piątek, 30 listopada 2012

Rocznicowo

Chwilę temu minęły dwa lata pewnej przyjaźni. Przyjaźni trochę online, trochę na żywo. Trochę korespondencyjnie i trochę przez telefon. Trochę z radością, trochę ze smutkiem. Trochę z gniewem, trochę z entuzjazmem. Ale zawsze ramię w ramię ;)

Za te wszystkie chwile...

Hantanye, Narsil :)

niedziela, 25 listopada 2012

Poczta Polska v. ja 1:0

alibo "Zmagania z rzeczywistością".
Zanim przystąpię do dalszych czynności zawodowych muszę z deka odreagować. Wczoraj wieczorem, kiedy czytałam, co natworzyłam, zaczęłam się poważnie zastanawiać, gdzie jest ten sens, który tam widziałam jeszcze chwilę temu. Dlatego dzisiaj zaczynam od posta, potem "drobnica" na jutro, a potem kolejnych kilka stron rozdziału. (Czy wspominałam, że szczęście w nadmiarze też bywa bolesne?)

No dobrze, cofnijmy się jednak do środy, kiedy to będąc w pracy dostałam sms, w którym informowano mnie, że przesyłka o takim i takim numerze zostanie dostarczona w ciągu najbliższych 24 godzin, a jeśli nie odbiorę, to będzie czekać w UP. No i git, przesyłki faktycznie się spodziewałam, więc ucieszona, postanowiłam, że sprawdzę w domu skrzynkę pod kątem awizo, bo o doręczeniu bezpośrednim mowy nie było (godziny pracy. A nie ukrywam, że jak jestem w domu, to listonosz też się jakoś nie rozpędza, żeby polecone dostarczyć. Najczęściej awiza leżą w skrzynce pod pretekstem "niezastania odbiorcy". No cóż). W skrzynce znalazłam reklamy, po czym olałam temat, bo w perspektywie miałam inne, bardziej zajmujące.
Zrobiłam obiad, zjadłam i byłam na etapie parzenia herbaty przed przystąpieniem do pracy, gdy ożył mój domofon. Jedną z zasad jest, że niezapowiedzianym nie otwieramy, więc nie zawracałam sobie głowy. Domofon jednak odezwał się po raz drugi. A za chwilę mój telefon. Numer nieznany. Odebrałam. Z drugiej strony, że dzień dobry, kurier (!!???) Poczta Polska, czy mogłaby Pani łaskawie otworzyć, bo od pięciu minut stoję pod drzwiami. Ja mu na to, że przykro mi, nie spodziewałam się, a niezapowiedzianym nie otwieram. Na co on, pełnym wyrzutu i irytacji głosem, że chociaż przez domofon mogłam zapytać. Na co ja - otwierając - wciąż grzecznie tłumaczę, że znowu przykro mi, ale domofon nie działa głosem w tamtą stronę. Skończyliśmy dywagacje na telefonie, facet po kilku minutach znalazł się u drzwi moich, w których powitałam go z uśmiechem (miał moją paczkę), co on skwitował kwaśnym "No wie pani, mogła pani chociaż z okna wyjrzeć, zobaczyć, kto przy domofonie (mamy daszek, który skutecznie osłania wejście. Żeby zobaczyć człowieka musiałabym cała wyjść z tego okna, a i to nie wiem, czy by wystarczyło. Już abstrahuję od tego, że człowieka nie znam, nie zapowiedział się, z pyska nigdy nie widziałam, a oznakowany - NAWET, GDYBYM - też był jakoś nieszczególnie), samochód STOI przecież (no tak, oczywiście, bo jestem jedyną mieszkanką tego bloku i nawet gdybym już dopatrzyła się czegoś w egipskich ciemnościach parkingu podblokowego, to na pewno domyśliłabym się, że jeden z kilkudziesięciu samochodów należy do kuriera PP, który przyjechał DO MNIE) oznakowany (przyjrzałam się później - podobnie jak kurier. Jeśli w ogóle jakoś, to nie widziałam), a ja tu każę człowiekowi się dobijać. Westchnęłam w duchu, ugryzłam się w język i - pomna codziennych przebojów z klientami - po prostu uśmiechnęłam się szerzej, podziękowałam za paczkę i życzyłam nabzdyczonemu panu miłego wieczoru. Pan, wchodząc do windy, jeszcze coś mamrotał pod nosem.
Mogłam go zjechać i potraktować równie buracko, jak on mnie? Mogłam. Nie zrobiłam tego, mając świeżo w pamięci własne przeżycia z buraczanymi klientami. Bo wiem, co to znaczy robić coś, na co w danym momencie ma się ochotę bardzo niewielką, a trzeba się uśmiechać i być grzecznym, bo zadowolony klient to klient, który zapłaci.
Z łezką w oku wspomniałam kurierów innych firm, którzy - czasem z całodobowym wyprzedzeniem - pisali, dzwonili, dogadywali się, a podczas odbioru byli uprzejmi i uśmiechnięci (E., pamiętasz "- Dzień dobry" - "No czeeeeeeeeeeść. N. jest w kuchni"?)
Cała sytuacja doprowadziła mnie do refleksji: sektor publiczny nad prywatnym ma taką przewagę, że w tym pierwszym w koszt wysyłki wliczona jest chamska obsługa.
Czy kiedyś skorzystam? Wątpię. Nie będę narażać Bogu ducha winnych odbiorców na takie traktowanie.

