Oj, przychodzi. Właśnie trwa nawet.
Weekend - pierwszy od dawna weekend pełną gębą, kiedy nic nade mną nie wisi ("I love deadlines. I like the whooshing sound they make as they fly by." D. Adams) - prawie, nie liczę dwóch książek, które jeszcze pozostały mi do przeczytania, z których zaś co najmniej jedna będzie stawiać co najmniej kilka wyzwań.
Mieć czas na takie prozaiczne czynności jak odsypianie (do 10.30), sprzątanie (pokój od trzech miesięcy leżał nietknięty), pogranie w multi ME3 - poezja.
Po skończeniu tłumaczenia dzisiaj doznałam przez moment straszliwego wrażenia pustki - że jak to? Nie muszę się z niczym spieszyć? Żaden termin nie mija mnie właśnie w przelocie? Po czym wzięłam głęboki wdech, otrzaskałam się mentalnie po facjacie i powiedziałam sobie dobitnie kilka słów.
Problem, leży w tym, że człowiek bardzo szybko przyzwyczaja się do stanu rzeczy, w którym wszystko gna na oślep. Potrzeba sporo energii i dobrej organizacji, żeby nie dać się totalnie zwariować. I jeszcze odrobinę siły woli, żeby najlepiej nie dać się w to wciągnąć.
Nie chcąc zapędzać się dalej idę posłuchać kilku mądrych słów.
E. - dziękuję bardzo, że ten Dzień Kobiet był zupełnie inny niż poprzednie :)
Czarna - fajnie było :) Fajnie jest :) i mam nadzieję, że będzie :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz