sobota, 31 sierpnia 2013

Irlandia x4 cz. 2 (ostatnia)

(Podzielenie tej notki ma głębszy sens, naprawdę :)

2013

Są takie momenty w życiu, kiedy zaskakuję samą siebie... i to był jeden z nich. Szybka, spontaniczna decyzja o wyjeździe i oto trzy tygodnie później stoję na lotnisku Warsaw Chopin Airport w kolejce na odprawę osobistą. Bagaż zdałam tuż po otwarciu stanowiska Ryanaira... dwie godziny temu. Mój czas odlotu zbliża się wielkimi krokami, a ja wciąż jestem daleko od stanowisk kontroli bezpieczeństwa. Na lotnisku sceny dantejskie. Nie jestem w tym sama. Liczę ludzi w kolejce w setki. Poziom zdenerwowania sięga zenitu. Ludzie z obsługi lotniska otwierają ręce w geście bezradności, a pasażerowie wściekli i zrozpaczeni dyskutują między sobą. Ja sama stoję i staram się skupić na jak najszybszym dotarciu do bramki. Słucham, smsuję, Czarna mnie ponagla, nie mając pojęcia, że nie stoję w kolejce na odprawę bagażową, tylko na kontrolę bezp., a ja nie mam siły tłumaczyć. Zgrzytam zębami, a w głowie rodzi mi się myśl, że ktoś musiał dostać nieźle w łapę od linii lotniczych. Liczba osób, które będą musiały przebukować bilety liczy się zapewne w okolicach tysiąca. Nawet nie chcę myśleć o tym, że sama będę za chwilę jedną z tych osób. W końcu coś się rusza, dopadam do taśmy, prawie warcząc na pacjenta przede mną, który miał całe wieki, żeby rozpakować swój sprzęt i rozłożyć go w "tacach". Dopiero strażnik przypomniał mu, że laptop trzeba rozpakować. Kolejne bezcenne minuty przelatują koło mnie ze świstem, śmiejąc się szyderczo. A każda z nich na wagę złota. Mam też ochotę zapytać pana na odprawie paszportowej, czy nie za dobrze się bawi, kiedy - rozbawiony - pytał mnie "co tam się dzieje". (Onet i parę innych stron opisało to zjawisko. Niestety "nawet godzina" to trochę za mało. Ja stałam bite dwie. A na lotnisku byłam pół godziny przed otwarciem stanowisk odprawy Ryanaira, co daje ogółem prawie 3 godziny przed odlotem. Nie pomogło. Moje rozwiązanie: jeśli się da, korzystać z innych lotnisk.) Odwarkuję coś panu i biegnę na swój samolot. Sprintem przez bramkę i do autobusu. Wpadam na bezdechu i dopiero, kiedy siedzę już, ściskając swój bagaż i zakładając pasek, oddycham z ulgą. Oprócz mnie w autobusie do samolotu siedzi kilka osób. Słucham - nasz lot przesunęli o pół godziny, czekamy jeszcze kwadrans na pasażerów, którym może uda się przedrzeć przez wściekłą ścianę ludzką. Dobiega jeszcze klika osób. Wyruszamy. W samolocie ok. 2/3 miejsc zajętych. To i tak niezły wynik. W końcu wylatujemy. 3 godziny później wysiadam w zalanym deszczem Cork. Na lotnisku zacina wiatr... No tak - myślę sobie, uśmiechając się krzywo - Irlandia. Szybkie pobranie bagażu. Na lotnisku spokój, cisza... Jesteśmy chyba jedynym przylotem w tym czasie. Nie powiem, odpowiada mi to. Ból głowy wywołany strachem i ciśnieniem warszawskim powili zaczyna mijać. Ubieram się we wszystko ciepłe, co mam (a nie jest tego znów wiele) i ruszam na mokry przystanek. Uderza we mnie szarość. Rozmawiam z Czarną, melduję się u rodziny i czekam na autobus. Przyjeżdża. Cork kojarzyłam jednak jako trochę ładniejsze... choć może to wynik strug deszczu lecących z grafitowego nieba...?

