niedziela, 25 listopada 2012

Poczta Polska v. ja 1:0

alibo "Zmagania z rzeczywistością".
Zanim przystąpię do dalszych czynności zawodowych muszę z deka odreagować. Wczoraj wieczorem, kiedy czytałam, co natworzyłam, zaczęłam się poważnie zastanawiać, gdzie jest ten sens, który tam widziałam jeszcze chwilę temu. Dlatego dzisiaj zaczynam od posta, potem "drobnica" na jutro, a potem kolejnych kilka stron rozdziału. (Czy wspominałam, że szczęście w nadmiarze też bywa bolesne?)

No dobrze, cofnijmy się jednak do środy, kiedy to będąc w pracy dostałam sms, w którym informowano mnie, że przesyłka o takim i takim numerze zostanie dostarczona w ciągu najbliższych 24 godzin, a jeśli nie odbiorę, to będzie czekać w UP. No i git, przesyłki faktycznie się spodziewałam, więc ucieszona, postanowiłam, że sprawdzę w domu skrzynkę pod kątem awizo, bo o doręczeniu bezpośrednim mowy nie było (godziny pracy. A nie ukrywam, że jak jestem w domu, to listonosz też się jakoś nie rozpędza, żeby polecone dostarczyć. Najczęściej awiza leżą w skrzynce pod pretekstem "niezastania odbiorcy". No cóż). W skrzynce znalazłam reklamy, po czym olałam temat, bo w perspektywie miałam inne, bardziej zajmujące.
Zrobiłam obiad, zjadłam i byłam na etapie parzenia herbaty przed przystąpieniem do pracy, gdy ożył mój domofon. Jedną z zasad jest, że niezapowiedzianym nie otwieramy, więc nie zawracałam sobie głowy. Domofon jednak odezwał się po raz drugi. A za chwilę mój telefon. Numer nieznany. Odebrałam. Z drugiej strony, że dzień dobry, kurier (!!???) Poczta Polska, czy mogłaby Pani łaskawie otworzyć, bo od pięciu minut stoję pod drzwiami. Ja mu na to, że przykro mi, nie spodziewałam się, a niezapowiedzianym nie otwieram. Na co on, pełnym wyrzutu i irytacji głosem, że chociaż przez domofon mogłam zapytać. Na co ja - otwierając - wciąż grzecznie tłumaczę, że znowu przykro mi, ale domofon nie działa głosem w tamtą stronę. Skończyliśmy dywagacje na telefonie, facet po kilku minutach znalazł się u drzwi moich, w których powitałam go z uśmiechem (miał moją paczkę), co on skwitował kwaśnym "No wie pani, mogła pani chociaż z okna wyjrzeć, zobaczyć, kto przy domofonie (mamy daszek, który skutecznie osłania wejście. Żeby zobaczyć człowieka musiałabym cała wyjść z tego okna, a i to nie wiem, czy by wystarczyło. Już abstrahuję od tego, że człowieka nie znam, nie zapowiedział się, z pyska nigdy nie widziałam, a oznakowany - NAWET, GDYBYM - też był jakoś nieszczególnie), samochód STOI przecież (no tak, oczywiście, bo jestem jedyną mieszkanką tego bloku i nawet gdybym już dopatrzyła się czegoś w egipskich ciemnościach parkingu podblokowego, to na pewno domyśliłabym się, że jeden z kilkudziesięciu samochodów należy do kuriera PP, który przyjechał DO MNIE) oznakowany (przyjrzałam się później - podobnie jak kurier. Jeśli w ogóle jakoś, to nie widziałam), a ja tu każę człowiekowi się dobijać. Westchnęłam w duchu, ugryzłam się w język i - pomna codziennych przebojów z klientami - po prostu uśmiechnęłam się szerzej, podziękowałam za paczkę i życzyłam nabzdyczonemu panu miłego wieczoru. Pan, wchodząc do windy, jeszcze coś mamrotał pod nosem.
Mogłam go zjechać i potraktować równie buracko, jak on mnie? Mogłam. Nie zrobiłam tego, mając świeżo w pamięci własne przeżycia z buraczanymi klientami. Bo wiem, co to znaczy robić coś, na co w danym momencie ma się ochotę bardzo niewielką, a trzeba się uśmiechać i być grzecznym, bo zadowolony klient to klient, który zapłaci.
Z łezką w oku wspomniałam kurierów innych firm, którzy - czasem z całodobowym wyprzedzeniem - pisali, dzwonili, dogadywali się, a podczas odbioru byli uprzejmi i uśmiechnięci (E., pamiętasz "- Dzień dobry" - "No czeeeeeeeeeeść. N. jest w kuchni"?)
Cała sytuacja doprowadziła mnie do refleksji: sektor publiczny nad prywatnym ma taką przewagę, że w tym pierwszym w koszt wysyłki wliczona jest chamska obsługa.
Czy kiedyś skorzystam? Wątpię. Nie będę narażać Bogu ducha winnych odbiorców na takie traktowanie.

Tymczasem borem lasem jestem gotowa do dalszej walki. "Atlas Chmur" czeka w ramach rozkosznego deseru (och jej. Obejrzałam trailer chyba z trzydzieści razy, przeczytałam całą obsadę od góry do dołu, a potem jeszcze raz... i jeszcze... I przebieram nogami do wtorku, kiedy to idziemy z Kociołem do kina. A książka... mmm... Pyszności:), następna przerwa przewidziana na obiad, więc do pracy, rodacy.



4 komentarze:

  1. Powiem Ci... ze bardzo nie ladnie i ze dalas ciala. Jestem po stronie kuriera. :(

    OdpowiedzUsuń
  2. No zauwazylam... czytajac bloga ;) Znam Twoje powody takiego a nie innego odbierania demofonu, ale to nie zmienia faktu ze bylas niegrzeczna :) Nastepnym razem byloby lepiej powiedziec 'oh przepraszam nie uslyszalam demofonu' i Niedzwiec nie wkurwiony i kurier caly. Po co psuc sobie i innym dzien.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym odebrała domofon, to moglibyśmy sobie z panem pomilczeć ewentualnie. Domofon nie działa.
      A pan był wkurzony już wcześniej i przypuszczam, że oberwałoby mi się tak czy siak. Byłam grzeczna, on nie. I naprawdę starałam się rozładować atmosferę, przeprosiłam, powiedziałam, że się nie spodziewałam, ale pan wyraźnie miał ochotę się na kimś wyżyć, co też uczynił. W tym konkretnym wypadku nie mam sobie nic do zarzucenia.

      Zresztą - nie chodzi mi o moje zachowanie, tylko o smutną rzeczywistość sektor publiczny vs. sektor prywatny. Gdybym ja tak klientom robiła na głowę, jak ten pan, to długo bym nie popracowała, a on nie jest odosobnionym przypadkiem. Legendarne panie w okienkach US, ZUSu czy banków też potrafią nieźle dać w kość. Czy to ma znaczyć, że mam się zachowywać tak, jak oni? Nie. Czy to ma znaczyć, że mam ochotę być tak traktowana? Też nie.

      Usuń