poniedziałek, 30 lipca 2012

...

Gratuluję sobie powstrzymania się od jakiegoś infantylnego komentarza w stylu "kwik". Albo "ehh".
Generalnie nie ogarniam - tym razem nie jest to pejoratywne określenie. Po prostu jestem we wszystkim, co się dzieje, ale jakby obok. Tak, brzmi idiotycznie, ale nie wiem, jak inaczej określić ten stan.

Widziałam "Prometeusza". Mnie się podobało.Nie dołączę jednak do głosów recenzenckich - zostawię pole do popisu bardziej obeznanym z tematem zarówno "alienowskiej" serii, jak i samego "Prometeusza". Zdania są podzielone, a ja ignorancko dyndam gdzieś pośrodku.

Skończyłam "Mass Effect" - całą serię. Chyba jestem już za stara na takie emocje, bo generalnie raz - podobało mi się, dwa - do spółki z "Prometeuszem" finał ME3 zafundował mi noc horrorów. Niestety, nie było to przyjemne.
Przypuszczam, że jest to głównie zasługą ciężkiego, przygnębiającego klimatu ostatniej części gry, tego, że jestem kobietą i swoistego uwrażliwienia ostatnimi czasy.
Nie chodzi nawet o fabułę, tylko właśnie o ten posmak wyrzutu sumienia, niepokoju, zmęczenia... To wszystko złożyło się na efekt psychodelicznego smutku, który towarzyszył mi w snach. Aż do finału spotkania ME3-Prometeusz. Na chwilę odstawiam sci-fi.

Odbicie psychiczne i emocjonalne przyszło samo z siebie - pochłonęły mnie przygotowania do warsztatów, nie wypuszczając z objęć ani na chwilę.

Za to w tzw. międzyczasie odkryłam, że moja miłość do muzyki celtyckiej jednak nie przeszła.

No i właśnie. Tak... dziwnie.

środa, 18 lipca 2012

Jest takie miejsce

Jest takie miejsce, w którym wita mnie latem powietrze nasycone zapachem lip, suszonej lawendy i cynamonu.
Jest takie miejsce, w którym słychać świerszcze i żurawie.
Jest takie miejsce, które syci oczy widokiem granatu chmur odciętego od złota zboża.
Jest takie miejsce.

Mój dom.

Ciekawe, jak będzie pachniało Niebo.

niedziela, 15 lipca 2012

Nigdy-zawsze

Właśnie dogorywa weekend, który postawił mnie w stan gotowości bojowej oraz oczekiwania na wszystko, co najlepsze. Nie zawiodłam się i doświadczyłam dodatkowych "efektów specjalnych", o które nie prosiłam, ale dostałam w słodko-gorzkim bonusie.

Nigdy nie przypuszczałam, że mój pierwszy spływ kajakowy to będzie survival: level hard. Grupa szaleńców (z mua), która najpierw z impetem przecięła jezioro, by wylądować na malowniczym kawałku rzeki, pokonać śluzę i - podczepiona do statku wycieczkowego sznurkiem niczym pępowiną - pośród debilnych chichotów dryfować sobie radośnie, okładając się wiosłami, chlapiąc wodą oraz prezentując ogólny poziom zachowania zarezerwowany dla przedstawicieli wczesnej podstawówki. 
Skończyło się na wielokilometrowym odcinku walki z przeciwnościami w postaci zwalonych drzew (przepływanych pod i nad), mostków, dna rzeczki (które było wygłodniałe i pochłonęło klapek kolegi), komarów i innych stworzeń (które mogłabym określić jednym dość nieparlamentarnym słowem, więc sobie jednak daruję), meandrów (rzeka nagle się kończy, a człowiek uświadamia sobie, że tylko błyskawiczny manewr może uratować kajak i jego zawartość przed zaliczeniem kolejnej mielizny / drzewa, które niczym jakieś baśniowe straszydło zamyka swoje gałęzie na górnej części kadłuba ludzia, wiosłach i na czym tylko może) oraz innych potencjalnych zagrożeń zdrowia. Jak to zanuciła w pewnym momencie moja przyjaciółka uwięziona ze mną na jednym z ukrytych pod wodą drzew "Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda". Dokładnie. Rozkoszowałam się bowiem każdą chwilą potu, wydzierania swoich włosów gałęziom, "przepływania" nad zwalonymi drzewami metodą "push-and-go" i obrywania schlapywanym z wiosła Em. szlamem.
Przestałam się nim rozkoszować w momencie wpłynięcia na jezioro. Nagle otworzyła się przed nami przestrzeń spienionych fal miotanych wiatrem. Niestety - nie była to jedynie poetycka metafora. To było koszmarne. Próg bólu przekroczyłam gdzieś na początku, a na nas czekało radośnie kolejne 20 minut machania wiosłami i walki z dwoma żywiołami (wiatr oczywiście miałyśmy w pyski). Do rzeczonego machania motywowały mnie dwa elementy: gdzieś tam z przodu majaczył brzeg i Em. nie przestawała machać. Kiedy dotarłyśmy mokre, przewiane i schetane jak te konie po westernie wysiadałam z kajaka wprost do jeziora jak "stałam" (czyli w kostiumie kąpielowym i koszulce, która była tak uwalona szlamem i mokra, że już nic nie mogło jej zaszkodzić). Woda w jeziorze była cieplejsza niż temperatura powietrza. Zapłaciłam za tę fanaberię, bo jednak na tym powietrzu spędziłam później trochę czasu i udało mi się rozgrzać dopiero późnym wieczorem.
Było warto.

Zawsze myślałam, że zadzierzganie znajomości polega na doborze naturalnym - jest "chemia" na poziomie intelektualnym i emocjonalnym i reszta się jakoś tak sympatycznie sama układa. Od jakiegoś czasu jednak doświadczam czegoś nowego i zupełnie wręcz przeciwnego do stanu, który do tej pory uznawałam za normę. Nie powiem, że przychodzi mi to łatwo - okazuje się, że mój poziom intelektualny nie wszystkim odpowiada, albo różnimy się emocjonalnie jak noc i dzień, albo muszę chować swoją dumę do kieszeni. Nie dla wszystkich jestem fajna, albo atrakcyjna jako koleżanka... a mimo to są takie więzi jak ta jedna z najświeższych. 
Stado obcych ludzi, do których przystosowanie się jest dla mnie nieustającym wyzwaniem i wciąż popełniam błędy, wciąż się z czymś wyrywam, albo o czymś zapominam, albo nie powstrzymam wystarczająco szybko raniących słów. Jest takie zaufanie, na które trzeba pracować.
Dla efektów takich, jak miniony weekend - szalonych, intensywnych w radości, tak cudownie innych od codzienności.
Po raz drugi w życiu płakałam dzisiaj po rozstaniu. Po raz pierwszy pustka była tak rozległa.

To wszystko sponsorowane przez Boga, który nie tylko nas stworzył, jako jednostki - silne indywidualności, ale też zostawił swojego Ducha, który nieustannie działa w tych właśnie jednostkach, łącząc, przekształcając, ciągle w ruchu, ciągle w zmianach. On daje tak wielką miłość, która pozwala spojrzeć na drugiego człowieka jak na brata lub siostrę, przywiązać się i pozostać w tej relacji w poczuciu bezpieczeństwa i nieustającego wyzwania: dążenia do perfekcji. Daje też wrażliwe i szybkie do wybaczania serce.