Cork w deszczu... fragmentarycznie


Parnell Place, szybka kanapka, herbata. Szarzy ludzie, ciche rozmowy. Nagle słyszę podniesiony głos... no tak, Polka rozmawia ze swoim facetem przez telefon. Nic się jednak nie zmieniło. Czekam. Następna kolejka - tym razem do autobusu. Obserwuję kierowcę, który pomaga ustawić się niewidomej dziewczynie jako pierwszej w kolejce do autobusu, a potem uprzejmie sadza ją na pierwszym miejscu... I tak sobie myślę, że nam jeszcze daleko do takiej obsługi niepełnosprawnych. Jedziemy. Chcę być już u Czarnej, pogadać, pośmiać się, odpocząć na łonie przyjaciół. Smsujemy - o pogodzie. Śmiejemy się, że w zasadzie tego można było się spodziewać. Podróż ciągnie się w nieskończoność, podobnie jak postój w Limerick. Widzę błękitne niebo usiane chmurami. W końcu mijamy Shannon Airport i wtedy wiem, że to już niedaleko. "Gdzie jesteś?" - lokalizuję się i na jednym z rond widzę znajomy samochód. Uśmiech nie schodzi mi z pyska aż do Ennis, które wita mnie znajomym widokiem przystanku autobusowego... i tęczą. Jest zimno. Ale już ciepłe ramiona, uściski, żarty, że przecież nie tak dawno widzieliśmy się w zupełnie przeciwnej sytuacji, bo pożegnania... chyba nikt z nas wtedy nie przypuszczał, że za chwilę spotkamy się znów.

Tęcza tuż pod Ennis

Po drodze polujemy (w końcu to zbiór samych drapieżników...) na jedzenie i jedziemy.  Do Ostatniego Przyjaznego Domu na Zachodzie.

Wieczór spędzamy na pogaduchach, opowieściach, dywagacjach. Po raz pierwszy dostaję do ręki łuk. Piękny, refleksyjny, błękitny Niedźwiedź. Krótkie szkolenie, techniczne nowinki... Och, Boże... "trwaj, chwilo! Jesteś piękna!". Przejaśnienie, które dopadło nas w Ennis trwa. Chmury znikają. Dochodzi 23, a na podwórku wciąż jasno. Planujemy jutro daleką podróż i intensywny dzień, więc trzeba iść spać, choć wcale się nie chce. Gdybym mogła, to nie spałabym wcale, żeby nie tracić cennych minut.

Sobotni poranek, słońce za oknem, szybka akcja - śniadanie, zbiórka i już jesteśmy w drodze. Rozmowy - o polityce, sytuacji ekonomicznej, muzyce, wszystkim i niczym. Lahinch przed nami. Pierwszy postój - Rock Shop. Miejsce, które kocham i nienawidzę od pierwszego wejrzenia. Dużo półszlachetnych kamieni, ładna biżuteria. Oczywiście ta, która mi się podoba zupełnie nie na moją kieszeń. Rzuca mi się w oczy nowy kamień, który natychmiast wskakuje w moje serce i zajmuje miejsce tuż obok bursztynu - kyanit. Wychodzimy ze sklepu, ja nagle obdarowana, zupełnie niespodziewanym prezentem w postaci bransoletki z Nocą Kairu. "Nie mogę dać Ci wszystkiego, co byś chciała, ale co mogę, to daję" - stwierdza Czarna z uśmiechem. Zatyka mnie ze wzruszenia. 

Na klifach Moheru czeka na mnie rozczarowanie. Masa betonu, dziwne opłaty za wejście... komercjalizacja. Gdzieś się zgubił romantyczny widok i refleksyjny spokój. Strzelamy kilka fotek i już jedziemy dalej, uciekając przed deszczem. Irlandia pokazuje swoje malownicze, skąpane w słońcu oblicze. Mijamy Burren - bardzo staram się strzelić fotę, ale jest bardzo trudno - przeszkadzają głównie chaszcze i kręta droga.
Irlandia na zielono-niebiesko


