niedziela, 13 czerwca 2010

Shiki no uta

(Właśnie zaczęłam poważnie zastanawiać się nad zakupieniem japońsko-angielskiego i w drugą stronę słownika. Ale najpierw muszę wyjść z bankructwa.)

Witam po długiej, niezasłużonej (bo na co, ale tak naprawdę, z ręką na sercu zasługujemy?) przerwie. Działo się całkiem dużo w gruncie rzeczy, stąd blade milczenie... czy jakieś inne. Po kolei jednak. (Przeczytałam kiedyś w mądrej książce "miejsce na wszystko i wszystko na miejscu" i tego będę się trzymać. Będzie miejsce na spokojny opis i na dygresje)
Czerwiec rozpoczął się od fantastycznego pobytu w Gdańsku u znajomych Forumowiczów (niniejszym pozdrawiam z wyszczerzonym uśmiechem i dziękuję raz jeszcze). Fantastyczny klimat, jedzenie, od którego szlag trafił moją dietę (Aluuuuuuuuu... Tiramiiiiisuuuuu... chyba już po wieki wieków będę się debilnie uśmiechać na samo wspomnienie tego smaku), słońce, tłum tańczący na starym mieście poloneza (no bo czemu nie?) oraz Szkot, w którym grali Dropkick Murphysów... Garść emocji , audio i video, przekutych w garść wspomnień, z obietnicą na więcej. Następny Toruń. Warszawa niestety odpadnie ze względów ekonomicznych (szlag).

Kolejną atrakcja miesiąca była nauka japońskiego na egzamin końcowy. Przy okazji zakończenia semestru Sensei zalazł mi za skórę nieufnością i jestem oficjalnie obrażona na supozycję, że mogłam była nie oddać pracy domowej. Śpiewające bursztyny też swój honor mają.

Ostatnią atrakcją jest ostatnia fala upałów, która skończyła się wczoraj. Nie będę pisała o frustracji wypływającej z faktu siedzenia w pracy podczas największej intensywności żaru z nieba, kiedy do najbliższego jeziora mam kwadrans piechotą, bo i po co?

Lubię czerwiec. W zasadzie lubię całe lato, ale czerwiec jest tym szczególnym miesiącem, podczas którego dni są naprawdę dłuższe niż noce. Aż szkoda, że człowiek zamiast siedzenia i obserwowania zjawiska długich wieczorów musi kłaść się spać (bo praca). Teraz właśnie zaczyna się okres najciekawszych zapachów i dźwięków.
Wczoraj, idąc z Mamą do sklepu, uświadomiłam sobie, że w mieście nie ma tego upajającego aromatu dzikich ziół. W mieście nie słychać tak ptaków, które dniem i nocą (pokłony dla znajomego słowika) pieją swoje trele... Lubię swoje miasto, ale swoją wieś kocham.

Tym optymistycznym akcentem kończę i idę robić babeczki.
A to podsumowanie muzyczne. Z tą pieśnią na ustach żegnam tymczasem.

P.S. - czy ktoś z czytających jest uzdolniony graficznie na tyle, żeby mi zrobić fajną skórkę na blog...?