Tymczasem borem lasem jestem gotowa do dalszej walki. "Atlas Chmur" czeka w ramach rozkosznego deseru (och jej. Obejrzałam trailer chyba z trzydzieści razy, przeczytałam całą obsadę od góry do dołu, a potem jeszcze raz... i jeszcze... I przebieram nogami do wtorku, kiedy to idziemy z Kociołem do kina. A książka... mmm... Pyszności:), następna przerwa przewidziana na obiad, więc do pracy, rodacy.



czwartek, 22 listopada 2012

Atlas chmur

Tak, syndrom, który wiąże się bardzo ściśle z pracą do wykonania. Łapię się wszystkiego, co choć na chwilę oderwie mnie od obowiązku / myślenia o obowiązku.

Czytam Mitchella, jak w tytule, i muszę wyznać, że książka wciąga (niestety, niezależnie od mojej niechęci do pracy xD). Nie jest przegadana, nie próbuje narzucać (przynajmniej póki co) swojej wizji świata, robi to, do czego książki są powołane - snuje opowieść.

Więcej będzie zapewne po filmie i skończeniu lektury, ale już teraz mogę powiedzieć: smakuje.

niedziela, 18 listopada 2012

Kiedy w mózgu...

Dobra, powiedzmy sobie szczerze: gdyby kilka lat temu ktoś powiedział mi, że zawodowo będę związana z tym, z czym jestem związana, popukałabym się w głowę... a potem jeszcze raz popukałabym się w głowę, a potem roześmiała w głos i opowiadała jako dobry dowcip. Przypuszczam, że moje najbliższe towarzystwo również uznałoby to za śmieszne. 
Niemniej... oto jestem. I zmagam się z językiem, a nawet dwoma.
W zeszłym tygodniu nadarzyła się - świetna z mojego punktu widzenia, a jakżeby inaczej - okazja do zmagań, takich prawdziwych, z żywym tekstem. No kto by przepuścił taką okazję? Przecież nie ja!
W związku z powyższym siedzę trzeci dzień, autentyczny, niczym nieskrępowany nołlajf, (dzisiaj nawet nie wyściubiłam nosa z domu) i tworzę (no dobra, z przerwami na sprawdzenie fejsa, zrobienie herbaty, jedzenia i obejrzenia dwóch odcinków Arrow/Supernatural/Elementry/TBBT. Ale nie naraz!). A właściwie odtwarzam. I dopiero teraz, kiedy pozbyłam się już trzęsawki, która wynikała w prostej linii z paniki pt. "nie zdążę! nie zdążę!!!", zaczynam mieć z tego frajdę.
Oczywiście teraz ogarnia mnie nieposkromiona ochota na nadrobienie wszystkich zaległości serialowych, a LeGuin nie czytała mi się nigdy lepiej... Bo na to wszystko muszę wyszarpywać czas zębami i pazurami. A i tak niedosypiam. Och, ironio, słodkie Ty moje robactwo, które drążysz życie na wskroś i nie pozwalasz zapomnieć, że mogłoby być gorzej. Bo mogłoby. 
A tak mam robotę od rana do późnej nocy i cieszę się, że właśnie taką, a nie inną. Bo mogłam trafić gorzej. Znowu do kuchni na ten przykład.
A propos kuchni. Dzisiaj zrobiłam zupę marokańską z soczewicy, z przepisu z paczki na chandrę. Palce lizać, powiem nieskromnie. Omnomnom. Dzięki, E.! :)