Na końcu drogi czeka nas Galway. Miasto, które zawsze chciałam odwiedzić. I które w ostatecznym rozrachunku budzi moje lekkie rozczarowanie. Cieszę się, że tam jestem, że jestem z przyjaciółmi... ale samo w sobie nie zachwyca. Wysokie budynki, wąskie uliczki, muzyka, coś się dzieje w parku. Idziemy na obiad, a potem ciąg dalszy przebieżki po mieście. Jeden z tych sklepów, które mają potencjał, jest kilka rzeczy, na których zawieszam oko, ale ostatecznie nic nie budzi mojego większego entuzjazmu (prócz torebki - oczywiście po powrocie pożałowałam, że nie kupiłam jej sobie xD). Wracamy. Kolejna szybka akcja - zbieramy się na zajęcia ich klubu łuczniczego. Zajęcia dla skautów, ale też się łapię na kilka strzałów. Jest super, intensywnie, dzieciaki szaleją z radości. R. z tytułu umiejętności łuczniczych oraz półdługich włosów zostaje przez dzieciarnię ochrzczony "Aragornem"... No cóż, nie sposób się nie zgodzić - skojarzenie jest mocno trafne. Wieczór po powrocie to babskie i męskie pogaduchy. 

Galway, centrum


Niedziela upływa pod znakiem Assasin's Creed - R. namówił mnie, żebym spróbowała zagrać. Zajęło mu to dwa dni, ale w końcu uległam... i wsiąkłam. Grałam bez mała pół dnia. Reszta upłynęła na rozmowach i zwyczajnym odpoczywaniu. Za oknem rozpanoszył się irlandzki deszcz, który dopadł nas wczoraj, po drodze z Galway.

Galway - tam gdzieś jest ocean.

Poniedziałek - wyprawa do sklepów Limerick. Spędzamy tam z Czarną cały dzień, szukając, mierząc, gadając. Limerick to miasto uliczek jednokierunkowych. Uznaję, że irlandzkim miasteczkom brakuje jednak uroku angielskich - beton ustępuje czerwonej cegle. Kupujemy jakieś duperelki. Co zdumiewające w sklepach jest naprawdę dużo ładnych ciuchów... Dziwię się, kiedy obserwuję dziewczyny na ulicach ubrane naprawdę fatalnie. Może to po prostu taka cecha narodowa? Polacy narzekają, a Irlandki nie umieją się ubrać...? Na koniec idziemy na obiad do naleśnikarni, której właścicielem okazał się przesympatyczny młody Polak. Jedzenie jest smaczne, bierzemy też na wynos, pękając w szwach i tłumacząc sobie, że spalimy na spacerze. Wracamy do samochodu i to o spalaniu zaczyna się już w momencie naszej podróży schodami w górę i w dół w poszukiwaniu naszego samochodu. Jest radośnie. A to dopiero początek. Wracamy, po drodze zbierając R. i postanawiamy, że jednak idziemy na spacer. Pogoda się poprawiła, wiatr przewiał chmury, wszystko tonie w złotym świetle popołudnia. Czarna zgarnia spontanicznie aparat i swój wilczy kaptur. Ruszamy... i po chwili potrzebnej na przesadzenie dwóch płotów i murku docieramy do przepięknego miejsca. Ukryty za niewielkim wzgórzem cmentarzyk z rozpadającą się kaplicą/grobowcem. Jak dla mnie - szał. Od razu chwytam za aparat. Czarna wygląda pięknie, więc łatwo ją ogarnąć na zdjęciach. Same hiperbole pchają mi się na usta... ale wtedy zadziałało to jak magia. Nakręcamy się nawzajem. Złoty zachód słońca, śmiech na ustach, w oczach, miękkie światło i wcale nie trzeba wiele, żeby przeszedł nawet najdzikszy, najśmielszy pomysł. Nie zapomnę tego popołudnia do końca życia. Wracamy uchachane i z apetytem na więcej. Reszta nocy pozostanie pomiędzy mną, Czarną, Alvą i Sethem ;)

Cmentarz i kaplica? mauzoleum? Coś w ten deseń. Nieważne. Sprawiło nam wiele frajdy.


