środa, 27 lutego 2013

Quasi-wiosna

I co z tego, że quasi? :D 

Najważniejsze, że słońce, że świeci, że błękit nieba wygląda systematycznie spoza szarości chmur, ptaki drą dzioby, "w gniazdach są pisklęta, przyroda, jak ta zwrotka, niedorozwinięta" (z tymi gniazdami to lekka przesada, ale tylko lekka). Dzisiaj rano POCZUŁAM to nosem - już niedługo. W takie dni chce się żyć i stawiać czoła życiu :) Normalnie energy lvl + 50

To co? Czas oddzielić to, co cenne od tego, co pospolite i znów trochę dać sobie poprzestawiać priorytety. Ale czad :) - jak mawiali starożytni Warmiacy.

środa, 20 lutego 2013

Tabula rasa

Przebaczyć, to znaczy podarować komuś czyste konto, niepamięć o wszystkim złym i świeży sposób myślenia.

wtorek, 19 lutego 2013

Die hard... or let live

Tak, znów czeka praca i tak, znów jestem na tym magicznym etapie, kiedy muszę zrobić wszystko inne: zmyć paznokcie, ogarnąć pokój, może poćwiczyć, napisać recenzję... Wezmę się w końcu za siebie, naprawdę. Od jutra. 

Dosłownie chwilę temu wróciłam z seansu "Szklanej pułapki 5" czy też, jak kto woli "A Good Day to Die Hard". Na wstępie przyznaję się, że poprzednie części tej kultowej produkcji oglądałam wieki temu, a ostatniej chyba wcale. W zasadzie nie robi mi to różnicy, albowiem zwyczajnie nie pamiętam, co się działo. Jedynie wrażenie ogólnego chaosu zostało gdzieś w moich synapsach, odbijając się odległym echem na hasło "Szklana pułapka". Jak widać można żyć bez tej wiedzy i iść na film.

Pokrótce, bez spoilerów, przegalopuję przez plot. Mamy znów McClane'a, a nawet dwóch, co niektórych zapewne ucieszy. Ten starszy wyrusza na poszukiwania swego - od jakiegoś czasu - zaginionego syna, który uwikłał się w pewną szpiegowską grę, o czym jego Senior jeszcze nie wie, ale dowie się w zasadzie od razu po przyjeździe do Moskwy, w której to rozgrywa się lwia część akcji. Potem - w wyniku wydarzeń - przenosimy się wprost do Czarnobyla i tam właśnie mają miejsce ostatnie sceny dramatu, ostatecznie okazuje się, że jednak "jaki ojciec, taki syn", wszyscy padają sobie w ramiona, trup ściele się gęsto, etc. etc. Znamy. Lubimy.

Nie tutaj. (Staram się unikać standardowych zapytań retorycznych używanych w internetowych recenzjach, ale tutaj aż samo pcha się: "czemu?") Niestety, film jest miałki jak dobrze roztarty pigment matowy. Naprawdę. Piszę to ja, osoba, która od kina wymaga jedynie dobrej zabawy zdefiniowanej w stosunkowo szeroki sposób. 
Nie wiem w dalszym ciągu, czy niski lot tego filmu to wina Willisa, który z nieustającym lekkim uśmiechem przyklejonym do nieodmiennie przystojnego pyszczydła powtarza ad nauseam i w naprawdę dziwnych okolicznościach kwestię "Ja tu jestem na wakacjach", czy przynudnawej sceny pościgu, tendencyjnych "złych", braku okładania się po mordach w męskim, boksersko-karate stylu... czy reżysera. I stawiam na to ostatnie.

Film wypada bardzo blado, szczególnie w zestawieniu z zeszłorocznymi pozycjami kinowymi w stylu "Niezniszczalnych 2" czy - nawet - "Dziedzictwa Bourne'a". Naprawdę tak jest. "Niezniszczalni..." aż skrzyli się humorem. Nie był to może jakiś wysublimowany humor, ale wystarczył w zupełności do dobrej zabawy. W Bournie aż roiło się od pełnych napięcia scen akcji, pośród których flagowy produkt twórców - pościg, był wisienką na torcie. Jednakże nawet nie brak powyższych sprawia, że "Szklana pułapka 5" jest mdła jak kasza manna z budyniem śmietankowym. To, co pogrąża ten film, to totalny brak napięcia między głównymi bohaterami. I tym razem mam więcej do zarzucenia Willisowi (Bruce! WHY U?!) niż Courtneyowi (Ktoś, kto ma na imię Jai może pochodzić tylko z Australii notabene ;). Ten drugi choć trochę starał się wykrzesać z siebie zbuntowanego syna, który nie może znieść obecności ojca. Bruce... Pojechałeś po bandzie. Serio. Gdyby to moje dziecko szlajało się gdzieś po Rosji, z jakimiś podejrzanymi typami u boku... gdyby nawet było dorosłe... To chyba najpierw spuściłabym mu ostry łomot, a dopiero potem pytała, komu spuścić kolejny. I to wpisałoby się świetnie w klimat produkcji. Zabrakło mu wiarygodności jako ojcu. 
W związku z tym to wina reżysera. Gdyby bowiem skrócił straszliwy, idiotyczny pościg, w którym w zasadzie mają miejsce dwie kluczowe sceny, a zamiast tego zainwestował w trochę soli między ojcem i synem, to film byłby o klasę lepszy.
Rozrywka? Tak. Na piątkowy, nudny wieczór (z cyklu tych, w których jednak nie ma się ochoty oglądać Resident Evil :P) ze znajomymi. Pod komentarze.

Nie żałuję oczywiście: byłam, zobaczyłam, a teraz wybieram się na "Poradnik pozytywnego myślenia". Trailer zapowiadał coś sympatycznego.

Poza tym pada śnieg i po raz pierwszy od bardzo długiego czasu nie jest to przyczynek do mojej radości. Wytłumaczenie jest proste: śnieg nie mieści się w moich planach, których jest sporo, i które potrzebują czasu do realizacji, a tę blokuje mi wspomniany śnieg, taka jego mać.

Fajne są weekendy u Friendsów, szczególnie te wyjazdowe. Problem jednak polega na tym, że po takim wyjeździe dostaję z kopa od rzeczywistości i wtedy przestaje być fajnie. Dochodzenie do siebie boooliii... Czasem dłużej, niż by się chciało.

Nic więcej (nie)mądrego nie przychodzi mi do głowy, więc idę do pracy i żegnam. Gorąco, dla odmiany.