sobota, 17 grudnia 2016

Amla i eclipta w masce na włosy oraz: do odważnych świat należy, czyli dlaczego nie używam brahmi

Jakiś czas temu obiecałam, że sprzedam uproszczoną wersję maski na łepetynę, którą - w opcji "na bogato" robiła jakiś czas temu Arsenic. Tutaj znajdziecie link do niej. W opisie Arsenic możecie również przeczytać szczegółowe informacje na temat tego, czym są amla, eclipta i brahmi, a także shikakai czy ekstrakt z korzeni pokrzywy. Mówiąc krótko - są to super zioła, zawierające substancje, które skóra i włosy uwielbiają.

Bardzo chciałabym uzyskać efekt silnych i błyszczących włosów, które - jak każdy element mnie - bywają kapryśne. Nie podoba im się np. farbowanie henną, ale już farby z cyklu "bio" kochają pasjami (a farbować się muszę, bo mi niestety szybko łeb siwieje). Ostatnio okazało się, że psikacz z silikonem, na który kiedyś reagowały obciążeniem, teraz robi im bardzo dobrze.

Postanowiłam, że będę dbać o nie bardziej niż dotychczas. Na początek warto było sięgnąć po coś sprawdzonego. W Mazidłach zamówiłam amlę, brahmi i ecliptę - uznawszy, że taka mieszanka w zupełności wystarczy.

Przepis testowałam w dwóch wersjach: z wodą i z odżywką. W obu przypadkach działania są podobne. Zależało mi na tym, żeby włosy już od początku miały dobrze, dlatego - zgodnie z poradą Oli - postanowiłam wcierać maskę w skórę głowy. Przepis wygląda następująco:
  • Łyżkę stołową brahmi, łyżkę stołową eclipty oraz pół łyżki amli należy wymieszać w jakieś miseczce, której Wam nie szkoda. (Generalnie wszystkie te zioła mają delikatne właściwości koloryzujące. Nie na trwałe, ale lepiej uniknąć niepotrzebnych ataków paniki;) Na sucho z łatwością się połączą w jednolity proszek.
  • dolewacie wodę albo dodajecie odżywkę do włosów wybranej firmy. Dobrze żeby maseczka miała finalnie dosyć rzadką konsystencję. Zioła dosyć szybko chłoną wilgoć, więc z luźnej maska może się szybko zamienić w zwartą, a wersja z odżywką będzie wymagać sporej jej ilości. Natomiast wersja z odżywką wygrywa pod względem aplikacji: zioła się nie osypują i jest ją zdecydowanie łatwiej opanować w związku z tym.

  • aplikujecie maskę na włosy/skórę głowy. Warto robić to w ręczniku na ramionach i najlepiej nad wanną - osypująca się maska będzie w ten sposób do opanowania ;) Ja wcieram w skórę głowy i to, co mi zostanie, aplikuję na końcówki włosów. Po położeniu maski warto owinąć włosy folą spożywczą i ręcznikiem. Potem przez godzinę i więcej relaksujemy się i pozwalamy działać substancjom aktywnym :D (to ten najprzyjemniejszy moment).
  • Na koniec należy zmyć maskę. Najpierw ciepłą wodą, a potem dwukrotnie szamponem. Ja już na tym etapie czuję różnicę: włosy są gładziutkie, miękkie. Na koniec kładę jeszcze ulubioną odżywkę i jestem zadowolonym człowiekiem.
W normalnych przypadkach włosy powinny być sypkie, moje po kilku aplikacjach odrobinę ściemniały, zdecydowanie rzadziej się przetłuszczają.
Tak właśnie było 4 razy: kładłam maskę, zostawiałam ją na kilka godzin, zmywałam, happy go lucky i tak dalej. Ale po 4 razie coś się skrzaczyło. Konkursowo. Skóra na mojej głowie zafundowała mi taką reakcję alergiczną, jakiej w życiu jeszcze nie doświadczyłam. Skończyło się na wizycie u lekarza, leku odczulającym i kilku dniach nieszczęścia. Ale wyszłam z tego doświadczenia mądrzejsza.

Pamiętacie, jak przed każdym farbowaniem producenci każą sprawdzać reakcję na próbkę farby - czy przypadkiem nie wyjdzie jakieś uczulenie? No cóż - to mądra rada. Kiedy już bowiem nabrałam odwagi, zmotywowałam się efektami na włosach oraz wydanymi pieniędzmi, postanowiłam zrobić taki test skórny. W zgięcie łokcia nałożyłam każde zioło, rozrobione z wodą, z osobna. Potrzymałam pod folią godzinę... dum dum dum... okazało się, że za moje tygodniowe cierpienie dumy i ciała odpowiadało... brahmi. 

Dzięki temu nauczyłam się, że jednak warto sprawdzać organoleptycznie nowości, zioła, farby, jeszcze przed ich zastosowaniem właściwym. Z mojej maski wypadło brahmi, ale amla i eclipta nadal robią robotę.

To tyle :)
Pozdrawiam przedświątecznie!

piątek, 16 grudnia 2016

Zrób sobie prezent

Ho ho ho!

Jak już będę kiedyś dużą dziewczynką, to na pewno w okolicach świąt będę robiła wszelkiego rodzaju rozdawajki (jak już się nauczę na czym polegają).

To co, święta idą, prawda? Na szczęście lub nieszczęście (pozdrawiam serdecznie wszystkich Grinchów!!! :D) impet i rozmach reklam świątecznych, całej komercyjnej (nomen-omen) szopki, nie pozwala zapomnieć o tym, że nadchodzą najbardziej skomercjalizowane święta w roku.
Obrazek stąd: https://media3.giphy.com/media/FFPCjEwUzPU6k/200_s.gif


Nie o tem jednak, choć może troszeczkę.

Zróbcie sobie prezent na święta, na Nowy Rok i na całe życie - zacznijcie czytać składy! Zarówno kosmetyków, jak i produktów żywieniowych. (I nie dajcie się przy tym zwariować.)

Chciałabym zaproponować Wam przyłączenie się do akcji Czytania Składów by Arsenic. Pod linkiem znajdziecie uzasadnienie wraz z informacjami - co i jak.
 
W poprzednim poście opisałam Wam swoją kosmetyczną przygodę. Trwa ona, m. in. dzięki temu, że 
  • wiem, na co mogę sobie pozwolić, a na co powinnam uważać,
  • znajduję frajdę w sprawdzaniu składów i testowaniu, jak moja skóra zareaguje na nowinki, które jej dostarczam (a reaguje och, jak rozmaicie! ;D Czasem ku mojej rozpaczy, czasem ku rozbawieniu),
  • jestem coraz bardziej świadomym użytkownikiem, a to oznacza mniej pieniędzy wywalonych w błoto (bo ładna pani w tv powiedziała, że ten krem działa).

Poniżej znajdziecie instrukcje by Arsenic:
  •  jak czytać składy INCI (co to w ogóle jest i z czym to się je)
  • bazę INCI (taki mały wielki podręcznik - same wartościowe wiadomości. Wikipedia  składników kosmetycznych)
W moim przypadku czytanie składów pozwoliło znaleźć ratunek dla skóry i włosów. I zdrowia psychicznego. 
To rzekłszy, idę testować dalej amlę, ecliptę i brahmi.
Pozdrawiam!
N.