Wczorajszy dzień odbył się pod znakiem spotkania przyjacielskiego oraz kolejnego wieczoru filmowego z Kotem. Kiedy w ciągu dnia konsultowałyśmy się, co mamy ochotę obejrzeć, okazało się, że obie mamy chrapkę na akcję z elementami komedii romantycznej.
Zdecydowałyśmy się na "Dorwać byłą" ("The Bounty Hunter" - kto tłumaczy te tytuły, i co takiego złego widzi w tych angielskich, że całkowicie zmienia ich znaczenie?) i był to... strzał w dziesiątkę. Film dał nam całą masę przyjemności. Może jednak zacznę od początku.
Dwie główne role obsadzone są przed Jennifer Aniston i Gerarda Butlera, co było - w moim odczuciu - doskonałym wyborem. Butlera kojarzyłam głównie z roli Leonidasa, a Aniston to dla mnie wciąż Rachel z "Przyjaciół" (i nie mam jej tego za złe).
Film składa się z fabuły, na którą składają się perypetie (że użyję tego archaicznego już nieco zwrotu) Milo i Nicky, na które z kolei składa się skomplikowana sytuacja emocjonalno-życiowa, w której znajdują się bohaterowie. Są oni mianowicie po rozwodzie i szczerze się nie znoszą. On - były policjant, aktualnie łowca nagród, który próbuje wiązać koniec z końcem, żyjący w cieniu związku z nią. Ona, kobieta sukcesu, dziennikarka, trochę bezwzględna w dążeniu na "szczyt", której "towarzyszy" kolega (z rodzaju tych, których odstrzeliłabym po pierwszym zdaniu). Pewnego dnia Nicky wpada na trop pewnej sprawy...
Jak już wspomniałam, Nicky i Milo bardzo się nie lubią. Jednak nie aż tak, żeby nie stanąć razem przeciw złym ludziom. Co z tego wyniknie, trzeba zobaczyć na własne gałki oczne.
Zachwycił mnie Butler, który potrafi śmiać się tak, że ten śmiech nie obejmuje oczu, które pałają żądzą zemsty i satysfakcji. Poczucie humoru utrzymuje się na poziomie dobrej komedii, zwroty akcji sprawiają, że film ani na chwilę nie staje się nudny.
Ogólna ocena: do obejrzenia na poprawę humoru, dla czystej rozrywki. 4/5
"Centurion" to kolejna propozycja. Tym razem dla tych, którzy są fanami kina historycznego z akcją. Albo na odwrót. Szczerze mówiąc czekałam na obejrzenie go bardzo, chociaż Kot lekko kręciła nosem, kiedy zaproponowałam ten tytuł. Mimo tego, że zastrzegła sobie prawo do wyłączenia, jeśli film okaże się nudny, to udało się nam szczęśliwie dotrzeć do końca.
Nie jest to obraz hollywoodzki, szczególnie skomplikowany, ani też rzucający na kolana grą aktorską. Pokrótce: głównym bohaterem jest Quintus Dias i jego drużyna złożona z kilku ocalałych po rzezi, jaką zgotowali armii rzymskiej Piktowie, legionistów. Warto wspomnieć, że oddział wprowadziła w zasadzkę Etain - Piktyjka, niemowa, służąca dotychczas u Rzymian, niezrównana tropicielka.
Quintus zatem wyrusza ze swoją niezbyt liczną drużyną do obozu wroga, aby odbić generała Tytusa Flawiusza Virilusa. Odbicie się nie udaje i drużyna musi uciekać, stawiając czoła siłom wrogiej natury, Piktów i własnych słabości.
To, co podobało mi się w tym filmie, to odejście od patosu, którym tego typu produkcje aż ociekają. Ciężko jest utożsamić się z którąkolwiek stroną - obie są bowiem tak samo zajadłe w walce, pamiętliwe i bez miłosierdzia obchodzące się z wrogami - co z kolei pozwala oddzielić się od emocji i oglądać spokojnie, ciesząc się, że czas wojenny mamy już za sobą.
Przeszkadzała mi natomiast Olga Kurylenko, która była koszmarnie nijaka. Ratowała ją tylko postać Etain - bezwzględnej, krwiożerczej tropicielki. Niestety, w scenach walk przez cały czas odnosiłam wrażenie, że Kurylenko za moment przewróci się pod ciężarem włóczni po kolejnym, średnio mocnym, zamachu. I jeśli ktoś powie mi, że to nadawało scenom walk pozorów realizmu, to odpowiem "jak, do jasnej anielki, kobieta, szkolona do walki od dziecka, mogłaby pozwalać sobie na taką niezgrabność?". Nie. Kurylenko dobrze wygląda. To wszystko,
Ocena ogólna; 3,5/5. Za momenty nudy. I Olgę Kurylenko.
Z książkowej beczki: czytam kolejnego Clarksona i przymierzam się do "Władcy Pierścieni". Recenzja tego pierwszego być może nastąpi, a być może nie. Ale lektura dostarcza rozrywki, to na pewno :)
Ostatni dzisiejszy akapit to moja wielka radość z piątku i tego, że dziś kolejne spotkanie z przyjaciółmi. Sprawia mi to ogromną frajdę i ogólnie daje pozytywnego kopa. Jak również fakt, że ktoś mnie czyta i chce wiedzieć, co dalej. Niniejszym oddelegowuję się i życzę miłego weekendu.
Przepraszam, odbić GENERAŁA? W filmie pada słowo "generał"? Geez, a myślałem że takie fakapy to tylko w "Gladiatorze"
OdpowiedzUsuńNoo... Jestem prawie pewna, że tak.
OdpowiedzUsuńNerd no XD
Żaden nerd, to jest wiedza niemal powszechna dla osób interesujących się historią. Gdybym był nerdem, to bym się czepiał uzbrojenia i strojów. :P
OdpowiedzUsuńJak obejrzysz, to pewnie zaczniesz xD ;)
OdpowiedzUsuń