trawy się kołyszą.
Koncert świerszczy, żurawie przemykające po szarym niebie, ich śpiew opada w miękkiej kadencji. W oddali słychać szczekanie psa. To trochę oszukana cisza, ale zdecydowanie najlepsza na letnie wieczory.
Jutro w dzicz, urodzinniać się. Więc tymczasem.
Over and out.
Blog dla aktywnych leniuszków. Trochę o kosmetykach, o jedzeniu, o piciu, o życiu.
czwartek, 28 lipca 2011
środa, 27 lipca 2011
Salut
Przypomniały mi się wakacje, podczas których pogoda była równie kiepska. Ale wtedy alternatyw było mnóstwo. Bo były wakacje. Siedzieliśmy we czwórkę - moja siostra, mój kuzyn, moja przyjaciółka i ja - i robiliśmy bransoletki węzełkowe. Za oknem, tak jak dzisiaj, szaro, buro i nijako, a my pochyleni od rana aż do obiadu nad dzierganymi rzeczami. Potem były rozmowy, snucie planów, przelewanie serca w serce. Było błogo.
Chłodny, wakacyjny wieczór. Siedzimy "na szkole" większą grupą. Małe nieporozumienia, intrygi, burze emocjonalne. I małe szczęścia.
Jezioro, zapach lasu, woda oddycha po całym dniu, słońce powoli chowa się za horyzontem, upał trochę mniejszy. W tle ktoś krzyczy, ktoś się śmieje.
"Wakacje, znów będą wakacje"...?
Wznoszę kubek z herbatą, salutując chwilom beztroski, które minęły.
wtorek, 26 lipca 2011
Kwestia gustu
Wracam dzisiaj z pracy, przed sobą widzę dwóch dżentelmenów, w wieku lat około 8, zmierzających w kierunku przeciwnym. Nastąpiła wypowiedź. Jeden dżentelmen zwraca się do drugiego, popierając zdanie gestem wskazywania na coś w bloku:
- Ej, ale firanki mam ładne, nie?
:)
Anty-fanka
Wegner robi mi dobrze na sny. To fakt niezaprzeczalny.
Skończyłam "Opowieści", po raz drugi zresztą. Takie tempo powrotów miałam chyba tylko z "Władcą Pierścieni". "Zachód" wegnerowski po raz kolejny zrobił na mnie mieszane wrażenie, ale chłonęłam go, jakbym czytała po raz pierwszy. Tempo tych opowiadań jest zatrważające, a świat przedstawiony bardzo do mnie przemawia. Tak bardzo, że z niecierpliwością oczekuję "Nieba ze stali".
Dzisiaj bach! - sen. Las, zima, domy, poszukiwanie w galopie jakiejś kobiety, która miała w czymś pomóc i jedna taka była na całą wioskę. Zapamiętałam jej piękne włosy farbowane na wspaniały odcień rudego. Kobieta zapytała mnie, czy nie chciałabym zająć jej miejsca. Zrobiłabym to bardzo chętnie, ale coś mi stało na przeszkodzie. Zapewne realizowana misja i drużyna, której nie mogłam zostawić.
Potem miałam przeskok i tym razem było lato, również las, ale tym razem bez pośpiechu. Za to z moim byłym niedoszłym u boku. Uprawialiśmy spacery, podczas których czas upływał nam szybko na konwersacjach. Oczywiście nagle skonstatowałam, że on mnie już nawet nie podrywa. Zwyczajnie - jak to się mówi - jesteśmy ze sobą. Towarzyszyła temu ta miękka emocja, zapadanie się w tego drugiego człowieka, oczekiwanie na każde słowo, każdy uśmiech...
Na szczęście się obudziłam.
Od jakiegoś czasu nie jestem fanką emocji. Tak, wiem, poddaję się im na co dzień, ale to nie zmienia faktu, że jeśli pozwolić im kierować życiem, zrobi się z niego totalna chryja. Znam takie przypadki, wyglądają niewesoło. I dlatego mówię nie.
Poza tym, to osławione zakochanie zawiera tyle odpychających czynników, że zdumiewa mnie ilość jego fanów. Przecież to lepka emocja, płytka i taka... nijaka. Oślepia, ogłusza, nie pozwala myśleć. Za to efekty może przynieść obezwładniające. Dosłownie.
Tak, jestem anty-fanką emocji. Proponowałabym zredukowanie ich do minimum.
To może jakiś marsz w tej sprawie...?
;)
P.S. - Notka pół-żartem. Bo wiem, przy Kim moje serce jest bezpieczne.