Rano we wtorek wstajemy w piękny, słoneczny dzień, zbieramy się ekspresowo i robimy kolejną sesję zdjęciową, która zajmuje nam bez mała całe przed- i popołudnie. Czarna włazi na drzewo, tarza się w trawie, łazi po ścianach, krzesłach i próbuje robić modelowy "dzióbek" zwany potocznie "zwisem". Jest fun. Potem do Ennis, krótkie zakupy spożywcze, powrót do Domu, zakasujemy rękawy i... działamy. Kuchnia na chwilę zamienia się w manufakturę pierogów. Znów R. sprawia, że szczęka opada mi na wysokość kolan - robi przepiękne, równiutkie falbanki na pierogach. Okazało się, że podeszłam odrobinę zbyt entuzjastycznie do tematu ciasta - zostało go całkiem sporo, toteż - żeby go nie zmarnować - robimy z Czarną kulki z ciasta zaprawionego ziołami i wrzucamy do ugotowania. Odgrzane na patelni smakują nie gorzej niż pierogi. Czarna nadaje im nazwę: ogi. Wieczór znów spędzamy, przemierzając w wyobraźni przestrzenie Trondheim i okolic. Powoli zaczyna się pojawiać problem mojego wyjazdu.

Takie sobie sympatyczne oko wraz z przyjemnym widokiem z. Na łące na górze pasły się konie :D

Środa to planowane bbq. Znów krótki poranek niepostrzeżenie przechodzący w południe i popołudnie. Niektóre plany się zmieniają, inne wskakują na ich miejsce. Od środy mamy słońce i piękne noce. Ten dzień też jest słoneczny. Jak na ironię.. Czuję zbliżający się wyjazd, choć staram się odsunąć myśli mu towarzyszące jak najdalej.

Guinness w Shannon. Generalnie być w IE i nie napić się Guinnessa, to nie być w IE.

Popołudnie spod znaku pomocy w tworzeniu death by chocolate... Czarna jest w tym świetna. Z drugiej strony panowie - R i B - szaleją przy grillu. Rozmawiamy z B. o prawach rządzących zatrudnieniem za granicą, o zwyczajach narodowych i historii - do pewnego punktu - wspólnej naszym krajom. Po kolacji strzelanie, które daje chyba nam wszystkim tyle samo frajdy... i jakimś cudem udaje mi się złamać strzałę. W nocy wypuszczamy Elen do umbralnej Afryki i jest tak dobrze...
Moja "popisowa" strzała xD

... że kiedy budzę się w szary czwartkowy poranek, wszystkie ostatnie dni zdają się jedynie pięknym snem. Skopuję myśl o popołudniowym wyjeździe, staję obok siebie i staram się skupić na wszystkich czynnościach, jakbym to nie ja miała się spakować, ogarnąć, napisać maila potwierdzającego wieczorne przybycie do hostelu w Cork. 
Rozmawiamy z Czarną krótko ze standardowym "czy musisz jechać?" na rozpoczęcie. Muszę - i kiedy o tym myślę nie chce mi się tak bardzo, że zaciskam zęby odpędzając łzy. Cały dzień robimy coś wspólnie - rozmawiamy, jemy, gram(y - bo R. dzielnie sekunduje i służy radą). Potem czas się zebrać. Moi gospodarze uznali, że odwiozą mnie do Limerick, w którym mają jeszcze jakieś sprawy do załatwienia. Zanim mrugnę, już bagaż zgarnięty do samochodu. Ostatni obchód pod kątem ewentualnego zgarnięcia zostawionych rzeczy, ale tak naprawdę ciche pożegnanie z Ostatnim Przyjaznym Domem na Zachodzie. Kiedy odjeżdżaliśmy, niebo płakało, ale tym razem nie miałam mu tego za złe.
Chyba o czymś rozmawialiśmy. Między innymi o tym, dlaczego zjeżdżamy z trasy, którą kojarzę z Lim. R. odpowiada, że teraz są korki, a to najkrótsza droga, więc dalej już nie pytam, choć co jakiś czas zastanawiam się, czy na pewno zdążymy na ten mój autobus. W pewnym momencie przerywam milczenie i, pragnąc rozwiać swoje wątpliwości, dociekam czy nie mieliśmy aby jechać na dworzec autobusowy. R. i Czarna śmieją się radośnie w odpowiedzi, stwierdzając że uznali jednak, iż odwiezienie mnie do Cork będzie lepszym pomysłem. Zapytuję zatem, czy mam się starać o miejsce w hostelu dla nich, na co słyszę pytanie, czy nie wolałabym spędzić nocy w B&B... Ryan dodaje, że w sumie fajnie byłoby zajechać do Blarney. Mój nastrój odwraca się o 180 stopni jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Łzy szczęścia cisną mi się do oczu, a ja nie bardzo chcę je powstrzymywać. Szczęście wypełnia mnie jak balonik. Chyba wszystkim nam się to udziela.

