sobota, 27 listopada 2010

Skrzy się

czy coś.
Hm hm... Od czego by tu...? A!
Zachciało mi się remontów. Zachciało mi się na tyle skutecznie, że zaciągnęłam kredyt i sama zostałam zaciągnięta do roboty.

Praca, którą - przy odpowiednich nakładach czasu, czasu i pieniędzy - można było wykonać w tydzień, została wykonana w ciągu trzech listopadowych tygodni. Dzięki nieocenionej pomocy moich przyjaciół udało się zerwać trzydziestoletnie tapety, ogruntować ściany i sufit, ten ostatni pomalować (dwukrotnie, co w pamiętną sobotę stało się przyczynkiem do uznania weekendu za udany), położyć nowe tapety, poprawić położone (budownictwo blokowe lat 50. poprzedniego wieku charakteryzuje się brakiem kątów prostych oraz równych linii): przyciąć, domalować białe paski... Położenie wykładziny zaś stało się dziełem moich niezastąpionych Friendsów. I tak oto czekam na meble, starając się nosić cierpliwość jako li tę zbroję. Będę miała swoje biurko, o którym marzę od zeszłego roku (remont pokoju to tylko dodatek specjalny ;) Co ciekawsze: remont i czynności okołoremontowe tak mnie pochłonęły (i jeszcze kilka osób), że zapomniałam o tym przeklętym Miesiącu Wiecznej Szarości i Lejących się/Mrzących/Kapuśniakujących Strumieni Wody. Naprawdę. Zajęcie było zajmujące i sprawiło, że listopad oddalił się rączo. Musze podumać, co by tu wykombinować na przyszły rok. Może przyjaciół wydać za mąż/ożenić...? Hmmm...
:D

Spadł śnieg i postanowił zostać na dłużej. Dzisiaj podczas spaceru na przystanek skonstatowałam z pewną dozą nieśmiałości, że powietrze pachnie już prawie zimą. Jeszcze za dużo w nim wilgoci i tego dziwnego, słodko-kwaśnego aromatu ziemi, ale powoli zbliżamy się do ideału, prawda Puchatku? ;D

Z ociąganiem wychodzę także na duchową prostą. Zaczynają do mnie docierać rzeczy, którymi naładowałam głowę w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Czasami nachodzi mnie wrażenie, że moje życie przyjmuje pewne hasła od umysłu ze sporym opóźnieniem. Uważam jednak, że i tak lepiej późno niż później. A rozważanie nie jest złe. Naprawdę. Brak refleksji prowadzi do śmierci mózgowej.

To jest wpis "na szybko". Muszę wrócić do tego kącika, bo dużo mam do wylania, a tutaj komfort, że nikt niepowołany nie przeczyta. :)

Tymczasem jednak udam się na spoczynek, bo godzina barbarzyńska, a jutro przecież też jest dzień.

P.S. - Słyszałam Karpia. Święta w ruchu ;)

P.P.S. - Na zakończenie:

Z Tobą ja gadam, co królujesz w niebie,
A razem gościsz w domku mego ducha;
Gdy północ wszystko w ciemnościach zagrzebie
I czuwa tylko zgryzota i skrucha,
Z Tobą ja gadam! Słów nie mam dla Ciebie:
Myśl Twoja każdej myśli mej wysłucha;
Najdalej władasz i służysz w pobliżu,
Król na niebiosach, w sercu mym na krzyżu!
Mickiewicz "Rozmowa wieczorna". Bo tak.

niedziela, 13 czerwca 2010

Shiki no uta

(Właśnie zaczęłam poważnie zastanawiać się nad zakupieniem japońsko-angielskiego i w drugą stronę słownika. Ale najpierw muszę wyjść z bankructwa.)

Witam po długiej, niezasłużonej (bo na co, ale tak naprawdę, z ręką na sercu zasługujemy?) przerwie. Działo się całkiem dużo w gruncie rzeczy, stąd blade milczenie... czy jakieś inne. Po kolei jednak. (Przeczytałam kiedyś w mądrej książce "miejsce na wszystko i wszystko na miejscu" i tego będę się trzymać. Będzie miejsce na spokojny opis i na dygresje)
Czerwiec rozpoczął się od fantastycznego pobytu w Gdańsku u znajomych Forumowiczów (niniejszym pozdrawiam z wyszczerzonym uśmiechem i dziękuję raz jeszcze). Fantastyczny klimat, jedzenie, od którego szlag trafił moją dietę (Aluuuuuuuuu... Tiramiiiiisuuuuu... chyba już po wieki wieków będę się debilnie uśmiechać na samo wspomnienie tego smaku), słońce, tłum tańczący na starym mieście poloneza (no bo czemu nie?) oraz Szkot, w którym grali Dropkick Murphysów... Garść emocji , audio i video, przekutych w garść wspomnień, z obietnicą na więcej. Następny Toruń. Warszawa niestety odpadnie ze względów ekonomicznych (szlag).

Kolejną atrakcja miesiąca była nauka japońskiego na egzamin końcowy. Przy okazji zakończenia semestru Sensei zalazł mi za skórę nieufnością i jestem oficjalnie obrażona na supozycję, że mogłam była nie oddać pracy domowej. Śpiewające bursztyny też swój honor mają.

Ostatnią atrakcją jest ostatnia fala upałów, która skończyła się wczoraj. Nie będę pisała o frustracji wypływającej z faktu siedzenia w pracy podczas największej intensywności żaru z nieba, kiedy do najbliższego jeziora mam kwadrans piechotą, bo i po co?