Skończyłam "Opowieści", po raz drugi zresztą. Takie tempo powrotów miałam chyba tylko z "Władcą Pierścieni". "Zachód" wegnerowski po raz kolejny zrobił na mnie mieszane wrażenie, ale chłonęłam go, jakbym czytała po raz pierwszy. Tempo tych opowiadań jest zatrważające, a świat przedstawiony bardzo do mnie przemawia. Tak bardzo, że z niecierpliwością oczekuję "Nieba ze stali".
Dzisiaj bach! - sen. Las, zima, domy, poszukiwanie w galopie jakiejś kobiety, która miała w czymś pomóc i jedna taka była na całą wioskę. Zapamiętałam jej piękne włosy farbowane na wspaniały odcień rudego. Kobieta zapytała mnie, czy nie chciałabym zająć jej miejsca. Zrobiłabym to bardzo chętnie, ale coś mi stało na przeszkodzie. Zapewne realizowana misja i drużyna, której nie mogłam zostawić.
Potem miałam przeskok i tym razem było lato, również las, ale tym razem bez pośpiechu. Za to z moim byłym niedoszłym u boku. Uprawialiśmy spacery, podczas których czas upływał nam szybko na konwersacjach. Oczywiście nagle skonstatowałam, że on mnie już nawet nie podrywa. Zwyczajnie - jak to się mówi - jesteśmy ze sobą. Towarzyszyła temu ta miękka emocja, zapadanie się w tego drugiego człowieka, oczekiwanie na każde słowo, każdy uśmiech...
Na szczęście się obudziłam.
Od jakiegoś czasu nie jestem fanką emocji. Tak, wiem, poddaję się im na co dzień, ale to nie zmienia faktu, że jeśli pozwolić im kierować życiem, zrobi się z niego totalna chryja. Znam takie przypadki, wyglądają niewesoło. I dlatego mówię nie.
Poza tym, to osławione zakochanie zawiera tyle odpychających czynników, że zdumiewa mnie ilość jego fanów. Przecież to lepka emocja, płytka i taka... nijaka. Oślepia, ogłusza, nie pozwala myśleć. Za to efekty może przynieść obezwładniające. Dosłownie.
Tak, jestem anty-fanką emocji. Proponowałabym zredukowanie ich do minimum.
To może jakiś marsz w tej sprawie...?
;)
P.S. - Notka pół-żartem. Bo wiem, przy Kim moje serce jest bezpieczne.
poniedziałek, 25 lipca 2011
Lipcopad
(Kopyrajty nie należą do mnie. Tytuł by ktoś na Kwejku)
Pada. Wiadomość ostatnich dni. Pada nieustannie od piątku, z przerwą na niedzielę, kiedy to padało, ale od wieczora.
W takie dni jak dzisiaj przełącznik przeskakuje z pozycji "Aktywność letnia" na pozycję "Aktywność jesienna". Dlatego Trójka grająca nastrojowo sprawia, że chce mi się czytać przy herbacie, świeczce zapachowej, w tym specyficznym półmroku zapalonej lampki.
Opadła mnie wewnętrzna cisza. To normalne. Skorupki, w które zamieniło się życie, milczą. Zero walki. Strach zagląda w oczy i wyziera z oczu. To nic. To tylko takie podrygi.
Jutro Harry Potter. Istnieje tylko jedna obawa: że znów czegoś mi zabraknie. Że będzie kwadratowo, plastikowo i nienaturalnie. Pomyśleć, że książka spędzała mi sen z powiek.
Niech już będzie ten październik.
Pada. Wiadomość ostatnich dni. Pada nieustannie od piątku, z przerwą na niedzielę, kiedy to padało, ale od wieczora.
W takie dni jak dzisiaj przełącznik przeskakuje z pozycji "Aktywność letnia" na pozycję "Aktywność jesienna". Dlatego Trójka grająca nastrojowo sprawia, że chce mi się czytać przy herbacie, świeczce zapachowej, w tym specyficznym półmroku zapalonej lampki.
Opadła mnie wewnętrzna cisza. To normalne. Skorupki, w które zamieniło się życie, milczą. Zero walki. Strach zagląda w oczy i wyziera z oczu. To nic. To tylko takie podrygi.
Jutro Harry Potter. Istnieje tylko jedna obawa: że znów czegoś mi zabraknie. Że będzie kwadratowo, plastikowo i nienaturalnie. Pomyśleć, że książka spędzała mi sen z powiek.
Niech już będzie ten październik.
sobota, 23 lipca 2011
Ciało obce
Oj, minęło trochę czasu. Naprawdę chciałabym prowadzić blog z jakąś ludzką częstotliwością, ale chyba nie jest mi pisane.
