowym szczęściem, nad którym - jak to było do tej pory - wisi miecz Damoklesa w postaci jakiegoś nieuniknionego strasznego wydarzenia związanego z moim domem czy pracą. Nie. Tym rodzajem szczęścia, którego się nie osiąga, a które zostaje dane w bonusie do posłuszeństwa.

Czekam też na cudne zjawisko, które objawi mi się w życiu prędzej czy później. Na kolejne ważne decyzje, które leżą tuż przede mną i już wyciągają łapki.

Tak, zdaję sobie sprawę, że to najprawdopodobniej spokój przed burzą... 
"But the waves are calling out my name and they laugh at me
Reminding me of all the times I've tried before and failed
The waves they keep on telling me
Time and time again. 'you'll never win!'
"You'll never win"

Może... może kiedyś, może gdybym nie miała tej pewności, którą mam teraz, że
"the voice of truth tells me a different story
And the voice of truth says "Do not be afraid!"
And the voice of truth says "This is for My glory"
Out of all the voices calling out to me
I will choose to listen and believe the voice of truth"

Bo trzeba będzie w końcu porzucić swoją strefę bezpieczeństwa i pójść tam, gdzie bezpiecznie nie będzie. Oby dane mi było zrobić to bez wahania i z uśmiechem na ustach.
Tymczasem cieszę się Momentem, popijam herbatę i wsłuchuję się w whisper of a thrill.
Do przeczytania :)

PS: Zapomniałabym dodać - bilety do Shannon zakupione. Witaj wesoła irlandzka przygodo :) Dostałam przepiękny prezent :)