wtorek, 4 maja 2010

Powrotów czar

Skończyło się zatem rumakowanie i dziękuję Bogu, że w przypływie natchnienia wzięłam urlop na dzisiaj i jeszcze mogę cieszyć się wolnością (względną, albowiem już raz dzwonili do mnie z pracy).
Wczorajszy finish w Warszawie był bardzo miły. "Jak wytresować smoka" to dobry film jest. Takie właśnie smoki lubię. Z charakterem.
Droga powrotna dostarczyła mi wielu wrażeń natury mieszanej. Mam wrażenie, że człowiekowi, który siedział obok mnie również. Zdarzyło mi się to pierwszy raz w życiu. Żywię także nadzieję, że ostatni. Spałam mianowicie na człowieku. Nie będę wdawać się w szczegóły. Dość, że
a) nie mam pojęcia jak to się stało, że z pozycji "półembrionalnej-z-twarzą-do-okna" obudziłam się w pozycji "z-głową-na-męskim-ramieniu";
b) jest mi WSTYD. Może tym bardziej, że ów człowiek wykazał się najwyraźniej zrozumieniem, albowiem obudziła mnie nagła jasność oraz głos pani z siedzenia za mną. Człowiek natomiast czekał cierpliwie aż go oswobodzę. Na moje oszołomione zapytanie czy ja tak długo, stwierdził, że "No... Trochę." (mam nadzieję, że niedługie "chiotto").
(opinia Kota: "Dobrze, że go nie zaśliniłaś". Dzięki, kochana. To jest jasna strona rzyci XD )
No. Taką właśnie jestem fajną, nieobliczalną osobą. Dziękuję.
Mam nadzieję, że dzisiaj, na własnym terenie nie uda mi się skompromitować (test z nihongo pisałam w poprzedni czwartek, dzisiaj zatem to się już nie liczy. Ha!).

Wniosek mniej radosny: nie chce mi się. Nie chce mi się coraz bardziej, aż do skrętu kiszek i odruchu zwrotnego na samą myśl o pracy.

sobota, 1 maja 2010

Warszawa pachnie

Co jest w sumie zaskakującm odkryciem. Pachnie śliwami, gruszami, jabłoniami. Nawet bzem (ten bez to było prawdziwe odkrycie. Ale tylko na Żoliborzu. Reszta bzów jeszcze śpi). Oczarował mnie Park Praski - taki świeży, zielony i pachnący właśnie. Był spacer po Starówce, w celu oblukania lokacji do spotkania (kłaniam się znajomym Błaznom), a potem obiad (bardzo smaczny i BARDZO obfity. Poległam po prostu). Była wyprawa na drugi brzeg Wisły i spacerek deptakiem. Ogólnie - sporo chodzenia. To wszystko zaś w towarzystwie mojej zaciążonej Friend. Jak będę w ciąży, to chcę byćtaka, jak Ona!

Przypomniałam sobie beztroskie chwile, kiedy było tak wiele radości, rozmów (a nawet ROZMÓW), beztroski i ogólnego odsunięcia od świata oraz nauki dystansu do samej siebie. Co ciekawe - to nie tylko jakaś odległa reminiscencja była, ale wspomnienie, które z godziny na godzinę stawało się rzeczywistością.

Przed momentem równie beztrosko skomponowałyśmy sałatkę, dwie herbaty i plany na jutro.

Jutro spotkanie z Błaznami. Nie jestem pewna, ale chyba mam tremę...