Pogoda za oknem przyprawia o gęsią skórkę. Dosłownie. Na szczęście jest też kilka rzeczy, które potrafią wyprzeć niepogodę z serca i z ducha, ocieplając atmosferę, nadając jej błyski słońca na falach oceanu na przykład.
Moja faza dramowa ma się dobrze. To znaczy... nie mogę jej nazwać dosłownie "fazą" - to coś przelotnego, ale kiedy już się pojawia, trwa zazwyczaj do ostatniego odcinka. Skończyłyśmy z Friend wczoraj dosłownie starą, japońską dramę "Beach Boys". Było to przemiłe doświadczenie - trochę do śmiechu, trochę do płaczu, na szczęście jednak pozostawiające bez wątpienia tą swoistą pogodę ducha, która utrzymuje się, nie znika.
Podczytuję sobie, do pełni szczęścia, Wegnera "Opowieści z meekhańskiego pogranicza". Jest to bez dwóch zdań lektura dobra, zachęcająca do sięgnięcia po kolejny tom. Przy okazji czytania zresztą, zrodziła mi się refleksja. Otóż czytanie dobrych książek jest trochę jak bycie zakochanym: w pierwszym kontakcie (mam tak ja i kilka znajomych mi osób, ale zdaję sobie sprawę, że to jeszcze nie ogół) zachłyśnięcie się, lekki niepokój 'co będzie dalej?', fascynacja i dziki pęd. Potem zwolnienie, chwila przerwy, powrót i większy spokój, głębsza refleksja, rozkoszowanie się każdym zdaniem, każdą chwilą spędzoną razem.
To w prostej linii prowadzi mnie do kolejnego wniosku, który zrodził się na przestrzeni tygodnia. W moim życiu, w relacjach, dostrzegłam pewną prawidłowość. Kiedy pojawia się jakiś ktoś, od początku wiadomo, czy będzie to coś fajnego, czy wręcz przeciwnie. Albo jest 'swój', albo jest ciałem obcym i tak traktują go moja psychika na spółkę z emocjami. Dyskomfort, niepokój, niechęć - tak się kończy przebywanie z ciałem obcym na jakiejkolwiek płaszczyźnie. Nie lubię tego i unikam jak mogę.
Niestety, nie zawsze się da.
Pogoda za oknem przyprawia o gęsią skórkę. Dosłownie. Na szczęście jest też kilka rzeczy, które potrafią wyprzeć niepogodę z serca i z ducha, ocieplając atmosferę, nadając jej błyski słońca na falach oceanu na przykład.
Moja faza dramowa ma się dobrze. To znaczy... nie mogę jej nazwać dosłownie "fazą" - to coś przelotnego, ale kiedy już się pojawia, trwa zazwyczaj do ostatniego odcinka. Skończyłyśmy z Friend wczoraj dosłownie starą, japońską dramę "Beach Boys". Było to przemiłe doświadczenie - trochę do śmiechu, trochę do płaczu, na szczęście jednak pozostawiające bez wątpienia tą swoistą pogodę ducha, która utrzymuje się, nie znika.
Podczytuję sobie, do pełni szczęścia, Wegnera "Opowieści z meekhańskiego pogranicza". Jest to bez dwóch zdań lektura dobra, zachęcająca do sięgnięcia po kolejny tom. Przy okazji czytania zresztą, zrodziła mi się refleksja. Otóż czytanie dobrych książek jest trochę jak bycie zakochanym: w pierwszym kontakcie (mam tak ja i kilka znajomych mi osób, ale zdaję sobie sprawę, że to jeszcze nie ogół) zachłyśnięcie się, lekki niepokój 'co będzie dalej?', fascynacja i dziki pęd. Potem zwolnienie, chwila przerwy, powrót i większy spokój, głębsza refleksja, rozkoszowanie się każdym zdaniem, każdą chwilą spędzoną razem.
To w prostej linii prowadzi mnie do kolejnego wniosku, który zrodził się na przestrzeni tygodnia. W moim życiu, w relacjach, dostrzegłam pewną prawidłowość. Kiedy pojawia się jakiś ktoś, od początku wiadomo, czy będzie to coś fajnego, czy wręcz przeciwnie. Albo jest 'swój', albo jest ciałem obcym i tak traktują go moja psychika na spółkę z emocjami. Dyskomfort, niepokój, niechęć - tak się kończy przebywanie z ciałem obcym na jakiejkolwiek płaszczyźnie. Nie lubię tego i unikam jak mogę.
Niestety, nie zawsze się da.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)