piątek, 9 września 2011

Z lekką nutką... romantyzmu

Wczorajszy dzień odbył się pod znakiem spotkania przyjacielskiego oraz kolejnego wieczoru filmowego z Kotem. Kiedy w ciągu dnia konsultowałyśmy się, co mamy ochotę obejrzeć, okazało się, że obie mamy chrapkę na akcję z elementami komedii romantycznej.

Zdecydowałyśmy się na "Dorwać byłą" ("The Bounty Hunter" - kto tłumaczy te tytuły, i co takiego złego widzi w tych angielskich, że całkowicie zmienia ich znaczenie?) i był to... strzał w dziesiątkę. Film dał nam całą masę przyjemności. Może jednak zacznę od początku.

Dwie główne role obsadzone są przed Jennifer Aniston i Gerarda Butlera, co było - w moim odczuciu - doskonałym wyborem. Butlera kojarzyłam głównie z roli Leonidasa, a Aniston to dla mnie wciąż Rachel z "Przyjaciół" (i nie mam jej tego za złe).
Film składa się z fabuły, na którą składają się perypetie (że użyję tego archaicznego już nieco zwrotu) Milo i Nicky, na które z kolei składa się skomplikowana sytuacja emocjonalno-życiowa, w której znajdują się bohaterowie. Są oni mianowicie po rozwodzie i szczerze się nie znoszą. On - były policjant, aktualnie łowca nagród, który próbuje wiązać koniec z końcem, żyjący w cieniu związku z nią. Ona, kobieta sukcesu, dziennikarka, trochę bezwzględna w dążeniu na "szczyt", której "towarzyszy" kolega (z rodzaju tych, których odstrzeliłabym po pierwszym zdaniu). Pewnego dnia Nicky wpada na trop pewnej sprawy...
Jak już wspomniałam, Nicky i Milo bardzo się nie lubią. Jednak nie aż tak, żeby nie stanąć razem przeciw złym ludziom. Co z tego wyniknie, trzeba zobaczyć na własne gałki oczne.
Zachwycił mnie Butler, który potrafi śmiać się tak, że ten śmiech nie obejmuje oczu, które pałają żądzą zemsty i satysfakcji. Poczucie humoru utrzymuje się na poziomie dobrej komedii, zwroty akcji sprawiają, że film ani na chwilę nie staje się nudny. 
Ogólna ocena: do obejrzenia na poprawę humoru, dla czystej rozrywki. 4/5

"Centurion" to kolejna propozycja. Tym razem dla tych, którzy są fanami kina historycznego z akcją. Albo na odwrót. Szczerze mówiąc czekałam na obejrzenie go bardzo, chociaż Kot lekko kręciła nosem, kiedy zaproponowałam ten tytuł. Mimo tego, że zastrzegła sobie prawo do wyłączenia, jeśli film okaże się nudny, to udało się nam szczęśliwie dotrzeć do końca.
Nie jest to obraz hollywoodzki, szczególnie skomplikowany, ani też rzucający na kolana grą aktorską. Pokrótce: głównym bohaterem jest Quintus Dias i jego drużyna złożona z kilku ocalałych po rzezi, jaką zgotowali armii rzymskiej Piktowie, legionistów. Warto wspomnieć, że oddział wprowadziła w zasadzkę Etain - Piktyjka, niemowa, służąca dotychczas u Rzymian, niezrównana tropicielka. 
Quintus zatem wyrusza ze swoją niezbyt liczną drużyną do obozu wroga, aby odbić generała Tytusa Flawiusza Virilusa. Odbicie się nie udaje i drużyna musi uciekać, stawiając czoła siłom wrogiej natury, Piktów i własnych słabości.

To, co podobało mi się w tym filmie, to odejście od patosu, którym tego typu produkcje aż ociekają. Ciężko jest utożsamić się z którąkolwiek stroną - obie są bowiem tak samo zajadłe w walce, pamiętliwe i bez miłosierdzia obchodzące się z wrogami - co z kolei pozwala oddzielić się od emocji i oglądać spokojnie, ciesząc się, że czas wojenny mamy już za sobą.
Przeszkadzała mi natomiast Olga Kurylenko, która była koszmarnie nijaka. Ratowała ją tylko postać Etain - bezwzględnej, krwiożerczej tropicielki. Niestety, w scenach walk przez cały czas odnosiłam wrażenie, że Kurylenko za moment przewróci się pod ciężarem włóczni po kolejnym, średnio mocnym, zamachu. I jeśli ktoś powie mi, że to nadawało scenom walk pozorów realizmu, to odpowiem "jak, do jasnej anielki, kobieta, szkolona do walki od dziecka, mogłaby pozwalać sobie na taką niezgrabność?". Nie. Kurylenko dobrze wygląda. To wszystko,

Ocena ogólna; 3,5/5. Za momenty nudy. I Olgę Kurylenko.