Dobrze, mój mózg  już się odkopał z nadmiaru wrażeń, przestał wyciekać nosem i szukać dziwnych sformułowań zamkniętych między zwojami (są takie momenty notabene, kiedy czuję się, jakbym czytała kanji. Wiem, co to znaczy, ale za - he he - Chiny Ludowe nie jestem w stanie przypomnieć sobie, jak to przełożyć, żeby było w słowie, nie w znaczeniu).

Wracam do pracy, ja, chłoporobotnica przodująca. Czy coś.

P.S.: Czytam "Pięćdziesiąt twarzy Greya" i - o matko - czy tylko ja mam wrażenie, że stawianie tej książki w jednym rzędzie z tłajlajtem oraz kotem Leonadra DaV. jest w pełni uzasadnione? Naprawdę czytywałam lepsze harlekiny xD Wciąż nie mogę wyjść z podziwu jak wiele energii i pieniędzy poświęca się na tym świecie na propagowanie czystej wody chłamu.



poniedziałek, 5 listopada 2012

Metoda na chandrę

Tak się złożyło, że dosięgło mnie to niesamowite szczęście obracania się w towarzystwie niebagatelnych pod każdym względem jednostek.

Pewnego posępnego jesiennego dnia podczas rozmowy telefonicznej zwierzyłam się z mojego ponurego nastawienia do rzeczywistości i... tydzień później znalazłam w skrzynce świeżutkie, prosto z pieca awizo. Pogalopowałam na pocztę z Kotem pod pachą (która nawet sama wyraziła chęć towarzyszenia) i odebrałam paczuszkę. W paczuszce zaś znajdowały się wielkie precjoza.

Oprócz przepisu na zupę z soczewicy, rzeczonej soczewicy oraz mieszanki przypraw sporządzonych pod kątem tejże...


Znalazły się dwie, cudnej urody, paczuszki.





Z owych paczuszek wyjrzały:


Trzy genialne cienie marki Miyo (więcej o cieniach tutaj. Naprawdę produkt tani i bardzo dobrej jakości): No. 18 Lavender, No. 24 Starshine oraz szalony, RÓŻOWY No. 16 Diva. Cienie wypróbowałam rzecz jasna zaraz na drugi dzień - są trwałe, ładnie się rozkładają i zasadniczo nie znajduję w nich niczego, do czego mogłabym spróbować się przypiąć.




Olejek do kąpieli (lawendowy! :3 Mój szał na lawendę trwa), nawilżającą maseczkę do twarzy, żel ze świetlikiem pod oczy (alleluja! Moje oczy marzą o odpoczynku) oraz opalizujący lakier do paznokci (również Miyo, jak widać na załączonym obrazku - trzyma się bardzo dobrze, ładnie kryje i jedyną jego wadą jest ciut za mały - w stosunku do mojej wielkiej płytki paznokciowej - pędzelek).

Poziom chandry spadł do zera, poziom radości zaliczył 10/10. Działa? - jak to złoto.

Jeszcze raz dziękuję, E. :*

Tymczasem borem lasem ostatni długi weekend przegalopował i zostało długo długo nic, aż do samych Świąt. Nie ukrywam, że już zacieram łapki, bo będzie... oj, będzie się działo.