Zwiedzamy cudne Blarney. Całuję ten cały kamień elokwencji (nie spodziewałam się, że jestem w stanie tak się wyciągnąć). Buszujemy po ogrodzie... jest wspaniale. Po kilku godzinach wyruszamy dalej do Cork. Od razu po zainstalowaniu się w B&B ruszamy na miasto w poszukiwaniu jadłodajni. Znajdujemy coś, co nazywa się Captain America i postanawiamy zostać, choć poziom hałasu zdecydowanie przekracza ten określony przez BHP. Dostajemy w ramach przystawki potężną porcję nachos, po której wszyscy pękamy w szwach... a tu wjeżdża danie główne. To było straszne. I piękne. Ale straszne. O mało nie umarliśmy z przejedzenia. Na koniec Guinness w pubie "Raven", prysznic i lulu.

Kitty! Na tym słupie wisi David BoWie! :D Captain America znaczy się :)

Piątkowy świt (5 rano) był słoneczny. Zebraliśmy się ekspresowo. Na lotnisku odprawiłam się i resztę czasu spędziliśmy dyskutując na tematy różne przy śniadaniu. Niestety, czas upłynął zbyt szybko. 

Tak ogólnie.

R., M. - dziękuję. To był najpiękniejszy zagraniczny wyjazd jak do tej pory. Niespodzianka, którą zrobiliście mi w czwartek pozostanie niespodzianką roku, a może i dziesięciolecia. Czarna: masz rację - dzięki naszym przyjaciołom jesteśmy lepszymi ludźmi.

"Przyjaźń to najwspanialszy i najbardziej kosztowny dar. To sens i znaczenie wszystkich darów, ilekroć ludzie się obdarowują" (B. Phil)

Pożegnanie z Irlandią.

Irlandia x4 cz. 1

Niech to będzie post inauguracyjny na "nową" formułę (ileż w tym stwierdzeniu autoironii, to chyba tylko ja wiem).

Lubię podróżować. Szczególnie sama, szczególnie samolotem, szczególnie do bliskich mi ludzi. Tak się składa, że Zieloną Wyspę, tę naszą zapowiadaną przez polityka, a niespełnioną, ziemię obiecaną, miałam okazję odwiedzić w sumie cztery razy. Za każdym razem z innymi odczuciami towarzyszącymi.

2007

Pobyt rozpoczęty pięknie, bo w moje urodziny. Leciałam z UK, więc było sympatycznie (serio. Polacy na pokładzie to -50 do... do wszystkiego w zasadzie. Jeszcze wówczas brakowało na pokładach samolotów, którymi latali krajanie, całych familii z rozwrzeszczanymi latoroślami [nie mam nic przeciwko rodzinom z latoroślami, o ile potrafią się zachować. Familie, nie latorośle, które są często zdecydowanie ze małe, żeby mieć pojęcie ogólnego kanonu kulturalnego zachowania] za to rekompensowali sobie ogólnym poziomem szeroko pojętego chamstwa. Hmm.. to chyba temat na oddzielny wpis...), poranek, lotnisko w Shannon, Irlandia nawet ze słońcem w tle. Autobus do Ennis i jakieś 2 godziny później miejsce ostatecznego pobytu. Kilkee, zachodnie wybrzeże, miejscowość otoczona z południa i północy klifami. Na północy George's head, na południu Diamond Rocks. Z Hostelu, w którym mieszkałyśmy, nad Ocean jakieś.. 100 metrów? Cóż... Okoliczności przyrody zdecydowanie in plus. Przez całą drogę z Ennis do Kilkee gadałyśmy w autobusie, więc ogólnie średnio podziwiałam widoki, ale zrekompensowałam sobie na miejscu.