Z książkowej beczki: czytam kolejnego Clarksona i przymierzam się do "Władcy Pierścieni". Recenzja tego pierwszego być może nastąpi, a być może nie. Ale lektura dostarcza rozrywki, to na pewno :)

Ostatni dzisiejszy akapit to moja wielka radość z piątku i tego, że dziś kolejne spotkanie z przyjaciółmi. Sprawia mi to ogromną frajdę i ogólnie daje pozytywnego kopa. Jak również fakt, że ktoś mnie czyta i chce wiedzieć, co dalej. Niniejszym oddelegowuję się i życzę miłego weekendu.

czwartek, 8 września 2011

Fail tygodnia

... liczonego od poprzedniego czwartku.
Trochę filmów obejrzałyśmy sobie (ja i Kot) w tym czasie. Kilka z nich było przyjemniejszych, kilka innych mniej. Do tej drugiej kategorii zaliczam zdecydowanie Resident Evil: Extinction, część trzecią filmowej adapta... nie, nie posunę się do tego stwierdzenia. Niech stanie na tym, że powstała seria filmów o tym samym tytule, co seria gier wyprodukowanych przez Capcom. Żaden z obrazów kinowych nie zyskał mojej szczególnej sympatii, może za wyjątkiem drugiej części o wiele mówiącym podtytule "Apocalypse", w którym pojawił się Oded Fehr, który to z kolei wywołuje u mnie coś na kształt ślinotoku. Niestety, "Extinctionowi" nawet on nie pomógł (pewnie dlatego, że było go w moim odczuciu zbyt mało).

Pozwolę sobie od razu zaznaczyć, że moja memoria jest wyjątkowo fragilis ostatnimi czasy, ale lata temu widziałam proces przechodzenia trzech gier z serii, i śmiało mogę wymienić elementy, które zostały z nich zaczerpnięte: zombie, Umbrella Corp. STARS i spółka, postaci (główne, które stały się pobocznymi), zombie, Raccoon City, zombie, głównych złych (Nemesis, Tyrant)... i więcej zombie. Cała reszta jest wynikiem kombinacji wszystkich tych elementów oraz - niezbyt rozbudowanej - wyobraźni reżysera i scenarzystów.

Fabuła... to chyba był zbyt duży szok po, ukończonym chwilę wcześniej, Bournie. Fabuły w zasadzie brak. Nastąpiła apokalipsa. Świat zmienił swoje oblicze - i to dosłownie - zamieniając się w pustynię pod wpływem działania mutagennego wirusa, który odbył marsz przez Ziemię (po wydarzeniach RE: Apocalypse), zamieniając wszystko, co żywe w... no... nieżywe. Świat nie stał się przez to zachęcającym miejscem... No dobrze, stał się jeszcze mniej zachęcający niż to, co znamy teraz. Tak więc mamy światową pustynię, a do tego stada (dosłownie) zombiaków. Ale ale! Żeby było jeszcze mniej interesująco, spotykamy członków elyty polityki światowej (tylko kim oni rządzą? Sobą nawzajem? xD), którzy z pewną dozą zainteresowania obserwują poczynania doktora Isaacsa (którego na pewno spotykamy w drugiej części serii, nie pamiętam - i nie chce mi się sprawdzać - czy pojawia się w pierwszej) prowadzącego "Program Alice", mający na celu a) stworzenie superbroni, b) uratowanie ludzkości poprzez "udomowienie", przy pomocy antywirusa, wszystkich zombiaków pełzających po świecie, c) przyniesienie chwały, pieniędzy i nieśmiertelności twórcy. 
Z drugiej strony mamy konwój jeżdżący sobie po zachodniej pustyni/części USA, zbierający niedobitki zarazy (po 5 latach?? Oh, c'mon...) i ogólnie usiłujący przeżyć. Czyli survival horror. Wśród nich znajduje się kilka osobowości (drewnianych, ale lepsze takie, niż żadne - tak zapewne myśleli scenarzyści), reszta to tło składające się głównie z dzieci i kobiet. Mamy zatem znanego z Apokalipsy Carlosa Oliverę (Fehr), Murzyna o wdzięcznym imieniu L.J. (też starego znajomego), i... Clarie Redfield (która tylko nazywa się jak bohaterka 2. części gry, niestety, nie ma się czym jarać). Jest też kowboj i pielęgniarka. Brakuje kilku cyklistów. I masonów.
Z trzeciej strony jest sama Alice, która również wędruje przez pustynię usiłując przeżyć i uciec przed swoją przeszłością, co jej nie wychodzi, ale przy okazji rozwija swoje superhipernadmoce.
Oczywiście wszystkie strony spotykają się w którymś momencie, by narobić jeszcze większego zamieszania, zabić więcej zombie (które - uwaga - będą nowe, lepsze, szybsze), spróbować przejąć władzę nad światem, itd.
W dużym skrócie: z głównych bohaterów przeżywa tylko dwójka i nie będę oryginalna, jeśli powiem, że jedną z tych osób jest Alice (nie będę chamsko spoilerować. może jakiś desperat uciekający przed nudą przeczyta moje dzieło i później będzie miał do mnie pretensje, że zepsułam mu frajdę) - w końcu powstała część czwarta o wdzięcznym podtytule "Afterlife".

