czwartek, 8 września 2011

Fail tygodnia

... liczonego od poprzedniego czwartku.
Trochę filmów obejrzałyśmy sobie (ja i Kot) w tym czasie. Kilka z nich było przyjemniejszych, kilka innych mniej. Do tej drugiej kategorii zaliczam zdecydowanie Resident Evil: Extinction, część trzecią filmowej adapta... nie, nie posunę się do tego stwierdzenia. Niech stanie na tym, że powstała seria filmów o tym samym tytule, co seria gier wyprodukowanych przez Capcom. Żaden z obrazów kinowych nie zyskał mojej szczególnej sympatii, może za wyjątkiem drugiej części o wiele mówiącym podtytule "Apocalypse", w którym pojawił się Oded Fehr, który to z kolei wywołuje u mnie coś na kształt ślinotoku. Niestety, "Extinctionowi" nawet on nie pomógł (pewnie dlatego, że było go w moim odczuciu zbyt mało).

Pozwolę sobie od razu zaznaczyć, że moja memoria jest wyjątkowo fragilis ostatnimi czasy, ale lata temu widziałam proces przechodzenia trzech gier z serii, i śmiało mogę wymienić elementy, które zostały z nich zaczerpnięte: zombie, Umbrella Corp. STARS i spółka, postaci (główne, które stały się pobocznymi), zombie, Raccoon City, zombie, głównych złych (Nemesis, Tyrant)... i więcej zombie. Cała reszta jest wynikiem kombinacji wszystkich tych elementów oraz - niezbyt rozbudowanej - wyobraźni reżysera i scenarzystów.

Fabuła... to chyba był zbyt duży szok po, ukończonym chwilę wcześniej, Bournie. Fabuły w zasadzie brak. Nastąpiła apokalipsa. Świat zmienił swoje oblicze - i to dosłownie - zamieniając się w pustynię pod wpływem działania mutagennego wirusa, który odbył marsz przez Ziemię (po wydarzeniach RE: Apocalypse), zamieniając wszystko, co żywe w... no... nieżywe. Świat nie stał się przez to zachęcającym miejscem... No dobrze, stał się jeszcze mniej zachęcający niż to, co znamy teraz. Tak więc mamy światową pustynię, a do tego stada (dosłownie) zombiaków. Ale ale! Żeby było jeszcze mniej interesująco, spotykamy członków elyty polityki światowej (tylko kim oni rządzą? Sobą nawzajem? xD), którzy z pewną dozą zainteresowania obserwują poczynania doktora Isaacsa (którego na pewno spotykamy w drugiej części serii, nie pamiętam - i nie chce mi się sprawdzać - czy pojawia się w pierwszej) prowadzącego "Program Alice", mający na celu a) stworzenie superbroni, b) uratowanie ludzkości poprzez "udomowienie", przy pomocy antywirusa, wszystkich zombiaków pełzających po świecie, c) przyniesienie chwały, pieniędzy i nieśmiertelności twórcy. 
Z drugiej strony mamy konwój jeżdżący sobie po zachodniej pustyni/części USA, zbierający niedobitki zarazy (po 5 latach?? Oh, c'mon...) i ogólnie usiłujący przeżyć. Czyli survival horror. Wśród nich znajduje się kilka osobowości (drewnianych, ale lepsze takie, niż żadne - tak zapewne myśleli scenarzyści), reszta to tło składające się głównie z dzieci i kobiet. Mamy zatem znanego z Apokalipsy Carlosa Oliverę (Fehr), Murzyna o wdzięcznym imieniu L.J. (też starego znajomego), i... Clarie Redfield (która tylko nazywa się jak bohaterka 2. części gry, niestety, nie ma się czym jarać). Jest też kowboj i pielęgniarka. Brakuje kilku cyklistów. I masonów.
Z trzeciej strony jest sama Alice, która również wędruje przez pustynię usiłując przeżyć i uciec przed swoją przeszłością, co jej nie wychodzi, ale przy okazji rozwija swoje superhipernadmoce.
Oczywiście wszystkie strony spotykają się w którymś momencie, by narobić jeszcze większego zamieszania, zabić więcej zombie (które - uwaga - będą nowe, lepsze, szybsze), spróbować przejąć władzę nad światem, itd.
W dużym skrócie: z głównych bohaterów przeżywa tylko dwójka i nie będę oryginalna, jeśli powiem, że jedną z tych osób jest Alice (nie będę chamsko spoilerować. może jakiś desperat uciekający przed nudą przeczyta moje dzieło i później będzie miał do mnie pretensje, że zepsułam mu frajdę) - w końcu powstała część czwarta o wdzięcznym podtytule "Afterlife".

Niestety, filmowi nie pomogły ani efekty specjalne (przesadzone), ani muzyka (koszmarnie monotonna). Aktorzy grają postacie z drewna. Paradoksalnie - chyba najbardziej podobała mi się gra Iaina Glena w roli dr. Isaacsa. Był taki, jaki powinien być. Alice... jest wciąż albo zbyt przerażona albo zbyt zdeterminowana. Carlos walił jakieś teksty, które aż bolały mnie w zęby. Redfield była herod-babą, o tajemniczej przeszłości, która trzymała wszystkich żelazną ręką. I naprawdę żadna z postaci nie chwyciła mnie za serce.
Twórcom udało się osiągnąć jedno - skłonić mnie do częstego patrzenia na zegarek w celu ustalenia, kiedy nastąpi koniec. Nastąpił, niestety, zbyt późno.

Opinia ostateczna: film do obejrzenia. Najlepiej w gronie znajomych. Służy świetnie do głośnego komentowania i wykazywania błędów rozmaitej maści oraz do głośnych wybuchów śmiechu.



Ależ tu się filmowo zrobiło... No nic, lepsze to niż blablanie o niczym. Aha - trzeci Bourne chwycił mnie za trzewia, rzucił o ścianę, a potem rozkochał w sobie do reszty. Nie wiem, czyja to wina. Matta Damona, Ludluma czy Greengrassa, ale jak się dowiem, to pięknie podziękuję, bo dzięki tym panom spędziłam trzy bardzo przyjemne wieczory z wypiekami na twarzy śledząc losy Jasona Bourne'a.

Ciekawe, co wymyślimy z Kotem na dzisiaj.

2 komentarze:

  1. Zapomniałaś dodać "i studentów" XD

    Generalnie się zgadzam, jakkolwiek w grę ani nie grałam ani nie byłam świadkiem grania.
    Aż się zastanawiam, czy zdecydujemy się obejrzeć czwartą, i póki co ostatnią (ale na pewno do czasu), część...? XD

    A dzisiaj co było?
    Dla odmiany komedia romantyczna z akcją XD
    Już czekam, co o niej napiszesz jutro :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapomniałam xD

    Pewnie się zdecydujemy. Może nawet dzisiaj? ;D

    Było cudnie, dziękuję :) I sama jestem ciekawa, co napiszę ;)

    OdpowiedzUsuń