Kilkee widziane od strony Diamond Rocks
Kilkee widziane od strony Diamond Rocks
Muszę nadmienić, że ogólny klimat wtedy był zdominowany przez "fazę celtycką", która ciągnęła się w moim życiu od dawien dawna, wszystko zatem, co widziałam, budziło we mnie bezkrytyczny zachwyt. Było jednak kilka elementów obiektywnie pięknych: kolor oceanu w pochmurny dzień, klify, czas spędzany z przyjaciółmi. 

George's Head
To było takie sympatyczne, małomiasteczkowe wypoczywanie. Ludzie byli uśmiechnięci, pogoda w sumie więcej niż znośna, wszystko spokojne, piękne... A na podsumowanie, po nocnym spacerze w okolicach klifu i oglądaniu spadających gwiazd sesja taneczno-muzyczna w irlandzkim pubie. Wtedy myślałam, że mogę umrzeć, bo już wszystko, co najważniejsze osiągnęłam. No... prawie.

2008

Rok wcześniej było tak cudownie, że pomysłem na miejsce na wakacyjną pracę było ponownie Kilkee. Boże, jaki to był głupi pomysł. Aż szkliwo na zębach pęka, taki był głupi.

Tym razem miałam mieć do czynienia ze społeczno-ekonomiczną częścią życia na Szmaragdowej Wyspie. Moje różowe okulary fascynacji i optymizmu potłukły się jakiś czas wcześniej i szara, irlandzka rzeczywistość spadła mi na głowę z impetem. 

Okazało się, że deszcz lejący się z nieba strugami i temperatury poniżej 16 stopni w dzień LATEM (w Polsce mieliście wtedy falę upałów) nie są zarezerwowane wyłącznie dla Wielkiej Brytanii... jakimś cudem xD Tubylcy, którzy patrzą na swojego nieirlandzkiego pracownika z góry również. Podobnie nagle okazało się, że chamstwo i czepialstwo nie są cechą narodową wyłącznie Polaków, imprezy irlandzkie są równie hałaśliwe, jak rodzime, a na ulicy można spotkać nieletnią, która próbuje naciągnąć przechodniów na kupno alko. Jednym słowem... poczułam się jak w domu, tylko jak nie-w-domu. Wszystkie bowiem zjawiska występowały z mocą dużo większą niż w mojej części polskiej ziemi. 

Na szczęście okazało się, że urzędy są przyjazne użytkownikowi na anglo-saską miarę, zgubić się w Irlandii nie sposób, bo każdy Irlandczyk, szczególnie starszy, wskaże drogę do wybranego punktu (pomijam oczywiście fakt, że irlandzkie miasta, to bardziej miasteczka), a kierowcy chętnie podwiozą szalone autostopowiczki. 

Droga na Diamond Rocks
W kwestii komunikacji językowej... Po prawie 3-miesięcznym pobycie w "Jukeju" miałam wrażenie, że mój angielski nabrał jakichś sensowniejszych kształtów. Po tygodniu przebywania w IE odniosłam wrażenie, że nie potrafię się wysławiać w tym barbarzyńskim języku, o rozumieniu, co do mnie mówią już nie wspomnę. Jak się później okazało, w IE język angielski - jak to napisał jeden z polskich dziennikarzy przebywających na Zielonej Wyspie - potrafi zabrnąć w zaułki tak ślepe, że nie śniło się o nich filozofom. Brawa dla tego pana. Pięknie bowiem określił zjawisko, z którym nigdy wcześniej nie miałam do czynienia, a które określa, jaka przepaść dzieli języki angielskie całego świata (to chyba na kolejny wpis xD).