Niestety, filmowi nie pomogły ani efekty specjalne (przesadzone), ani muzyka (koszmarnie monotonna). Aktorzy grają postacie z drewna. Paradoksalnie - chyba najbardziej podobała mi się gra Iaina Glena w roli dr. Isaacsa. Był taki, jaki powinien być. Alice... jest wciąż albo zbyt przerażona albo zbyt zdeterminowana. Carlos walił jakieś teksty, które aż bolały mnie w zęby. Redfield była herod-babą, o tajemniczej przeszłości, która trzymała wszystkich żelazną ręką. I naprawdę żadna z postaci nie chwyciła mnie za serce.
Twórcom udało się osiągnąć jedno - skłonić mnie do częstego patrzenia na zegarek w celu ustalenia, kiedy nastąpi koniec. Nastąpił, niestety, zbyt późno.

Opinia ostateczna: film do obejrzenia. Najlepiej w gronie znajomych. Służy świetnie do głośnego komentowania i wykazywania błędów rozmaitej maści oraz do głośnych wybuchów śmiechu.



Ależ tu się filmowo zrobiło... No nic, lepsze to niż blablanie o niczym. Aha - trzeci Bourne chwycił mnie za trzewia, rzucił o ścianę, a potem rozkochał w sobie do reszty. Nie wiem, czyja to wina. Matta Damona, Ludluma czy Greengrassa, ale jak się dowiem, to pięknie podziękuję, bo dzięki tym panom spędziłam trzy bardzo przyjemne wieczory z wypiekami na twarzy śledząc losy Jasona Bourne'a.

Ciekawe, co wymyślimy z Kotem na dzisiaj.

środa, 7 września 2011

Wniosek

Obejrzałam ostatniego (jak dotychczas) Bourne'a i doznałam olśnienia w kwestii mojego przyszłego.

Powinien być superszpiegiem.

Amen.

W krzywym zwierciadle

Wrzesień podjął próbę udowodnienia, że wciąż jeszcze panuje astronomiczne lato. Wprawdzie pomykam w półbutach, a nie w sandałkach, ale ale - dzisiaj rano słoneczko grzało wcale niezgorzej. Rzekłabym, że lepiej nawet, niż w sierpniu (o paradoksie). Żeby jednak nie było za wesoło, na horyzoncie wykwitają gigantyczne chmury koloru granatowego. A tak liczyłam na to cudowne światło... No nic. Fotki i tak wyjdą.

Wczoraj czekała mnie przemiła niespodzianka, w postaci Friend, która - w pogardzie mając tnące szpony mrozu i słoń... eee... to chyba nie ta bajka... więc w pogardzie mając obowiązek, postanowiła nas nawiedzić, ku mej wielkiej radości. Pośmiałyśmy się, pogadałyśmy o tym i owym (lakiery do paznokci, Justin Timbarlake, Watchmeni, David Bowie, Lady Gaga, etc.) i - co najważniejsze - pobyłyśmy ze sobą. Było cool. Jak zawsze zresztą w tym gronie.

Potem obejrzałam kolejną część Bourne'a (brzmi to kretyńsko, wiem) "Bourne Supremacy", która jest naprawdę niezłym kawałkiem kina szpiegowskiego. Może mniej było świeżości, bo jednak bohaterów już znamy, ogólną koncepcję również, nie zmienia to jednak faktu, że kilka razy poczułam coś na kształt zaskoczenia. A kawałek pod end credits zaczyna chodzić za mną. Bardzo namiętnie.

I jeszcze z muzycznej czapki. Wciąż trzymając się klimatów bourne'owskich coś, co udowadnia, że w mam silne ciągoty w stronę filmowych kawałków elektro.

Over and out.

wtorek, 6 września 2011

Lenistwo

Może i nie popłaca, ale uwielbiam to uczucie, kiedy nic nie muszę. W tym robić czegokolwiek.