Tak, znów czeka praca i tak, znów jestem na tym magicznym etapie, kiedy muszę zrobić wszystko inne: zmyć paznokcie, ogarnąć pokój, może poćwiczyć, napisać recenzję... Wezmę się w końcu za siebie, naprawdę. Od jutra.
Dosłownie chwilę temu wróciłam z seansu "
Szklanej pułapki 5" czy też, jak kto woli "A Good Day to Die Hard". Na wstępie przyznaję się, że poprzednie części tej kultowej produkcji oglądałam wieki temu, a ostatniej chyba wcale. W zasadzie nie robi mi to różnicy, albowiem zwyczajnie nie pamiętam, co się działo. Jedynie wrażenie ogólnego chaosu zostało gdzieś w moich synapsach, odbijając się odległym echem na hasło "Szklana pułapka". Jak widać można żyć bez tej wiedzy i iść na film.
Pokrótce, bez spoilerów, przegalopuję przez plot. Mamy znów McClane'a, a nawet dwóch, co niektórych zapewne ucieszy. Ten starszy wyrusza na poszukiwania swego - od jakiegoś czasu - zaginionego syna, który uwikłał się w pewną szpiegowską grę, o czym jego Senior jeszcze nie wie, ale dowie się w zasadzie od razu po przyjeździe do Moskwy, w której to rozgrywa się lwia część akcji. Potem - w wyniku wydarzeń - przenosimy się wprost do Czarnobyla i tam właśnie mają miejsce ostatnie sceny dramatu, ostatecznie okazuje się, że jednak "jaki ojciec, taki syn", wszyscy padają sobie w ramiona, trup ściele się gęsto, etc. etc. Znamy. Lubimy.
Nie tutaj. (Staram się unikać standardowych zapytań retorycznych używanych w internetowych recenzjach, ale tutaj aż samo pcha się: "czemu?") Niestety, film jest miałki jak dobrze roztarty pigment matowy. Naprawdę. Piszę to ja, osoba, która od kina wymaga jedynie dobrej zabawy zdefiniowanej w stosunkowo szeroki sposób.
Nie wiem w dalszym ciągu, czy niski lot tego filmu to wina Willisa, który z nieustającym lekkim uśmiechem przyklejonym do nieodmiennie przystojnego pyszczydła powtarza ad nauseam i w naprawdę dziwnych okolicznościach kwestię "Ja tu jestem na wakacjach", czy przynudnawej sceny pościgu, tendencyjnych "złych", braku okładania się po mordach w męskim, boksersko-karate stylu... czy reżysera. I stawiam na to ostatnie.
Film wypada bardzo blado, szczególnie w zestawieniu z zeszłorocznymi pozycjami kinowymi w stylu "Niezniszczalnych 2" czy - nawet - "Dziedzictwa Bourne'a". Naprawdę tak jest. "Niezniszczalni..." aż skrzyli się humorem. Nie był to może jakiś wysublimowany humor, ale wystarczył w zupełności do dobrej zabawy. W Bournie aż roiło się od pełnych napięcia scen akcji, pośród których flagowy produkt twórców - pościg, był wisienką na torcie. Jednakże nawet nie brak powyższych sprawia, że "Szklana pułapka 5" jest mdła jak kasza manna z budyniem śmietankowym. To, co pogrąża ten film, to totalny brak napięcia między głównymi bohaterami. I tym razem mam więcej do zarzucenia Willisowi (Bruce! WHY U?!) niż Courtneyowi (Ktoś, kto ma na imię Jai może pochodzić tylko z Australii notabene ;). Ten drugi choć trochę starał się wykrzesać z siebie zbuntowanego syna, który nie może znieść obecności ojca. Bruce... Pojechałeś po bandzie. Serio. Gdyby to moje dziecko szlajało się gdzieś po Rosji, z jakimiś podejrzanymi typami u boku... gdyby nawet było dorosłe... To chyba najpierw spuściłabym mu ostry łomot, a dopiero potem pytała, komu spuścić kolejny. I to wpisałoby się świetnie w klimat produkcji. Zabrakło mu wiarygodności jako ojcu.
W związku z tym to wina reżysera. Gdyby bowiem skrócił straszliwy, idiotyczny pościg, w którym w zasadzie mają miejsce dwie kluczowe sceny, a zamiast tego zainwestował w trochę soli między ojcem i synem, to film byłby o klasę lepszy.
Rozrywka? Tak. Na piątkowy, nudny wieczór (z cyklu tych, w których jednak nie ma się ochoty oglądać Resident Evil :P) ze znajomymi. Pod komentarze.
Nie żałuję oczywiście: byłam, zobaczyłam, a teraz wybieram się na "Poradnik pozytywnego myślenia". Trailer zapowiadał coś sympatycznego.
Poza tym pada śnieg i po raz pierwszy od bardzo długiego czasu nie jest to przyczynek do mojej radości. Wytłumaczenie jest proste: śnieg nie mieści się w moich planach, których jest sporo, i które potrzebują czasu do realizacji, a tę blokuje mi wspomniany śnieg, taka jego mać.
Fajne są weekendy u Friendsów, szczególnie te wyjazdowe. Problem jednak polega na tym, że po takim wyjeździe dostaję z kopa od rzeczywistości i wtedy przestaje być fajnie. Dochodzenie do siebie boooliii... Czasem dłużej, niż by się chciało.
Nic więcej (nie)mądrego nie przychodzi mi do głowy, więc idę do pracy i żegnam. Gorąco, dla odmiany.