Widok z Diamond Rocks - Bishop's Island. Jak się dobrze przyjrzeć, to można dostrzec ruiny domku pustelnika, który mieszkał na wyspie.
W kwestii strojów tubylczych (tu naprawdę przydałaby się obszerna notka)... making long story short: na ulicach można było określić z niemal 100% pewnością, kto jest Irlandczykiem, a kto nie. Nie tylko z powodu charakterystycznych rysów twarzy. Otóż... Polacy potrafią ubierać się ze smakiem. Nawet mężczyźni (o zgrozo, ponieważ "w kraju" takie zjawisko praktycznie nie występuje). Jest to w pewnym sensie zdumiewające. W UK obserwowałam, że dziewczyny np. próbują ubierać się ogólnie tak samo... niezależnie od tego, czy wyglądają w tych ciuchach dobrze, czy nie. Były więc obrazki w stylu dziewczę zbyt puszyste, by to mieć na sobie, ubrane jednak w mini mini-spódniczkę, bluzkę na ramiączkach i obowiązkowe japonki z elementami ozdobnymi (przy 16 stopniach i strugach deszczu, rzecz jasna), ale... no, jakoś się ubierały. W IE moda została gdzieś na poziomie dresów, wstrętnych zimowych emu i powyciąganych podkoszulków. Było to zjawisko tak masowe, że naprawdę łatwo było wyróżnić się w tłumie.

Faza celtycka, nieco stłumiona, ale trwała. Sympatycznie było zatem usłyszeć skoczne jigi i reele w uliczkach miasteczka, wejść do sklepu, w którym srebro przybierało ukochane przeze mnie do dzisiaj plecionkowe formy, oglądać z okna autobusu łagodne, zielone wzgórza, murki obrośnięte na gęsto roślinnością do tego stopnia, że zdawało się, iż sama roślinność stanowi mur, czy wybrać się w dniu wolnym od pracy (o ile akurat nie padało, a że padało prawie cały czas...) na któryś z klifów...
A propos murków - ten mało reprezentatywny, bo kamienny ;)
To wszystko było miłe, ale zdecydowanie nie przeważyło - Irlandia odcisnęła mało pozytywne piętno w ogólnym zarysie. Z radością wracałam do domu wiedząc już, że powiem Irlandii tak - ale tylko pod względem turystycznym.

Ekonomicznie - zaczął się kryzys. To był dokładnie ten czas, kiedy spadł on na świat z wielkim hukiem. Pamiętam rozmowy toczące się w kuchni, w której pracowałam. Rozmowy pełne niepokoju i lęku. No i nie ukrywajmy - było ogólnie ciężej. Życie było droższe niż w UK i trzeba było więcej kasy wyłożyć na utrzymanie. Więc... tak średnio warto.

2012

Po długiej przerwie jechałam do mojej Przyjaciółki. Nie do Irlandii samej w sobie, ponieważ mojej jej postrzeganie zmieniło się wraz z upływem czasu i życia. Faza celtycka minęła, kryzys przewalił się przez moje życie i przez Europę, nic już nie było takie, jak kiedyś. Na szczęście.

Pobyt był krótki, bo 3-dniowy. Luty, w Polsce końcówka zimy, która akurat wtedy jadowiła się niskimi temperaturami całkiem solidnie. Tam ok. 10 stopni. 

Wyjazd zdecydowanie towarzyski - posiedzenia, pogaduchy, wspólne wypady (tak, Kilkee też było), paintball (o matko, jaka frajda!) i ogólnie prawie zero Irlandii w Irlandii. 

Kilkee w lutym. Z tych chmur, które na zdjęciu ledwo majaczą na horyzoncie spadł po chwili potężny deszcz. Irlandia xD
Za to powrót z tego wyjazdu to opowieść na oddzielny wpis oraz oficjalny początek choroby zwanej "syndromem podróży M&R" (moi Przyjaciele, u których byłam, mają ciekawą "przypadłość" - ich podróże zawsze przebiegają w sposób nieco... mocno nieoczekiwany. Ze szczęśliwym skutkiem ostatecznie). Wracałam z Wrocławia przez Warszawę do Olsztyna. Podróż pociągiem na trasie Wro-Waw zajęła bagatela 12 godzin i dwa pociągi oraz trzy wymuszone przesiadki.

O ostatnim pobycie w kolejnym wpisie.

A tutaj artykuł, do którego nawiązywałam :)