czwartek, 26 stycznia 2012

Z chaosu

Za długo był spokój.

Naprawdę nie wiem, co widzę w tego typu kawałkach. Naprawdę. Tekst nie ma jakiegoś głębszego sensu, a mimo to słucham. A może po prostu to ja nie dojrzałam jeszcze do zrozumienia jego przepastnych głębin...?

Pochłaniam Castle'a.

W tzw. międzyczasie walczę z tą znajomą chęcią, która każe mi zamknąć drzwi, okna, wyłączyć komórkę i oddać się użalaniu nad sobą.

Jednak coś w tym jest, że im mniej się robi, tym mniej ma się motywacji do robienia czegokolwiek.
Ale nie tak, że nic. Wczoraj byłam na swojej pierwszej w życiu manifestacji. Wraz z moimi przyjaciółmi wystąpiłam w charakterze jednostki w tłumie. Poobserwowałam, poskandowałam nawet "Stop dla ACTA" i inne tego typu (tłum notabene skandował cokolwiek nieśmiało), poznałam, czym jest zachowanie zbiorowe (dzięki temu wiem już, że się do tego nie nadaję. To znaczy do bycia częścią zachowań stadnych), pokomentowałam z przyjaciółmi (greets Kitty, Kornel) i poszłam na inne spotkanie. 
Nadal jestem przeciwna ACTA. Co z tego, że dzisiaj została podpisana?

Po prostu "the years turn over"... and out. 
Na teraz to wszystko.

sobota, 14 stycznia 2012

Whisper of a Thrill

... Tak, lubię tytułować swoje notki od nazw kawałków, które mi się aktualnie mieszczą w głowie :)
Myślę sobie, że to jeden z tych nielicznych Momentów Perfekcji, na których podziwianie ledwo znajduję ostatnio czas. Za oknem biało. Białość za oknem powoduje u mnie coś, co można nazwać wzmożonym poczuciem komfortu - od razu jakoś mi cieplej i na zewnątrz i wewnątrz, kiedy patrzę na ten otulony śniegową pierzynką świat. Tym cieplej, im więcej niosących ciepło czynników. Jak na przykład earl grey z dodatkiem w postaci cytryny i pomarańczy z goździkiem, czy też obejrzana przed chwilą "Julie i Julia". Do tego można dodać także świadomość dobrze spełnionego obowiązku, brzuszek pełen samych pyszności (do rozpęku niemal), telefon od mojej zagramanicznej Przyjaciółki (pozdrawiam!! ;) oraz....
... I właśnie to "oraz" jest bardzo istotne. 
"Oraz" zawiera w sobie sporo pewności, bo miejsce - życia - w którym aktualnie się znajduję, jest miejscem spokoju (po krótkotrwałej burzy, ale to akurat sprawia, że smakuje jeszcze lepiej). Zawiera również dozę radości. Jest w nim też spełnienie i akceptacja... i oczekiwanie. 
Jestem szczęśliwa. Nie tymczasowym szczęściem, nad którym - jak to było do tej pory - wisi miecz Damoklesa w postaci jakiegoś nieuniknionego strasznego wydarzenia związanego z moim domem czy pracą. Nie. Tym rodzajem szczęścia, którego się nie osiąga, a które zostaje dane w bonusie do posłuszeństwa.

Czekam też na cudne zjawisko, które objawi mi się w życiu prędzej czy później. Na kolejne ważne decyzje, które leżą tuż przede mną i już wyciągają łapki.

Tak, zdaję sobie sprawę, że to najprawdopodobniej spokój przed burzą... 
"But the waves are calling out my name and they laugh at me
Reminding me of all the times I've tried before and failed
The waves they keep on telling me
Time and time again. 'you'll never win!'
"You'll never win"

Może... może kiedyś, może gdybym nie miała tej pewności, którą mam teraz, że
"the voice of truth tells me a different story
And the voice of truth says "Do not be afraid!"
And the voice of truth says "This is for My glory"
Out of all the voices calling out to me
I will choose to listen and believe the voice of truth"

Bo trzeba będzie w końcu porzucić swoją strefę bezpieczeństwa i pójść tam, gdzie bezpiecznie nie będzie. Oby dane mi było zrobić to bez wahania i z uśmiechem na ustach.
Tymczasem cieszę się Momentem, popijam herbatę i wsłuchuję się w whisper of a thrill.
Do przeczytania :)

PS: Zapomniałabym dodać - bilety do Shannon zakupione. Witaj wesoła irlandzka przygodo :) Dostałam przepiękny prezent :)