Lubię czerwiec. W zasadzie lubię całe lato, ale czerwiec jest tym szczególnym miesiącem, podczas którego dni są naprawdę dłuższe niż noce. Aż szkoda, że człowiek zamiast siedzenia i obserwowania zjawiska długich wieczorów musi kłaść się spać (bo praca). Teraz właśnie zaczyna się okres najciekawszych zapachów i dźwięków.
Wczoraj, idąc z Mamą do sklepu, uświadomiłam sobie, że w mieście nie ma tego upajającego aromatu dzikich ziół. W mieście nie słychać tak ptaków, które dniem i nocą (pokłony dla znajomego słowika) pieją swoje trele... Lubię swoje miasto, ale swoją wieś kocham.

Tym optymistycznym akcentem kończę i idę robić babeczki.
A to podsumowanie muzyczne. Z tą pieśnią na ustach żegnam tymczasem.

P.S. - czy ktoś z czytających jest uzdolniony graficznie na tyle, żeby mi zrobić fajną skórkę na blog...?

wtorek, 4 maja 2010

Powrotów czar

Skończyło się zatem rumakowanie i dziękuję Bogu, że w przypływie natchnienia wzięłam urlop na dzisiaj i jeszcze mogę cieszyć się wolnością (względną, albowiem już raz dzwonili do mnie z pracy).
Wczorajszy finish w Warszawie był bardzo miły. "Jak wytresować smoka" to dobry film jest. Takie właśnie smoki lubię. Z charakterem.
Droga powrotna dostarczyła mi wielu wrażeń natury mieszanej. Mam wrażenie, że człowiekowi, który siedział obok mnie również. Zdarzyło mi się to pierwszy raz w życiu. Żywię także nadzieję, że ostatni. Spałam mianowicie na człowieku. Nie będę wdawać się w szczegóły. Dość, że
a) nie mam pojęcia jak to się stało, że z pozycji "półembrionalnej-z-twarzą-do-okna" obudziłam się w pozycji "z-głową-na-męskim-ramieniu";
b) jest mi WSTYD. Może tym bardziej, że ów człowiek wykazał się najwyraźniej zrozumieniem, albowiem obudziła mnie nagła jasność oraz głos pani z siedzenia za mną. Człowiek natomiast czekał cierpliwie aż go oswobodzę. Na moje oszołomione zapytanie czy ja tak długo, stwierdził, że "No... Trochę." (mam nadzieję, że niedługie "chiotto").
(opinia Kota: "Dobrze, że go nie zaśliniłaś". Dzięki, kochana. To jest jasna strona rzyci XD )
No. Taką właśnie jestem fajną, nieobliczalną osobą. Dziękuję.
Mam nadzieję, że dzisiaj, na własnym terenie nie uda mi się skompromitować (test z nihongo pisałam w poprzedni czwartek, dzisiaj zatem to się już nie liczy. Ha!).

Wniosek mniej radosny: nie chce mi się. Nie chce mi się coraz bardziej, aż do skrętu kiszek i odruchu zwrotnego na samą myśl o pracy.

sobota, 1 maja 2010

Warszawa pachnie

Co jest w sumie zaskakującm odkryciem. Pachnie śliwami, gruszami, jabłoniami. Nawet bzem (ten bez to było prawdziwe odkrycie. Ale tylko na Żoliborzu. Reszta bzów jeszcze śpi). Oczarował mnie Park Praski - taki świeży, zielony i pachnący właśnie. Był spacer po Starówce, w celu oblukania lokacji do spotkania (kłaniam się znajomym Błaznom), a potem obiad (bardzo smaczny i BARDZO obfity. Poległam po prostu). Była wyprawa na drugi brzeg Wisły i spacerek deptakiem. Ogólnie - sporo chodzenia. To wszystko zaś w towarzystwie mojej zaciążonej Friend. Jak będę w ciąży, to chcę byćtaka, jak Ona!

Przypomniałam sobie beztroskie chwile, kiedy było tak wiele radości, rozmów (a nawet ROZMÓW), beztroski i ogólnego odsunięcia od świata oraz nauki dystansu do samej siebie. Co ciekawe - to nie tylko jakaś odległa reminiscencja była, ale wspomnienie, które z godziny na godzinę stawało się rzeczywistością.

Przed momentem równie beztrosko skomponowałyśmy sałatkę, dwie herbaty i plany na jutro.

Jutro spotkanie z Błaznami. Nie jestem pewna, ale chyba mam tremę...

piątek, 30 kwietnia 2010

Z życia z Kotem. Rozmowy o poranku.

(Dzisiaj, godzina 6.45. Ja: wychodzę do pracy. Kot: budzi się.)
Ja: Śpij jeszcze.
Kot: (z jednym okiem śpiącym, a drugim już nie) Po co? I tak zaraz wstaję.
J: (zbierając się do wyjścia) To nie będę zamykała drzwi.
K: (z nagła rozbudzona i ewidentnie niemile zaskoczona) Dlaczego nie?
J: Bo nie ma sensu. I tak już nie śpisz, więc nikt Cię nie ukradnie.
K: A kto ci powiedział, że już nie śpię?
J: ...

Z życia z Kotem

Odkryłam dzisiaj, że mój Kot ma bzika na punkcie pralki. Totalnego bzika. Od momentu jej uruchomienia Kicia na każdy odgłos pobieranej lub wypuszczanej wody biegnie do łazienki, pchana ciekawością i entuzjazmem, żeby zobaczyć, co też dzieje się z tym prychającym i buczącym mechanizmem. Kiedy pralka zaczyna wirowanie Kicia wydaje nieartykułowane odgłosy.
Boję się, że kiedy skończy się pranie, Kicia popadnie w apatię - nagły spokój po takich emocjach...

Kocham swojego Kota.

P.S. - Pralka zyskała osobowość, a z nią imię: Halina. Z przydomkiem "Szalona".