niedziela, 18 listopada 2012

Kiedy w mózgu...

Dobra, powiedzmy sobie szczerze: gdyby kilka lat temu ktoś powiedział mi, że zawodowo będę związana z tym, z czym jestem związana, popukałabym się w głowę... a potem jeszcze raz popukałabym się w głowę, a potem roześmiała w głos i opowiadała jako dobry dowcip. Przypuszczam, że moje najbliższe towarzystwo również uznałoby to za śmieszne. 
Niemniej... oto jestem. I zmagam się z językiem, a nawet dwoma.
W zeszłym tygodniu nadarzyła się - świetna z mojego punktu widzenia, a jakżeby inaczej - okazja do zmagań, takich prawdziwych, z żywym tekstem. No kto by przepuścił taką okazję? Przecież nie ja!
W związku z powyższym siedzę trzeci dzień, autentyczny, niczym nieskrępowany nołlajf, (dzisiaj nawet nie wyściubiłam nosa z domu) i tworzę (no dobra, z przerwami na sprawdzenie fejsa, zrobienie herbaty, jedzenia i obejrzenia dwóch odcinków Arrow/Supernatural/Elementry/TBBT. Ale nie naraz!). A właściwie odtwarzam. I dopiero teraz, kiedy pozbyłam się już trzęsawki, która wynikała w prostej linii z paniki pt. "nie zdążę! nie zdążę!!!", zaczynam mieć z tego frajdę.
Oczywiście teraz ogarnia mnie nieposkromiona ochota na nadrobienie wszystkich zaległości serialowych, a LeGuin nie czytała mi się nigdy lepiej... Bo na to wszystko muszę wyszarpywać czas zębami i pazurami. A i tak niedosypiam. Och, ironio, słodkie Ty moje robactwo, które drążysz życie na wskroś i nie pozwalasz zapomnieć, że mogłoby być gorzej. Bo mogłoby. 
A tak mam robotę od rana do późnej nocy i cieszę się, że właśnie taką, a nie inną. Bo mogłam trafić gorzej. Znowu do kuchni na ten przykład.
A propos kuchni. Dzisiaj zrobiłam zupę marokańską z soczewicy, z przepisu z paczki na chandrę. Palce lizać, powiem nieskromnie. Omnomnom. Dzięki, E.! :)

Dobrze, mój mózg  już się odkopał z nadmiaru wrażeń, przestał wyciekać nosem i szukać dziwnych sformułowań zamkniętych między zwojami (są takie momenty notabene, kiedy czuję się, jakbym czytała kanji. Wiem, co to znaczy, ale za - he he - Chiny Ludowe nie jestem w stanie przypomnieć sobie, jak to przełożyć, żeby było w słowie, nie w znaczeniu).

Wracam do pracy, ja, chłoporobotnica przodująca. Czy coś.

P.S.: Czytam "Pięćdziesiąt twarzy Greya" i - o matko - czy tylko ja mam wrażenie, że stawianie tej książki w jednym rzędzie z tłajlajtem oraz kotem Leonadra DaV. jest w pełni uzasadnione? Naprawdę czytywałam lepsze harlekiny xD Wciąż nie mogę wyjść z podziwu jak wiele energii i pieniędzy poświęca się na tym świecie na propagowanie czystej wody chłamu.



2 komentarze:

  1. I widzisz, to propagowanie się opłaca - kupiłaś i dałaś zarobić ałtorce tego dzieła. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skąd Ci w ogóle przyszło do głowy, że mogłam kupić tę wielce nadobną książkę? XD

      Usuń